• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Duchem Spartanie

Poniedziałek, 10 września 2012 (06:07)

Ani minister obrony, ani premier, ani prezydent nie wzięli udziału w uroczystościach pośmiertnego awansu dowódców Rejonu Umocnionego Wizna na Strękowej Górze. List Bronisława Komorowskiego przyjęto milczeniem.

W sobotę na Strękowej Górze odbyły się uroczystości pośmiertnego awansu dowódców Rejonu Umocnionego Wizna. Awans do stopnia majora otrzymał dowódca odcinka kapitan Władysław Raginis, do stopnia kapitana wyniesiono jego zastępcę porucznika Stanisława Brykalskiego. Nominacje z rąk gen. Waldemara Skrzypczaka, wiceministra obrony narodowej, odebrali krewni wojskowych.

W uroczystości nie uczestniczyli ani minister obrony, ani premier, ani prezydent. W przesłanym do uczestników ceremonii liście Bronisław Komorowski określił bohaterskich oficerów mianem "niezłomnych dowódców", dla których naczelnym zadaniem był kanon żołnierskiego obowiązku: "wytrwać na polu walki" i "obronić placówkę albo pole".

Przypomnijmy, że dopiero po interwencji "Naszego Dziennika" Kancelaria Prezydenta pozytywnie rozpatrzyła prośbę o objęcie honorowym patronatem sobotnich wydarzeń w Wiźnie.

Nie przyjechał na nie jednak żaden przedstawiciel Kancelarii, a reakcją na list prezydenta była wymowna cisza. Komorowski przypomniał w nim, że bój pod Wizną przeszedł do historii pod nazwą polskich Termopil.

"Walka podjęta przez siły liczące 720 ludzi, przeciwko 42-tysięcznemu XIX Korpusowi Pancernemu gen. Guderiana, podobnie jak zmagania starożytnych Spartan z najazdem perskim nie miała szans powodzenia. Jej podjęcie i możliwie jak najdłuższe utrzymanie pozycji, było jednak konieczne. (...) Kapitan Raginis i porucznik Brykalski byli doskonale wyszkolonymi oficerami, znającymi swoje rzemiosło i świetnie rozumieli względy stojące za otrzymanymi rozkazami" - napisał Komorowski.

"Dzisiaj Rzeczpospolita określa go mianem jednego z największych bohaterów wojny obronnej 1939 r." - wskazał Komorowski, podkreślając, że "odwaga i dzielność żołnierska oraz gotowość poniesienia ostatecznej ofiary własnego życia w służbie całości i niepodległości państwa zasługują na pamięć całego narodu".

- Władysław Raginis wolał rozerwać się granatem, niż poddać Niemcom - przypomniał poseł Lech Kołakowski (PiS). Podkreślił, że Raginis, broniąc powierzonego mu, liczącego dziewięć kilometrów odcinka, bronił honoru oficera polskiego, a dzisiaj jest wzorem dla żołnierzy.

- Dzisiaj Polska potrzebuje takich bohaterów - stwierdził parlamentarzysta. Generał Waldemar Skrzypczak nie ma wątpliwości, że wojsko bez historii i pamięci o bohaterach nie będzie prawdziwym wojskiem. Chodzi także o współczesną zawodową armię. - Powinniśmy kształtować swoich żołnierzy w przekonaniu, że mają poprzedników, którzy choćby tutaj, w polskich Termopilach, dali świadectwo tego, w jaki sposób należy wykonać obowiązek wobec Ojczyzny - wskazał.


Wzgórze nr 126

Wzgórze określone na mapach wojskowych numerem 126 góruje nad rozciągającą się na zachód doliną Narwi. U jego podnóża znajduje się do dziś przyczółek, w którym tuż przed podjęciem walk obronnych z nacierającymi Niemcami kwaterował kapitan Raginis.

W sobotę wydarzenia sprzed lat wspominała Kazimiera Puchwicz, córka gospodarza, w którego domu po objęciu dowództwa placówki na Strękowej Górze mieszkał dowódca Rejonu Umocnionego Wizna. Puchwicz potwierdza grozę starcia, w centrum którego znaleźli się obrońcy umocnień. Trwający właściwie przez cały czas ostrzał artyleryjski i bombardowania polskich pozycji zamieniły zielone wzgórza w zrytą lejami po eksplozjach pryzmę ziemi.

