Nauczał o prawdzie i sam do niej dążył
Środa, 24 września 2014 (18:13)Z Markiem Popiełuszką, bratankiem bł. ks. Jerzego Popiełuszki, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Na uroczystości rozpoczęcia procesu kanonizacyjnego bł. ks. Jerzego Popiełuszki przyleciał Pan do Thiais ze Stanów Zjednoczonych. Tam Pan mieszka?
- Tak. Jestem synem Józefa, starszego brata księdza Jerzego, i od 26 lat mieszkam w Stanach Zjednoczonych w okolicach Chicago. Bardzo dużo czasu spędzałem na wakacjach z księdzem Jerzym, gdy żył. W każde ferie zimowe byłem u babci i dziadka, bo gdy ksiądz Jerzy miał więcej czasu przed rokiem 1980, przyjeżdżał tam częściej. Pamiętam go dokładnie z tamtych lat. Miałem 14 lat, gdy ksiądz Jerzy został porwany i zamordowany.
Co Panu szczególnie utkwiło w pamięci ze spotkań z księdzem Jerzym?
– Byłem u księdza Jerzego na wakacjach przez ostatnie dwa tygodnia sierpnia 1984 roku. Nocowałem u znajomych na placu Krasińskich, bo ksiądz miał małe pomieszczenie, a cały dzień spędzałem właśnie z nim. Jedliśmy razem śniadania, później chodziliśmy na spacery z jego psem Tajniakiem. Bywaliśmy często na Sstarówce, na lodach u Bazyliszka. Wujek był bardzo wesołym, radosnym księdzem, takim „młodzieżowym”, młodym duchem. Graliśmy razem w hokeja i tenis, bo ksiądz te gry bardzo lubił.
Uczestniczył Pan w Mszach Świętych za Ojczyznę, sprawowanych przez księdza Jerzego?
- Byłem na nich 2 lub 3 razy i widziałem tłumy, które przychodziły na Msze św. za Ojczyznę. Wtedy mieszkaliśmy w Dąbrowie Białostockiej, gdzie nie odczuwało się tak stanu wojennego i tych wszystkich prześladowań, jak w Warszawie. Gdy przyjeżdżaliśmy do stolicy, mogliśmy bardziej odczuć, za co ludzie walczą, tu bowiem działania komunistów były większe. Teraz wszyscy się dzielą, a ksiądz Jerzy był taką osobą, która łączyła ludzi. Była przy nim młodzież, pielęgniarki, hutnicy, robotnicy, rolnicy, on ich wszystkich jednoczył na Mszy św., byli jak bracia i siostry. Tego nam dzisiaj brakuje.
Był Pan dumny, że ma niezłomnego wujka, który porywał tłumy?
- Cały czas jestem. Myślę, że ludzie kochali księdza Jerzego, bo przede wszystkim był wiarygodny. Tak jak mówił, tak też postępował. Nauczał o prawdzie i sam do niej dążył, dlatego był tak ludziom bliski i dziś jest tak samo przez nich kochany.
Jak rodzina przeżyła wiadomość o jego uprowadzeniu i śmierci?
- Bardzo, pamiętam to dokładnie ze szczegółami. W tym dniu, gdy go porwano, mama była na dyżurze nocnym, pracowała bowiem w szpitalu jako salowa, zaś tato w Niemczech, gdzie z kolegą pojechał do pracy. Mama dowiedziała się o wszystkim od koleżanek w szpitalu. Pytały ją, dlaczego się nie martwi, czy w ogóle wie, co się stało. Ta odparła im, że nie, bo nie oglądała wiadomości. Było ok. 21.00 lub 22.00, gdy mama zadzwoniła do domu i powiedziała nam, że porwano księdza Jerzego. Wiedzieliśmy już o tym, bo oglądaliśmy drugie wydanie „Dziennika Telewizyjnego″. Była to dla nas wielka tragedia, pamiętam, że nie mogłem przestać płakać. Kilka dni później pojechałem z mamą, siostrą i bratem do Warszawy, gdzie w pokoju księdza Jerzego na Żoliborzu czekaliśmy, aż się odnajdzie. Cały czas wierzyliśmy bowiem, że tak się stanie. Rodzina była dla niego bardzo ważna, zawsze, gdy przyjeżdżaliśmy do niego, prosił ludzi, by dali mu chwilę pobyć z nami. Tym razem również nie mogliśmy go zawieść.
Chwila uroczystego rozpoczęcia procesu kanonizacyjnego ks. Jerzego była dla Pana z pewnością wielkim przeżyciem.
- Trudno opisać moją radość. Serce chyba bardziej ją przeżywa niż rozum. Rodzinie brakuje słów, by wyrazić szczęście z faktu, że ksiądz Jerzy, na razie błogosławiony, może być niedługo już świętym. Ksiądz Jerzy był zwyczajnym człowiekiem, rodzina też jest zwyczajna, wciąż zadajemy sobie więc pytanie, dlaczego zostaliśmy wybrani przez Boga, przecież jest tysiące rodzin katolickich w Polsce takich jak my. Ksiądz Jerzy był skromnym kapłanem, a teraz jest na ołtarzach i ludzie na całym świecie wiedzą o nim. To niesamowite.
Od razu dowiedział się Pan o cudzie uzdrowienia z raka mężczyzny za przyczyną bł. ks. Jerzego Popiełuszki?
- Nie. Tak dokładnie, ze szczegółami dowiedziałem się dopiero od pani Katarzyny Soborak, gdy byłem w Polsce na pogrzebie babci. Rodzina odczuwa na każdym kroku obecność księdza Jerzego. Ostatnio nawet śmiałem się, że zaniedbuję innych świętych, bo gdy zgubiłem okulary w lesie, szukając grzybów, zwróciłem się do wujka. Powiedziałem: ”Księże Jerzy, pomóż mi je znaleźć, bo mi ich szkoda„. Odwróciłem się, patrzę, a te leżą pod drzewem. Cały czas modlimy się do Boga poprzez wstawiennictwo księdza Jerzego. Jego siostra, ciocia Teresa, miała raka piersi, dziś chyba już wszystko jest w porządku, nie ma przerzutów. Także mojemu tacie lekarze powiedzieli, że to coś niebywałego, że żyje, bo ma od wielu lat raka, a po ostatnich badaniach okazało się, że nie ma żadnych przerzutów. Narośl, którą miał na języku, całkowicie oddzieliła się od reszty organizmu.
Wierzy Pan w szybką kanonizację ks. Jerzego?
- To od Boga zależy, nie od nas. Jeżeli będzie potrzebny ksiądz Jerzy jako święty, to na pewno tak się stanie. Od dwóch lat prowadzę profil o księdzu Jerzym na Facebooku, bo jest on bardzo popularny szczególnie wśród młodzieży. Zawsze staram się wrzucić na niego jakieś ciekawe informacje o nim. Profil odwiedza bardzo dużo osób aż z 30 krajów, co pokazuje, że ksiądz Jerzy jest bardzo popularny na świecie.
Kiedy poznał Pan uzdrowionego z raka François Audelana?
- Tutaj w Thiais poznałem go po raz pierwszy. Spotkanie z nim było dla mnie wielkim przeżyciem. W rozmowie ze mną podkreślił, że czuje się niegodny łaski, którą otrzymał.