• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Polska traci najlepsze rynki

Sobota, 6 września 2014 (02:00)

Z Witoldem Choińskim, prezesem związku „Polskie Mięso”, rozmawia Karolina Goździewska

Polacy jedzą dużo mięsa?

– W ubiegłym roku statystyczny Polak zjadł 1,5 kg wołowiny, 27 kg drobiu i 38 kg wieprzowiny. Na przełomie 15 lat spożycie wołowiny spadło z 17 kg, to wynik kampanii medialnych promujących drób, którego spożycie od 2000 roku rośnie co roku średnio o kilogram. Ponadto decydują też cena i siła nabywcza konsumenta.

Powszechne jest przekonanie, że wieprzowina i wołowina nie są tak zdrowe jak drób.

– Wielu naukowców bazuje na danych sprzed 20-30 lat. Tymczasem przez ostatnie lata wyhodowano nowe rasy bydła i świń, u których wartość odżywcza mięsa jest znacznie wyższa. Przykładowo, świński schab zawiera już 1,5 proc. tłuszczu, a nie jak wcześniej 5-6 procent.

Czy drgnęło coś w sprawie embarga na mięso z Polski?

– Nic się na razie nie zmieniło, ponieważ nadal wykrywane są nowe przypadki ASF (afrykańskiego pomoru świń). Co prawda u dzików, ale to zamyka nam możliwość eksportu wieprzowiny.

Przez ASF tracimy rynki zbytu nie tylko w Rosji?

– Oprócz Unii Celnej (należą do niej Rosja, Białoruś, Kazachstan) straciliśmy najważniejsze rynki zbytu w Chinach, Japonii, Korei. Białoruś po Chinach była drugim co do wielkości naszym odbiorcą, a Rosja trzecim. Obecnie eksportujemy już jedynie do Hongkongu, Wietnamu, Kanady i Stanów Zjednoczonych.

Jaka część eksportowanego dotychczas mięsa została w Polsce?

– Na rynki trzecie trafiało w sumie 50 proc. całego eksportu, pozostałą część wysyłaliśmy do krajów Unii Europejskiej. W tej chwili z rynków trzecich pozostały Hongkong oraz Wietnam, dokąd eksport wzrósł. Pojawiły się też nowe rynki w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, które powoli się rozwijają. Ale te rynki dopiero zdobywamy, trwa to wolno m.in. ze względu na dużą konkurencję. Zdecydowanie wzrósł też eksport do Włoch, Słowacji i Czech.

Natomiast poważny problem, nad którym się zastanawiamy, to co się może wydarzyć, jeśli będą kolejne ogniska wśród hodowli i co będzie z hodowlą w gospodarstwach dotkniętych wirusem? Bo wtedy rolnicy praktycznie pozostaną bez możliwości eksportowych.

Dziś okazuje się, że prewencja w sprawie ASF jest niewystarczająca.

– ASF to jest choroba gospodarcza, która dotyczy tylko i wyłącznie dzików i świń domowych. Jeśli ta choroba rozprzestrzeni się na terytorium danego kraju, to później jest już praktycznie nie do opanowania. Dlatego tak ważne są skuteczne działania na samym początku, przy pierwszych przypadkach wystąpienia ASF. Chodzi o to, aby dzisiaj minister rolnictwa albo inna osoba wyznaczona do koordynacji zwalczania tej choroby w Polsce dysponowała: po pierwsze – środkami, po drugie – mocą sprawczą w postaci decyzji, bo tu chodzi też o skuteczność decyzji. Dziś minister rolnictwa narażony jest na to, że musi konsultować wszystkie decyzje z innymi ministrami, m.in. środowiska czy finansów. Tam, gdzie tę chorobę skutecznie zwalczano, to koordynację miał najczęściej albo bezpośrednio premier, albo osoba wyznaczona przez niego, a w niektórych przypadkach nawet prezydent.

Jakich rozwiązań brakuje?

– Cały czas wnioskujemy do premiera o pieniądze na zwalczanie ASF, m.in. poprzez redukcję liczby dzików oraz utylizację świń hodowlanych w miejscach objętych ogniskami choroby. Ubiegamy się też o pieniądze na odszkodowania dla rolników.

Chcemy, by świnie były wybijane we wszystkich gospodarstwach w promieniu 3-10 kilometrów, gdzie pojawił się przypadek pomoru. Powinna też zostać uchwalona ustawa o bioasekuracji.

Kraje, które wdrożyły przepisy o bioasekuracji, bardzo szybko sobie poradziły z pomorem. Gospodarstwa miały dwa, trzy tygodnie, by dostosować się do wymagań albo zlikwidować stado. Rolnik mógł wówczas liczyć na pełne odszkodowanie za zlikwidowane stado i złożoną gwarancję nierozpoczęcia hodowli w ciągu roku, dwóch lat, w zależności od tego, ile czasu wymagałoby zwalczanie choroby. Chodzi tu przede wszystkim o te małe gospodarstwa, w których są dwie, trzy świnie.