- Góra była tak zbita, że nie było tutaj kawałka zielonej trawy, tylko same doły, wieś spalona, tak że nie ostał się kołek w płocie. Ocalały tylko dwa baraki, w których zamieszkała cała wieś - relacjonowała.

Co istotne, polskie umocnienia przetrwały niemieckie bombardowania i ostatecznie schron na Strękowej Górze został wysadzony w powietrze dopiero kilka lat później, w czasie odwrotu Wehrmachtu przed nadciągającymi wojskami sowieckimi. Szczególnie w pamięci kobiety utkwiła scena, gdy jej ojciec zwrócił się do niemieckiego dowództwa o umożliwienie mu pochowania ciał żołnierzy na zboczu góry. Niemcy nie chcieli się na to zgodzić, choć gospodarz ostrzegał ich, że może to grozić rozprzestrzenieniem się tyfusu. Jak również fakt, że Niemcy zbezcześcili ciało bohaterskiego dowódcy.

- Niemcy wyszli z bunkra i zaczęli się śmiać. Po chwili usłyszeliśmy jakiś huk i jak się okazało, oni wtedy podpalili tego kapitana. Mój ojciec poszedł tam i mówi: "Leżał tam, jak leżał, ale głowę i włosy mu podpalili" - wspomina.

Reżyser Grzegorz Królikiewicz, który w imieniu rodziny Władysława Raginisa odebrał nominację na wyższy stopień oficerski, wspominał swoje perypetie z końca lat 60., gdy uzyskał pozwolenie na realizację filmu dokumentalnego pt. "Wierność". Materiał powstał w 1969 roku. Reżyser wspominał ważny, a może kluczowy epizod, który być może zadecydował o takim, a nie innym finale 4-dniowego, bohaterskiego oporu polskich żołnierzy i KOP-owców.

- Jak już spakowaliśmy kufry ze sprzętem i zwinęliśmy wszystkie kable, jeden ze starszych gospodarzy, z którym wcześniej rozmawiałem i dokumentowałem jego relacje, powiedział do mnie wprost: "Nie chcę tutaj mówić do kamery, by nie pohańbić sąsiadów, by nikt nie powiedział, że mówię źle o ich dzieciach. Ale część z tej załogi to były tutejsze chłopaki ze wsi, nieobyci z wojskiem, którzy dopiero co zostali powołani w czasie mobilizacji. Oni po prostu dygotali i na noc uciekli do stodoły" - wspomina reżyser.

Raginis dowiedział się o ich dezercji. - Wiedział, że musi ich zabić albo sam trafi pod sąd polowy. Dlatego wysłał za nimi dwóch chłopaków, z którymi się znali. I zagwarantował im, że nie wyciągnie wobec nich konsekwencji - relacjonuje Królikiewicz i podkreśla, że niedługo potem miał przy sobie kompanię w komplecie.

- Wtedy razem ze swoim przyjacielem i zastępcą Stanisławem Brykalskim przysiągł tym przerażonym chłopcom, że zostanie z nimi do końca. Słabszym od siebie złożył przysięgę. To jest przejmujące i niesamowite - podkreśla reżyser. Dwa lata temu jego syn Jacek Raginis nakręcił teledysk zespołu Sabaton do utworu "40:1". Dziś pracuje nad scenariuszem do filmu fabularnego o historii heroicznej obrony Rejonu Umocnionego Wizna.

Na Strękową Górę w sobotę przyjechało prawie 2 tys. osób. Wśród nich m.in. przedstawiciele Związku Polaków na Łotwie, kombatanci i łagiernicy z kraju, ale także z Wilna i Lwowa, delegacje szkół noszących imię majora Raginisa, harcerze, pasjonaci rekonstrukcji historycznych i militariów, w tym współorganizatorzy imprezy i uroczystości - członkowie Stowarzyszenia "Wizna 1939", a także Grupa Rekonstrukcji Historycznych Centralnej Szkoły Podoficerskiej Korpusu Ochrony Pogranicza w Osowcu-Twierdzy. Rok temu szczątki bohaterskich dowódców obrony umocnień pod Wizną złożono w grobie - w miejscu żelbetowego schronu, w którym zginął mjr Raginis.

Maciej Walaszczyk Strękowa Góra