• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Na dobrej drodze

Piątek, 26 września 2014 (02:18)

Z  Katarzyną Kłys, brązową medalistką mistrzostw świata w dżudo, rozmawia Piotr Skrobisz

Sporo radości sprawiła Pani sobie i kibicom w ostatnich tygodniach.

– Nie tylko! Już przed mistrzostwami zanotowałam sporo bardzo udanych startów, które umacniały mnie psychicznie, aczkolwiek oczywiście najważniejsze było to, co wydarzyło się w Czelabińsku. Pracowałam mocno, by na okres mistrzostw osiągnąć jak najwyższą formę, i tak się stało. Radość była ogromna, a co dla mnie ważne, nie zwolniłam, bo po dwóch tygodniach zajęłam drugie miejsce w Grand Prix w Zagrzebiu. Zastanawiałam się, czy w ogóle tam jechać, gdyż odczuwałam ogromne zmęczenie, ale w końcu się zdecydowałam – i dobrze.

Długo polskie dżudo czekało na podobny sukces.

– Ostatnia na podium stała Beata Maksymow w 1999 roku, a wśród mężczyzn Robert Krawczyk w 2003. Trochę czasu minęło, fakt. Sama też startowałam wcześniej trzykrotnie na mistrzostwach świata, bez konkretnego wyniku. Udało się teraz. Mam nadzieję, że to może być jakiś przełom i nie myślę tu tylko o sobie, ale w ogóle o polskim dżudo. Od lat do budżetu związku trafiało coraz mniej pieniędzy z ministerstwa, które na daną dyscyplinę spogląda z perspektywy zdobywanych medali. Tych brakowało, topniały zatem fundusze. A co tu ukrywać – dżudo nie jest sportem medialnym, nie przyciąga bogatych sponsorów. Oby teraz coś drgnęło w kwestii organizacji zgrupowań, wyjazdów, także dla młodzieży, bo przecież warto i trzeba na nią stawiać.

W Czelabińsku – bo na nim się przez chwilę skupmy – w drodze po brąz pokonała Pani trzy najlepsze zawodniczki świata, plasujące się na miejscach 1.-3. w rankingu. Jak to się robi?

– To był mój dzień. Jechałam na te zawody świetnie nastawiona, pełna wiary, nie mogłam się doczekać walk, marząc, by było ich jak najwięcej. Nawet nie zastanawiałam się, kto może stanąć naprzeciwko i nie kreśliłam żadnej listy życzeń. Powiedziałam sobie: nie odpuszczam, bo każdy ma plecy i każdego można na nie rzucić.

Mąż i zarazem trener, Artur, podobno urządzał Pani „piątki motywacyjne”?

– (śmiech) Potwierdzam. Już wcześniej wiedziałam, że będę walczyła w piątek, więc na pięć tygodni przed startem wprowadził taki rytuał. Kiedy tylko się budziłam, oczywiście w piątek, na dzień dobry zadawał mi pytanie: „Jaki dziś jest dzień?”. Ja odpowiadałam: „Piątek”, a on kontynuował: „A co stanie się w piątek?”. Na to ja: „Zostanę mistrzynią świata”. I tak mijał piątek za piątkiem i ta myśl została mi w głowie. Nakręciła mnie na sukces.

W piątek właściwy, już w Czelabińsku, też Pani czuła, że będzie dobrze?

– Tak. To jest tylko sport, a w sporcie wszystko jest możliwe, ale akurat tego dnia wszystko mi pasowało. Czułam się świetnie, byłam pozytywnie nastawiona. W każdej walce udawało mi się niemal wszystko, niemal, bo w półfinale z Chorwatką Brigitą Matic minimalnie, ale jednak przegrałam. Oczywiście najważniejsze było starcie o brąz z Holenderką Kim Polling, numerem jeden na liście międzynarodowej federacji, z którą wcześniej nigdy nie wygrałam. Z nią trzeba walczyć na 200 procent, a i tak nie ma się żadnej gwarancji, ale tym razem wystarczyło.

Brąz mistrzostw świata to Pani życiowy sukces. Forma też była życiowa?

– Myślę, że tak. Na tych zawodach czułam się jak nigdy wcześniej. W ogóle Czelabińsk jest dla mnie szczęśliwym miejscem, w 2012 roku zdobyłam tam srebro mistrzostw Europy. Przygotowywałam się do tych zawodów niesamowicie mocno, był na nich ze mną mąż, co stanowiło dodatkowe wsparcie. No i bardzo chciałam przywieźć medal dla synka.

Macierzyństwo uczyniło Panią silniejszą, także w sporcie?

– Zdecydowanie. Każdy człowiek miewa słabsze, gorsze dni, ale teraz mam dodatkową motywację do pracy – ciężkiej i uczciwej. Wiem, że nie ma sensu iść na trening i wykonywać go na pół obrotów, skoro mogłabym ten czas poświęcić synkowi. Jeśli już trenuję, to tylko na sto procent, by czas wykorzystać maksymalnie i wrócić do domu z przekonaniem, że zrobiłam wszystko i jestem cała dla małego. Wiadomo, że nie było i nie jest łatwo, synek na początku nie sypiał w nocy, trzeba było do niego co chwilę wstawać, a rano czekał trening, którego nie można było opuścić. Wszystko jednak da się pogodzić, aczkolwiek bez rodziców nie dalibyśmy chyba rady. Na zgrupowanie jesteśmy jeszcze w stanie z Bronkiem jeździć, ale na zawody już nie, bo jest za malutki.

Rok temu wcale nie była Pani pewna, czy wróci do sportu.

– Chciałam wrócić, lecz nie byłam pewna, czy dam radę. W sierpniu ważyłam ponad 80 kg, a pierwsze zajęcia na pływalni zaczęłam dopiero we wrześniu. W trening wchodziłam stopniowo, by zobaczyć, jak zareaguję. Okazało się jednak, że jest dobrze, a z czasem przekonaliśmy się, że obraliśmy dobrą drogę. Kiedy patrzę na miejsce, w jakim znajdowałam się przed rokiem i znajduję dziś, to upewniam się, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Napędza Panią Rio i perspektywa walki o olimpijski medal?

– W całości. Wróciłam do sportu po to, by walczyć o najwyższe cele, w innym wypadku chyba dałabym sobie spokój. Marzę o medalu olimpijskim, jednak wiem, jak długa do niego prowadzi droga. Jak wiele będę musiała wylać potu, ile poświęcić. Po Czelabińsku nabrał jednak bardziej realnych kształtów niż kiedykolwiek. Na igrzyskach startowałam już dwukrotnie, bez sukcesów. Ale dzięki temu wiem, jak trzeba do nich podejść. Wiem też, że jak trafię na swój dzień, to wszystko może się zdarzyć.

Co musi Pani zrobić, by te marzenia, coraz bardziej realne, faktycznie przekuć w olimpijski medal?

– Trenować tak jak do tej pory. Na mistrzostwach świata przekonałam się, że nie ma rywalek nie do pokonania. Z każdym można wygrać, ale trzeba w to wierzyć. Głowa stanowi podstawę sukcesu. Poza tym dostrzegam jeszcze sporo rezerw. Jestem nieźle wyszkolona technicznie, ale w tej kwestii cały czas dąży się do doskonałości i coś poprawia. Muszę być także silniejsza. Dziś ważę około 70 kg, a to trochę za mało, bo czołowe zawodniczki tuż przed imprezami najwyższej rangi zawsze zbijają po kilka kilogramów. Jest zatem nad czym pracować i cieszę się z tego, bo oznacza to, że mogę być jeszcze mocniejsza.

 

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz