• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

NATO już nie odstrasza

Czwartek, 4 września 2014 (17:42)

Z Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, specjalistą ds. polityki międzynarodowej, rozmawia Maciej Walaszczyk

 

Czy wystąpienie prezydenta USA Baracka Obamy w Estonii oznacza, że jego kraj mocniej zaangażuje się w budowę bezpieczeństwa w tym regionie Europy? Mówił w środę nie tylko o gwarancjach sojuszniczych dla krajów bałtyckich, ale też o otwartej drodze do NATO dla Ukrainy, Gruzji czy Mołdawii.

– Za wcześnie jest, by stawiać tak optymistyczne tezy, z tego powodu, że nie było w jego przemówieniu mowy o utworzeniu stałych baz NATO, wzroście wydatków zbrojeniowych Sojuszu, które w lwiej części zależą przecież od Stanów Zjednoczonych. Nie przedstawił żadnych innych konkretów poza oczywistym potwierdzeniem sojuszniczych zobowiązań traktatowych. Byłaby to już chyba zupełna tragedia, gdyby prezydent USA powiedział cokolwiek innego, niż że to jego kraj wypełni swoje zobowiązania wobec Estonii. Dlatego myślę, że nie było nawet zagrożenia, że mógłby w tej kwestii powiedzieć cokolwiek innego.

Ale nie powiedział właściwie nic ponadto?

– Z tej racji, że nie zadeklarował stworzenia stałych baz wojskowych NATO w wymiarze większym niż symbolicznie, a więc przeniesienia amerykańskich baz, np. z Niemiec czy Włoch, nie ma w jego wystąpieniu żadnego przełomu. Nie sądzę przecież, by amerykański podatnik miał utrzymywać dublujący się system, a więc istnienie baz zarówno w zachodniej Europie, jak i w naszym regionie, gdzie są one potrzebne. Oczywiście to, co usłyszeliśmy, jest jakimś minimum które powinniśmy odbierać pozytywnie, ale jest to za mało, aby na Kremlu odczytano to jako poważne ostrzeżenie, które Putina odstraszy od kontynuowania agresji.

Rosyjskie media cytują analityka Aleksieja Pilko, który mówił, że obecność natowskich baz w regionie to bezpośrednie zagrożenie np. dla Petersburga, że to sytuacja podobna do tej, z jaką mieliśmy do czynienia na Kubie, gdzie Swieci rozmieścili rakiety atomowe.

– To stara i znana rosyjska retoryka, wychodząca z założenia, że Rosja ma prawo do decydowania, jakie bazy mają istnieć na terenie niepodległych państw Europy Środkowo-Wschodniej, a które jeszcze niedawno znajdowały się na obszarze dawnego imperium sowieckiego. Polska nie ma żadnego powodu, by tego rodzaju roszczenia uznawać za uprawnione. Natomiast jest część zachodniej opinii publicznej, która odniesie się do niej ze zrozumieniem, i dlatego Rosja tego rodzaju opinie i sygnały na Zachód wysyła, by swoim poplecznikom dostarczyć amunicji propagandowej. Gdy tam tego rodzaju opinie są powtarzane, wpływają one na procesy decyzyjne tamtejszych polityków.

A jak słowa Obamy mają interpretować politycy na Ukrainie? Amerykański przywódca powiedział wprost, że NATO musi podjąć konkretne zobowiązania dotyczące udzielenia pomocy w modernizacji i umocnieniu jej sił zbrojnych. Czy to zapowiedź pomocy wojskowej?

– Na to pytanie będziemy znali odpowiedź po zakończeniu szczytu NATO. Na razie takich decyzji nie ma. Jak długo nie będzie decyzji o dostarczeniu Ukrainie broni, za pomocą której skutecznie odeprze ona rosyjską agresję, a nie kamizelek kuloodpornych, koców czy hełmów, tak długo nie możemy mówić o jakiejkolwiek zmianie sytuacji, a jedynie o zmianie retoryki. Jestem w tej sprawie umiarkowanym pesymistą. Uważam, że po tym, co przed szczytem zapowiadał sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen, mówiąc, że NATO nie może przekazywać Ukrainie broni, taka decyzja nie zapadnie. Nie wyklucza to jednak możliwości przekazywania tej bronie przez indywidualne kraje Sojuszu. Tutaj powstrzymanie się od polityki ogólnonatowskiej będzie również dobrym alibi dla naszych władz do podjęcia decyzji o nieudzielaniu samodzielnej pomocy wojskowej Ukrainie. Jestem także zdania, że NATO nie zwiększy swojej obecności wojskowej w naszym regionie w wielkości zdolnej do odstraszania.

Ma powstać tzw. szpica w ramach istniejących już Sił Odpowiedzi. To niewiele?

– To jest dobry pretekst do przedstawienia opinii publicznej i mediom, że coś się robi.

A co powinno się zrobić?

– Istotą tej gry jest przekonanie decydentów agresora, czyli Moskwy, że decyzja, jaka stoi przed nimi, nie jest decyzją o przetestowaniu reakcji NATO. Oni muszą mieć świadomość, że ich decyzja nie będzie tym samym, co zrobił Hitler w 1939 r., podejmując ryzyko uderzenia na kraj, który ma formalne gwarancje sojuszników, w nadziei, że nie zostaną one wykonane w postaci odpowiedzi i reakcji wojsk sojuszniczych z uwagi na niechęć polityków do podjęcia takiej decyzji. Żeby tego typu kalkulacje złamać w umysłach agresorów, należy unikać reakcji struktury Sojuszu polegającej na przyrzeczeniu przysłania wojska, a po prostu należy je rozmieścić. Wtedy planiści agresora nie staną przed problemem, którego rozwiązanie polega na szybkim przeprowadzeniu kampanii, zanim sojusznicy przyjdą z pomocą, tylko przed pytaniem, jak mają się zachować wojska w sytuacji spotkania na terytorium ofiary agresji rozmieszczonych garnizonów wojsk sojuszniczych. Dobrym przykładem tak skutecznego rozwiązania był podczas tzw. zimnej wojny Berlin Zachodni, gdzie stacjonowały wojska francusko-brytyjsko- amerykańskie. Ich zaatakowanie oznaczało wybuch wojny światowej. System, który dzisiaj proponuje NATO, nie daje możliwości psychologicznego odstraszania wroga. Sojusze nie służą do wygrywania wojen, ale do zapobiegania ich wybuchowi. W tym rozumieniu NATO nie ma zamiaru wypełnić tej swojej podstawowej funkcji w zakresie odstraszania.

 

Dziękuję za rozmowę.

Maciej Walaszczyk