• Czwartek, 30 kwietnia 2026

    imieniny: Mariana, Chwalisławy

Litewska gra pozorów

Wtorek, 16 września 2014 (02:10)

Akcja Wyborcza Polaków na Litwie opuściła, po prawie 21 miesiącach współrządzenia Litwą, koalicję rządową. A właściwie nie tyle koalicję opuściła, ile została z tej koalicji wymanewrowana. Solidnie i solidarnie napracowali się przy tym prezydent Dalia Grybauskaite i premier Algirdas Butkevičius.

Przystępując w grudniu 2012 r. do koalicji rządowej, kierownictwo Akcji Wyborczej musiało podjąć decyzję: czy w swoich postulatach programowych koncentrować się na kwestiach żywotnych dla mniejszości narodowych, w szczególności dla Polaków na Litwie, co nadawałoby AWPL charakter partii partykularnej i roszczeniowej. Czy też eksponować wymiar ogólnolitewski swojego programu; natomiast postulaty ważne dla mniejszości artykułować ze sporą dyskrecją, zyskując w rezultacie wizerunek partii odpowiedzialnej i propaństwowej.

Bilans rządów

Kierownictwo Akcji Wyborczej wybrało drugi wariant. Sztandarową postacią Akcji w rządzie był rekomendowany przez nią minister energetyki Jarosław Niewierowicz. Podejmował działania mające na celu energetyczne uniezależnienie Litwy (od Rosji), czyli realizował politykę, która (według Dalii Grybauskaite) miała zapewnić Litwie „niepodległość polityczną”. I był skuteczny. Sfinalizował odkupienie przez państwo udziałów Gazpromu w strategicznych spółkach przesyłu i dystrybucji gazu. Zdecydowanie wspierał budowę terminalu gazowego w Kłajpedzie. Energicznie zabiegał o budowę mostu energetycznego łączącego kraje bałtyckie (Litwę) z Polską (UE).

Pozornie jego działalność była powszechnie aprobowana. Chwalił go premier Butkevičius; cieszył się zaufaniem prezydent Dalii Grybauskaite. Do czasu.

Kiedy jednak udział AWPL w koalicji przestał być dla Litwinów dogodny, a sam Niewierowicz naraził się wpływowym grupom interesów, pozbyto się go bez zbędnych skrupułów i w ekspresowym tempie. Natomiast Akcję wmanewrowano w sytuację, że stanął przed nią wybór – kapitulacja albo opuszczenie koalicji. I Akcja wybrała.

Oczywiście Akcja Wyborcza dążyła do usunięcia przynajmniej niektórych bolączek ludności polskiej (szerzej – mniejszości narodowych). Skupiała się na kwestiach polskiej oświaty (odwołanie kontrowersyjnej reformy szkolnictwa), konieczności ponownego wprowadzenia do litewskiego systemu prawnego ustawy o mniejszościach narodowych, pisowni nazwisk polskich w dokumentach oficjalnych oraz podwójnego (litewskiego i polskiego) nazewnictwa miejscowości i ulic.

We wszystkich tych kwestiach, poza oświatą, miała werbalne poparcie koalicjantów. Większość problemów podnoszonych przez Polaków znalazła się w zaaprobowanym przez wszystkich członków koalicji programie rządu. Gwarantował on Polakom „odsunięcie w czasie wdrożenia jednolitego egzaminu z języka litewskiego dla szkół mniejszości i litewskich […], dokończenie procesu zwrotu ziemi byłym właścicielom […]”, przygotowanie projektu ustawy o mniejszościach narodowych, utworzenie Departamentu Mniejszości Narodowych, który miał się zająć rozwiązaniem kwestii pisowni imion i nazwisk oraz pisowni nazw ulic i miejscowości.

Poparcie dla postulatów Polaków wyrażano także w licznych deklaracjach słownych. Celowali w tym szczególnie politycy głównej siły koalicyjnej – socjaldemokratów, zwłaszcza minister spraw zagranicznych Linas Linkevičius. Wypowiadał się wielokrotnie, zawsze w tonie aprobatywnym dla Polaków.