A co z wołowiną? 80 proc. jej produkcji trafia na eksport. Sejm ma głosować nad przywróceniem w Polsce prawa do uboju rytualnego. Zniesienie zakazu poprawiłoby sytuację rolników i zakładów?

– Po wprowadzeniu zakazu uboju rytualnego kilogram żywca wołowego spadł o 1-1,5 złotego. Rolnicy stracili na każdej sztuce bydła mięsnego nawet 1,5 tys. złotych. W tej chwili poprzez zakaz uboju rytualnego Polska traci najlepsze rynki, najbardziej strategiczne, jeśli chodzi o wołowinę – Emiraty Arabskie, kraje afrykańskie oraz kraje UE, gdzie jest bardzo duża populacja muzułmanów oraz Żydów.

A nie możemy im sprzedawać żywych zwierząt?

– Wiąże się to z długim, męczącym transportem, a tym samym cierpieniem zwierząt. Poza tym ostatnie dane, które uzyskaliśmy z Instytutu Przyrodniczego we Wrocławiu, pokazują, że ubój rytualny nie przysparza większego cierpienia zwierzętom niż ubój tradycyjny.

Zakaz uboju rytualnego wprowadzono praktycznie z dnia na dzień.

– Duża część firm przygotowała inwestycje pod ubój na potrzeby religijne, czyli zakupiła urządzenia, dostosowała zakłady. Często inwestycje kosztowały 2-3 mln zł, a w niektórych przypadkach nawet 15 mln złotych. Zakłady nagle zostały pozbawione możliwości dalszej pracy. Teraz są w bardzo trudnej sytuacji. Produkują na 30 proc. możliwości.

W 22 krajach Unii takiego zakazu nie ma. Nasi politycy okazali się nadgorliwi?

– To „zasługa” rządzącej opcji politycznej, która zdecydowała o wykluczeniu Polski z tego rynku, bo przecież inne kraje na tym korzystają. Korzysta na tym przede wszystkim Francja, w mniejszym stopniu Niemcy. Tak naprawdę pozbyli się największego konkurenta w Unii Europejskiej, czyli Polski. Dodam jeszcze, że te rynki, czyli Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Algieria, to są najbardziej przyszłościowe rynki, bo niektóre z tych krajów już deklarują, że w ciągu 2-3 lat wygaszą w ogóle produkcję rolną, bo jest tam nieopłacalna, i decydują się, by całą żywność importować, m.in. z Europy. Otrzymujemy cały czas zapytania o możliwości podpisywania naprawdę dużych kontraktów – 10-20 tys. ton – i to zarówno drobiu, jak i wołowiny. Tutaj nie możemy mówić o samej wołowinie, ale również o drobiu, bo drób mniej więcej tyle samo stracił na tym, co wołowina. Jeśli chodzi o skalę eksportu tego mięsa z tytułu uboju na potrzeby religijne, wołowiny było 90 tys. ton i około 80-90 tys. ton drobiu.

A jaka jest szansa, żeby ta ustawa o uboju rytualnym przeszła.

– Wszystko będzie zależało od tego, czy będzie dyscyplina w głosowaniu w PO, czy nie. Bez tego raczej nie widzę możliwości, żeby ta ustawa została przegłosowana. Natomiast myślę, że partie rządzące pójdą po rozum do głowy i wiedząc, w jakiej sytuacji gospodarczej znajduje się cała UE, wezmą pod uwagę trudne położenie polskich rolników i przedsiębiorców.

Ile tracimy przez embargo na polskie mięso?

– Utracone korzyści z braku możliwości eksportu w samym przemyśle oscylują w granicach 5 mln zł dziennie. Natomiast oczywiście ta sytuacja się trochę zmieniła, bo kolejne rynki doszły, czyli Hongkong i Kanada, zwiększył się eksport do krajów europejskich. Natomiast na tych rynkach się nie zarabia. To jest eksport, który utrzymuje żywotność w firmie, nie generuje zysków.

Dlaczego?

– Bo tam uzyskuje się zdecydowanie niższe marże. To są marże, że tak powiem, przeżyciowe, uniemożliwiające rozwój.

Ceny żywca bardzo spadły. Rolnicy nie zlikwidują hodowli?

– W przypadku wieprzowiny ze względu na ASF nasi producenci, nasi eksporterzy czy przetwórcy są w podwójnie trudniejszej sytuacji niż pozostali producenci w UE. I rzeczywiście to może doprowadzić do tego, że ta produkcja, która i tak już jest na najniższym poziomie od wielu, wielu lat, może jeszcze spaść. Niestety, wtedy będziemy narażeni w coraz większym stopniu na importowane mięso z krajów europejskich.

Dziękuję za rozmowę.

Karolina Goździewska