Ziarno wydało kłos
Środa, 10 września 2014 (10:40)Franciszkański misjonarz – o. Dariusz Mazurek OFMConv – od wielu lat pracuje w Ameryce Łacińskiej. Swoje powołanie rozpoznał, kiedy zobaczył film o męczennikach: o. Michale Tomaszku i o. Zbigniewie Strzałkowskim.
– W styczniu 1992 roku zupełnie przypadkowo zobaczyłem film dokumentalny o franciszkańskich misjonarzach o. Zbigniewie Strzałkowskim i o. Michale Tomaszku, którzy w 1991 r. zostali zamordowani w Peru w Pariacoto przez terrorystów z lewicowej organizacji Świetlisty Szlak. Po obejrzeniu filmu zapragnąłem natychmiast pojechać na misje i zastąpić ich. Pracowałem wówczas w służbie zdrowia i nie zarabiałem tylu pieniędzy, żeby kupić bilet i polecieć. Wtedy zacząłem modlić do męczenników. Był styczeń, a w moim sercu zapanowała pełna radości wiosna. Powiedziałem Panu Bogu: „Mam pełne radości myśli o tych misjach. Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, Boże, to mi mów, ale codziennie”. Pewnego dnia, kiedy byłem na Mszy św., zacząłem „kusić” Pana Boga: „Chcę, żeby ten ksiądz zaczął mówić teraz o misjach”. Ledwo tak pomyślałem, a kapłan zaczął opowiadać o ojcach Zbyszku i Michale – opowiada o. Dariusz Mazurek, dodając, że takich znaków z Nieba otrzymywał znacznie więcej.
W końcu zrozumiał, że ma pojechać i to daleko. Podjął więc naukę języka hiszpańskiego.
Jak św. Franciszek
O. Dariusz mówi, że tak jak przed wiekami św. Franciszek, rozeznając wolę Bożą, pomodlił się, otworzył Biblię i już wiedział, tak zrobił i on. – Zadałem Panu Bogu dwa pytania. Pierwsze: czy chcesz, abym Twoje słowo głosił gdzieś daleko? Otworzyłem Biblię na 10. rozdziale Listu do Rzymian i przeczytałem: „Jakże mieli słyszeć, skoro im nikt nie głosił, jakże mieli głosić, skoro nikt nie został posłany. Jak piękne są stopy tych, którzy zwiastują Dobrą Nowinę”. Nie wiedziałem, że moje stopy są „piękne”, ale tych, co głoszą Dobrą Nowinę, na pewno tak, więc sprawa była jasna. Postawiłem potem drugie pytanie, gdyż zamarzyłem sobie, że pojadę studiować do Hiszpanii.
Wiedziałem, że kiedyś misjonarze studiowali właśnie w Hiszpanii, żeby dobrze przygotować się do pracy w Ameryce. „Chcesz, żebym pojechał do Hiszpanii czy nie?” – zapytałem Boga. Pomodliłem się i otworzyłem Biblię na 15. rozdziale Listu do Rzymian. Święty Paweł pisze tam: „Wielokrotnie napotykałem przeszkody w dotarciu do was. Ale teraz, nie znajdując pola do pracy w tych stronach, pragnę gorąco was odwiedzić, gdy będę podążał do Hiszpanii”. Zacząłem się śmiać. Nie przypuszczałem, że w Biblii jest coś o Hiszpanii. A ja nie pytałem przecież Pana Boga, dokąd mam jechać, tylko czy mam jechać do Hiszpanii. I czytałem dalej: „I mam nadzieję, że gdy już trochę się wami nacieszę, wy wyprawicie mnie w dalszą drogę” – wspomina franciszkański misjonarz.
W słonecznej Italii
Wówczas powiedział rodzicom, że jedzie szukać powołania i pojechał do... Włoch. Zatrzymał się w Rzymie u studiującego tam znajomego franciszkanina z Gdyni. – Nie myślałem wtedy jednak o tym, by samemu zostać franciszkaninem. Kombonianie proponowali mi nowicjat w Warszawie, Misjonarze Papieskich Misji Zagranicznych powiedzieli mi, że mają misje w Brazylii. Nie przemawiało to do mnie i wróciłem do domu, do Polski, właściwie z niczym – opowiada franciszkanin.
Przełożony franciszkańskiego domu, w którym zatrzymał się poszukujący swojej drogi w życiu, nie był obecny w czasie, kiedy tam był. Kiedy wrócił, jeden z braci powiedział mu o nim. I wówczas o. Miguel Angel Lopez chciał się z nim spotkać.
– Po raz drugi zostawiłem dom, wszystko to, co kochałem przez 25 lat, mamę, tatę, siostrę, przyjaciół, psa, morze, studia, pracę, ukochaną Gdynię. Morze chyba wtedy wezbrało, bo mama dużo płakała, kiedy wyjeżdżałem. Tata akurat pływał po morzu – łowił ryby. W Rzymie, na pierwszej Mszy św., na której byłem z o. Miguelem, znowu było czytanie o Hiszpanii; o tym, że Paweł będzie wyprawiony w dalszą drogę przez rzymian. Dwa miesiące później o. Angel Lopez posłał mnie do... Hiszpanii na naukę języka. Kupił mi bilet. Mnie – zupełnie obcemu człowiekowi – snuje swoją opowieść o. Mazurek.
W Hiszpanii uczył się kastylijskiego. Minęły dwa miesiące i skierowano go na studia do Peru. – Po roku i dwóch miesiącach od obejrzenia filmu o o. Strzałkowskim i o. Tomaszku byłem już tam, gdzie oni. Niedzielę Palmową spędziłem w Pariacoto. Studiowałem w Peru półtora roku, zajmowałem się dziećmi i młodzieżą. Peru było i jest dla mnie „Ziemią Święta”, bo tam zrodziło się moje powołanie. Jego „zasiewem” była przelana krew Zbyszka i Michała. Modliłem się wtedy często za ich wstawiennictwem, to był taki mój prywatny kult. Prosiłem ich, żeby mi pomogli – wyznaje kapłan.
Długa ceremonia
Potem przyjechał do Polski, gdyż jego siostra wychodziła za mąż. Kucharce w Peru powiedział, że za miesiąc wróci, bo leci tylko na ślub. – Kiedy przyjechałem do Polski, pomyślałem, że pojadę do franciszkanów do Krakowa, odwiedzę braci, których jeszcze nie znałem. Prowincjał o. Zdzisław Gogola zdecydował, bym wstąpił do nowicjatu w Polsce, a nie w Ameryce Łacińskiej. Choć miałem przed sobą plany nowicjatu w Boliwii, zostałem. Wstąpiłem do franciszkanów i w Polsce spędziłem... siedem lat. Tyle czasu zajął mi nowicjat oraz studia. Kiedyś kucharka z Peru napisała mi, że ślub, na który pojechałem, był najdłuższą ceremonią, o jakiej słyszała – śmieje się. A już na poważnie dodaje: – Moje powołanie jest wielką łaską, którą zawdzięczam o. Zbigniewowi i o. Michałowi. Za tę łaskę jestem Panu Bogu bardzo wdzięczny. Krew franciszkańskich męczenników stała się „zasiewem” mojego powołania – ziarnem, które wydało kłos.
Małgorzata Pabis