Inną taktykę przyjął natomiast premier Butkevičius. Odwołując się do klasyka: w kwestii praw mniejszości był za, a nawet przeciw.

Można by powiedzieć, że prowadził grę w złego i dobrego policjanta – złego Butkevičiusa i dobrego Butkevičiusa; czasami w tej samej wypowiedzi.

Przykładem niechętnej postawy premiera wobec Polaków była jego reakcja na horrendalną grzywnę, jaką wymierzył litewski sąd administratorowi rejonu solecznickiego Bolesławowi Daszkiewiczowi za nieusunięcie prywatnych (umieszczanych na prywatnych domach) dwujęzycznych tablic z nazwami ulic. – Nie mogę oczywiście wywierać wpływu na sądy, ale moim zdaniem wysokość tej grzywny jest nieadekwatna do wykroczenia – powiedział 10 stycznia 2014 r. w wywiadzie dla polskiej rozgłośni w Wilnie Radio Znad Wilii.

Premier oficjalnie nie może wywierać wpływu na sądy. Tyle że inicjatorem stawiania przed sądem administratorów rejonów solecznickiego (Bolesław Daszkiewicz) i wileńskiego (Lucyna Kotłowska) jest „pełnomocnik rządu w powiecie wileńskim, konserwatysta Audrius Skaistys”. A na niego premier może wywierać wpływ jak najbardziej. Włącznie z wyrzuceniem go za sabotowanie polityki rządu wobec Polaków na Litwie. Tyle że Audrius Skaistys nie tylko, że zachował stanowisko, ale nadal prowadzi swoją działalność, musi więc mieć aprobatę premiera.

Przyjęta przez Butkevičiusa metoda realizacji – a właściwie nierealizacji – polskich postulatów miała określone, a zarazem łatwe do przewidzenia skutki. Każda zapowiedź uczynienia jakichkolwiek koncesji wobec Polaków powodowała wściekłe wrzaski prominentnych litewskich polityków oraz mediów. Pojawiały się one regularnie po każdej zapowiedzi i były praktycznie porównywalne z protestami, jakie wywołałyby rzeczywiste koncesje. Tylko że wtedy protesty po jakimś czasie by ucichły, bo nowych powodów do protestowania by nie było.

Szczególną rolę w eskalacji i medialności protestów odgrywała „żelazna Dalia”, pardon, „dama” litewskiej polityki, czyli prezydent Dalia Grybauskaitė. Cierpi ona zdecydowanie na antypolską obsesję – zarówno w odniesieniu do Polski, jak i do Polaków, zwłaszcza tych litewskich. Wszelkie koncesje dla nich uważa za wymierzone w tożsamość narodową i kulturową Litwy. Stąd zwalcza je bezpardonowo, nie cofając się nawet przed ewidentnym kłamstwem. Wyraźnie wykreowała się na najważniejszego obecnie litewskiego polonofoba. W kontraście z nią Butkevičius to polonofil w czystej postaci.

Na Litwie bez zmian

Jakie były rezultaty takiej polityki? Po ponad półtorarocznych korowodach wdrożenie jednolitego egzaminu z języka litewskiego dla szkół mniejszości i litewskich owszem, odsunięto w czasie, tyle że zaledwie o rok. Procesu zwrotu ziemi byłym właścicielom nie dokończono. Przygotowano projekt ustawy o mniejszościach narodowych, który ogranicza prawa mniejszości; rozwiązanie kwestii pisowni imion i nazwisk ma dotyczyć wyłącznie cudzoziemców, a nie litewskich Polaków; a w sprawie pisowni nazw ulic i miejscowości ma pozostać wszystko po staremu, czyli nadal będzie się zwalczać dwujęzyczne tablice z nazwami ulic.

