• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Na smyczy Gazpromu

Piątek, 12 września 2014 (09:33)

U progu sezonu grzewczego Gazprom zmniejszył dostawy do Polski prawie o 45 proc. Wygląda na to, że dostaliśmy do zapłacenia rachunek za 7 lat rządów koalicji PO – PSL. Gazowy szantaż nie dotknie premiera, który właśnie pakuje manatki do Brukseli.

Każdy średnio rozgarnięty polityk wie, że Rosja od lat posługuje się gazowym szantażem. Że eksport surowców energetycznych ma służyć rosyjskiej polityce zagranicznej, co sama Rosja otwarcie napisała w swojej strategii energetycznej w 2003 r. W ciągu ostatnich 10 lat z taką sytuacją mieliśmy do czynienia już trzykrotnie, znamy ten scenariusz, ale rząd D. Tuska po 7 latach wciąż nie był na niego gotowy.

Rozumiał to śp. prezydent Lech Kaczyński, rozumie premier Jarosław Kaczyński. To rząd Prawa i Sprawiedliwości mocno pracował, żeby zabezpieczyć dostawy gazu. Priorytetem było zbudowanie terminalu gazowego w Świnoujściu czy przywrócenie kwestii rurociągu norweskiego.

Gazoport w Świnoujściu przyjmowałby rocznie 5 mld m3. Czyli tyle, ile pozwoliłoby nam na uwolnienie się ze smyczy Gazpromu. Ale gazoportu nie ma, choć powinien działać już od 1,5 roku. Opóźnienie jest efektem zaniechań popełnionych już w 2008 i 2009 r. Takie wnioski płyną z kontroli NIK. Sama budowa też jest pasmem porażek i takich sytuacji, jak fakt, że Gazoport buduje włoska firma Saipem, która dziwnym zbiegiem okoliczności jest związana z... Gazpromem!

Kompromitacja rządu z budową terminalu gazowego w Świnoujściu skazała nas na gazową łaskę i niełaskę Rosji. A przecież koalicja PO – PSL dostała w spadku od Prawa i Sprawiedliwości nie tylko koncepcję budowy terminalu, ale też dokumenty i projekty. Trudno w to uwierzyć, ale 7 lat nie starczyło, żeby zbudować gazoport.

Co więcej, po 7 latach tego rządu nie wiadomo, kiedy on powstanie. Mimo że 28 marca 2012 r. rząd zapewniał posłów Prawa i Sprawiedliwości, że gazoport będzie skończony do 30 czerwca 2014 r. Minister Skarbu Państwa Mikołaj Budzanowski zaklinał się na posiedzeniu komisji: „Zobowiązaliśmy się – mówię o stronie rządowej i spółkach – że terminal zostanie oddany do użytku do końca czerwca 2014 r., a pierwszy statek wpłynie w lipcu 2014 r. [...] Mówiąc szczerze, tutaj nie ma zmiłuj się. [...] Wszyscy wiedzą, że mają zakończyć inwestycję do końca czerwca 2014 r.”

15 miesięcy później Włodzimierz Karpiński, obecny minister Skarbu Państwa, twierdził, że ten termin był od początku nierealny, choć wyznaczony właśnie przez rząd D. Tuska. Ponure fakty wyszły na jaw w taśmach prawdy, podczas rozmowy Sławomira Nowaka z wiceprezesem PGNiG Andrzejem Parafianowiczem. Parafianowicz twierdził, że gazoportu nie będzie do 2017 roku, a statek z katarskim gazem będzie pływać po Bałtyku, aż się złamie. Przy okazji skompromitował się były minister transportu Sławomir Nowak, który dopytywał się, czy gazowce z Kataru można rozładować w Gdańsku. To trochę, jakby minister spraw zagranicznych utrzymywał, że Polska graniczy z Kamerunem.

 

Dziś Rosja może do woli zakręcać Polsce kurek z gazem, bo gaz do Niemiec prześle Nord Streamem, czyli rurą pod Bałtykiem, która omija Polskę.

Rząd Jarosława Kaczyńskiego przeciwstawiał się budowie Nord Streamu. Były duże szanse na, przynajmniej, wieloletnie opóźnienie tej inwestycji poprzez stworzenie ekologicznej koalicji, która podjęłaby tę sprawę. Wiele państw nadbałtyckich było gotowych podjąć wysiłek pod warunkiem, że Polska się w to zaangażuje.

Niestety, PO po dojściu do władzy zrezygnowała ze sprzeciwu wobec Nord Streamu, który, co jest dziś oczywiste, był elementem agresywnej strategii Putina.

Trudno w to uwierzyć, ale rząd Donalda Tuska zgodził się, żeby Rosjanie położyli rurę Nord Streamu na torze podejściowym w Świnoujściu, gdzie głębokość wynosi tylko 17 metrów. W ten sposób ograniczyli żeglugę do polskiego portu. Dla porównania, rząd Szwecji wymusił na Rosjanach wkopanie rury Nord Streamu w dno morza przy Bornholmie, gdzie głębokość wynosi aż 80 metrów.

 

Polska w 2013 r. zużyła 15,9 mld m3 gazu. Z tego prawie 10 mld m3 pochodziło z Rosji, a tylko 4,4 mld m3 z wydobycia krajowego.

W teorii 3,3 mld m3 gazu może trafić do Polski z Niemiec i Czech oraz z rewersu wirtualnego (odbiór gazu płynącego do Niemiec na punktach we Włocławku i Lwówku Wlk.), a 5,4 mld m3 możemy ściągnąć z Niemiec przez tzw. rewers fizyczny, czyli odbiór gazu na punkcie Mallnow (wtedy, gdy gaz przestanie płynąć gazociągiem jamalskim). Problem w tym, że to też jest gaz rosyjski. Prawdziwa dywersyfikacja źródeł dostaw gazu nastąpi wtedy, kiedy ruszy terminal gazowy w Świnoujściu. A na to na razie się nie zanosi.

W przypadku gazowego szantażu przez kilka do kilkunastu tygodni możemy liczyć na gaz zgromadzony w magazynach, gdzie mamy 2,6 mld m3 (według planów PGNiG ogłoszonych w 2008 r. nasze magazyny w 2015 r. miały zmieścić 3,5 mld m3, ale tego też nie będzie).

W tak trudnej sytuacji Donald Tusk wyjeżdża do Brukseli. Powinien wykorzystać swoje rzekomo świetne relacje z Niemcami, Francuzami i innymi państwami Unii, aby te państwa w ramach europejskiej solidarności upomniały się o gaz dla Polski.

Do tego jednak potrzeba odwagi i relacji opartych na czymś więcej niż poklepywanie po plecach.

Maciej Małecki