• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Mistrz z Medjugorie

Wtorek, 9 września 2014 (18:15)

Chorwacja ma nowego sportowego bohatera. Nazywa się Marin Cilic, jest tenisistą i właśnie wygrał wielkoszlemowy US Open, osiągając życiowy sukces i podążając śladami swojego trenera.

A jeszcze nie tak dawno był na sportowym wygnaniu. We wrześniu ubiegłego roku został zdyskwalifikowany na dziewięć miesięcy. Międzynarodowa federacja tenisowa ukarała Chorwata, gdyż miał pozytywny wynik testu antydopingowego podczas turnieju ATP Tour w Monachium. Wykryto u niego niketamid, substancję psychoaktywną o działaniu stymulującym. Kara potem została zmniejszona do czterech miesięcy, a zawodnik, co oczywiste, do świadomego przyjmowana zakazanych specyfików się nie przyznał. W trudnym dla siebie czasie mocno jednak trenował, próbując za wszelką cenę pozostać blisko światowej czołówki. – To był ciężki czas, ale wiele się wtedy nauczyłem. Każdego dnia pracowałem nad sobą, a gdy wróciłem na korty, te chwile starałem się szybko wykasować z pamięci – powiedział.

Za kilka tygodni skończy 26 lat. Urodził się w Medjugorie, zaczął grać w tenisa w wieku siedmiu lat. Pierwszy poważniejszy sukces odniósł w 2005 roku, wygrywając juniorski French Open. Nigdy jednak tego sukcesu nie powtórzył w karierze seniorskiej. Nigdy nie triumfował w żadnej z czterech imprez Wielkiego Szlema. Aż do teraz, aż do dzisiejszej nocy (polskiego czasu), gdy okazał się najlepszy w US Open. W Nowym Jorku grał świetnie, pokonując m.in. dużo wyżej notowanych Czecha Tomáša Berdycha i Szwajcara Rogera Federera. W finale zmierzył się z inną rewelacją, Japończykiem Kei Nishikorim. Wygrał w trzech setach, w każdym z nich tracąc po trzy gemy. – Grałem tu najlepszy tenis w moim życiu. Nic nie bierze się z niczego, zawdzięczałem to ciężkiej pracy, która w pewnym momencie zawsze odpłaca. Warto marzyć, bo czasami marzenia się spełniają – powiedział po zwycięskim finale. Cilic nie ukrywał, że nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie jego trener.

Kilka miesięcy temu rozpoczął współpracę z rodakiem, słynnym przed laty zawodnikiem Goranem Ivaniševiciem. Jedynym Chorwatem, który wygrał turniej Wielkiego Szlema – w 2001 roku triumfował w Wimbledonie. – Goran uświadomił mi znaczenie spraw, których wcześniej nawet nie dostrzegałem. Przekonał mnie także do tego, by z gry czerpać radość, a tenisem po prostu się cieszyć – przyznał Cilic, jeden z najwyższych zawodników na świecie. Ma 198 cm wzrostu, czyli o 20 więcej od swojego finałowego przeciwnika. Wzrost i związaną z tym siłę potrafił doskonale wykorzystać, w najważniejszej potyczce nowojorskiej imprezy posłał aż 17 asów, przy zaledwie 2 rywala. Cilic awansuje teraz w okolice dziewiątego miejsca w światowym rankingu. To najwyższa pozycja, jaką do tej pory zajmował. Za triumf w US Open zarobił trzy miliony dolarów.

Piotr Skrobisz