Reasumując: premier i ministrowie jego rządu jednocześnie wysyłali sprzeczne sygnały. Polakom obiecywali załatwienie przynajmniej niektórych ich bolączek; swojemu polonofobicznemu elektoratowi sygnalizowali, że jest wprost przeciwnie. W oczywisty sposób wobec Polaków uprawiano grę pozorów. Rezultaty tej gry – wyciszenie radykalnych protestów przeciw reformie oświaty, niedopuszczenie do pojawienia się kwestii dyskryminacji mniejszości narodowych na Litwie w trakcie litewskiej prezydencji w UE, zneutralizowanie groźby angażowania się Warszawy w sprawy litewskich Polaków – pokazują, że była to taktyka skuteczna.

Ta litewska gra pozorów tworzyła dla Akcji Wyborczej sytuację wysoce niekomfortową. Bardziej zdecydowane działania, np. zapowiedź wyjścia z koalicji, zabieganie o sojuszników (litewskich Rosjan) czy próby umiędzynarodowienia kwestii polskiej na Litwie (wystąpienie Waldemara Tomaszewskiego w Parlamencie Europejskim), były traktowane jako awanturnictwo, nieodpowiedzialność, antylitewskość, a nawet antypolskość.

Szczególną rolę odgrywały oskar- żenia o prorosyjskość, o popieranie polityki Putina. Pożywki dla tych oskarżeń dostarczało np. porozumienie wyborcze z litewskimi Rosjanami oraz zabiegi Waldemara Tomaszewskiego o elektorat rosyjski.

Wykreowane na Litwie zarzuty podchwycono w Polsce. Nie brano przy tym pod uwagę tego, że rzekoma prorosyjskość litewskich Polaków to rezultat powszechnej na Litwie polonofobii.

Wyjście Akcji Wyborczej z koalicji nie jest zwykłym kryzysem parlamentarnym skutkującym rutynowymi zmianami na scenie politycznej.

Jest to zakończenie swoistego eksperymentu.

Próba normalizacji sytuacji Polaków na Litwie drogą parlamentarną, siłami wewnątrzlitewskimi i bez ingerencji z zewnątrz okazała się nieskuteczna, a biorąc pod rozwagę rozpętany przeciw Polakom przemysł pogardy, może nawet przeciwskuteczna.

Powtórka z przeszłości

Kiedy przyglądam się aktualnej sytuacji Polaków na Litwie, przeżywam uczucie swoistego déjà vu. Cofam się we wspomnieniach o mniej więcej 25 lat. Wtedy, tak jak dziś, próba zabezpieczenia należnych praw przez litewskich Polaków (najpierw porozumienie z Litwinami, potem autonomia) drogą parlamentarną, siłami wewnątrzlitewskimi i bez ingerencji z zewnątrz okazała się nieskuteczna.

Wtedy, tak jak dziś, Polska nie tylko nie wsparła dążeń Polaków, ale im przeciwdziałała, wspierając szowinistów litewskich (minister Krzysztof Skubiszewski wspierający Sąjūdis i zwalczający autonomię, Donald Tusk wspierający konserwatystów premiera Kubiliusa w narzuceniu Polakom reformy oświaty).

Wtedy, tak jak dziś, i na Litwie, i w Polsce pomawiało się i pomawia się litewskich Polaków o antylitewskość, szowinizm oraz… wtedy o prosowietyzm (czerwone Soleczniki), obecnie o prorosyjskość (georgijewska lentoczka).

Wtedy litewskie władze, przy akceptującej neutralności władz polskich, rozprawiły się z niepokornymi Polakami, rozwiązując samorządy i wprowadzając administracyjne zarządzanie w rejonach solecznickim i wileńskim.

Jakie uderzenie w Polaków jest dziś przygotowywane, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Natomiast reakcję polskich władz jak najbardziej. Nie uczynią nic, co najwyżej wyleją kałużę krokodylich łez.

Wtedy środowiska wspierające Polaków na Litwie utworzyły Obywatelski Komitet Obrony Polaków na Wileńszczyźnie (OKOP). Byłem sekretarzem tego Komitetu.

Czy już musimy zakładać OKOP nr II?

Adam Chajewski