• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Co dalej z mistrzami?

Wtorek, 23 września 2014 (19:55)

Brzmi to paradoksalnie, ale dziś nie ma już drużyny, która w niedzielę zdobyła złoty medal mistrzostw świata siatkarzy. Czy Polacy poradzą sobie bez swych największych gwiazd?

W niedzielę była euforia. Biało-Czerwoni pokonali Brazylię i zostali najlepszą drużyną globu. Stało się to dopiero po raz drugi w historii, po długiej, czterdziestoletniej przerwie. Wtedy, w 1974 roku, tytuł wywalczyła ekipa prowadzona przez legendarnego „Kata” Huberta Wagnera. Dwa lata później zaszła jeszcze dalej, zdobywając mistrzostwo olimpijskie. Po niedzielnym sukcesie Polaków analogii nie brakowało. Trener Stephane Antiga był porównywalny z wielkim poprzednikiem, przy całym szacunku dla Francuza oczywiście na wyrost, bo Wagner był postacią pomnikową, absolutnie wyjątkową i niepowtarzalną. Wielu oczyma wyobraźni widziało przed reprezentantami drogę identyczną do tej, jaką przed kilkudziesięciu laty przeszli wielcy poprzednicy. W 2016 roku w Rio odbędą się kolejne igrzyska, na których Polacy będą mogli powalczyć o złoto.

Gigantyczny entuzjazm i optymizm lekko opadł jednak w chwili, w której czołowi siatkarze, architekci sukcesu w „polskim” mundialu zaczęli informować o zakończeniu reprezentacyjnych karier. Pierwszy uczynił to Mariusz Wlazły. MVP turnieju, absolutnie jego największa gwiazda, powiedział, że wrócił do kadry na ten jeden sezon, o czym Antiga doskonale wiedział i co zaakceptował. Prawda. Francuz przystał na taki układ, bo wiedział, że drużyna z Wlazłym i bez Wlazłego prezentuje zupełnie inną jakość. Pan Mariusz na mistrzostwach grał jak z nut, ale więcej tego nie powtórzy. Karierę, tę reprezentacyjną, zakończył także Paweł Zagumny. Genialny rozgrywający, prowadzący Biało-Czerwonych od kilkunastu lat, uczestniczący w niemal wszystkich sukcesach osiąganych w tym czasie. Był liderem, gdy drużynę prowadził Raul Lozano, Daniel Castallani, Andrea Anastasi, został liderem, gdy objął ją Antiga. Też na okres mistrzostw świata, też za namową Francuza. Nie w każdym spotkaniu wychodził w podstawowej szóstce, ale gdy na boisku się pojawiał, odmieniał losy meczów. Został bohaterem finału. Trzecim wielkim, który pożegnał się z reprezentacją dzień po mistrzostwach, był Michał Winiarski. Jej kapitan, siatkarz doskonały, na swej pozycji niemający w kraju równych. Do tego grona trzeba jeszcze dodać Krzysztofa Ignaczaka. Na mundialu głównie przesiadywał na trybunach, ale przez kilkanaście lat jego pozycja w kadrze była nie do podważenia. Tej czwórki już w narodowych barwach nie zobaczymy, może tylko przy okazji jakiegoś pożegnalnego meczu. Co to oznacza? Tak naprawdę koniec zespołu, który zdobył mistrzostwo świata. I koniec sukcesów? Niekoniecznie.

Fakt: Wlazłego, Winiarskiego i Zagumnego nie da się zastąpić ot tak. To gracze wybitni, doskonali, niepowtarzalni. Ale w sporcie zmiana pokoleniowa jest czymś normalnym i naturalnym. Starzy mistrzowie odchodzą, zastępują ich młodzi. Czasem to trwa, czasem trzeba poczekać lata, aż następcy dojrzeją, jednak w Polsce nie brakuje zdolnych siatkarzy. Stephane Antiga nie przez przypadek podczas tegorocznej Ligi Światowej sprawdzał kilkudziesięciu zawodników. Wtedy przez drużynę przewinęło się wielu młodych zawodników, którzy potem nie zagrali na mistrzostwach, ale pozostali w notesie trenera i na pewno szansę dostaną. Francuz w ogóle nie bał się stawiać na młodzież, mistrzowska drużyna była mieszanką młodości z doświadczeniem, a Mateusz Mika, Karol Kłos, Fabian Drzyzga czy Dawid Konarski dołożyli swoją ogromną cegłę (nie cegiełkę!) do sukcesu. Pewnie, z Wlazłym czy Winiarskim było im łatwiej, ale wcale nie jest powiedziane, że bez nich będzie dużo gorzej. Trudniej – to oczywiste. Szczególnie dla Antigi, który będzie musiał klocki układać od nowa. Przed nim kolejne wyzwanie, mistrzostwa Europy, Puchar Świata, walka o kwalifikacje na igrzyska, potem olimpiada, której nawet nie wyobrażamy sobie bez naszych reprezentantów. Polacy do wszystkich tych imprez przystąpią z najwyższej półki, pod ogromną presją, zawsze towarzyszącą mistrzom.

Wszyscy, których będzie powoływał Francuz, przyjadą jednak na zgrupowania z myślą i świadomością, że nie ma rzeczy niemożliwych. To jest pewne. A z taką myślą pracuje się lepiej. I skuteczniej.

Piotr Skrobisz