Dziki w szkodzie, a rząd w lesie
Wtorek, 2 września 2014 (19:32)Z Pawłem Roguckim, przewodniczącym komitetu rolników, którzy przed Podlaskim Urzędem Wojewódzkim w Białymstoku od tygodnia prowadzą akcję protestacyjną przeciwko bezczynności rządu wobec niszczycielskiej działalności dzików na ich polach, rozmawia Adam Białous
Od sześciu dni w Białymstoku, używając m.in. kilkudziesięciu ciężkich ciągników i kombajnów, prowadzą Państwo protest. Czego domagają się Państwo od rządu?
– Przede wszystkim od rządzących domagamy się konkretnych rozwiązań w związku z ogromnymi stratami, jakie w naszych uprawach od wielu miesięcy czynią dziki. U dużej liczby podlaskich gospodarzy te zwierzęta zniszczyły nawet 90 procent upraw kukurydzy, demolują również m.in. uprawy pszenicy i ziemniaków. Przykładowo, na moim 3,5-hektarowym polu kukurydzy w gminie Zabłudów dziki zniszczyły około 90 procent jej uprawy. Chcemy, aby wypłacono nam uczciwe odszkodowania za niszczone przez dziki uprawy. Koła łowieckie odszkodowania wypłacają rzadko, a jeżeli już, to nie pokrywają one strat. Myśliwi mówią, że brakuje im na odszkodowania pieniędzy, my w to wierzymy, bo straty w uprawach są ogromne. Dlatego domagamy się, aby w wypłatach odszkodowań brał znaczący udział Skarb Państwa, a nie tylko koła łowieckie. Chcemy również niezależnych komisji szacujących szkody. Nasz protest nie dotyczy jednak tylko braku reakcji rządu na szkody czynione przez dziki. Przed urzędem wojewódzkim domagamy się również zdecydowanych działań ministra rolnictwa w związku z takimi problemami polskiej wsi, jak nękanie gospodarzy karami za złamanie bezsensownego i szkodliwego systemu kwot mlecznych, ruinę plantatorów warzyw i owoców w związku z niskimi cenami i zamknięciem importu przez Rosję oraz rozszerzającą się chorobą świń ASF, którą przenoszą dziki.
Pod koniec lipca główny lekarz weterynarii zdecydował, że do końca wakacji z około 12-tysięcznej podlaskiej populacji dzików odstrzelonych może zostać ponad trzy tysiące tych zwierząt żyjących w powiatach zagrożonych ASF. Ten plan nie został zrealizowany. Znów są to tylko puste obietnice?
– Tylko tak to można nazwać. Z zaplanowanych do odstrzału trzech tysięcy faktycznie myśliwi do końca sierpnia odstrzelili zaledwie około 300 sztuk. To przecież zupełnie nie zmieniło sytuacji na naszych polach. Dziki dalej szkodzą, a teraz jeszcze mocniej dokazują, bo zbliża się zima. Główny lekarz weterynarii przedłużył wprawdzie pozwolenie na odstrzał 3 tys. dzików do końca września, ale jeżeli to będzie iść w takim tempie, to tych szkodników na naszych polach będzie jedynie o 600 mniej. Myśliwi nie rychliwie strzelają do dzików, bo te obiecane przez rząd za odstrzał jednego dzika 150 zł nie trafia bezpośrednio do ich kieszeni, ale do kasy związków łowieckich, a w niej jest dziura, gdyż wszystko idzie na odszkodowania. Nie zadowala nas również sam procent dzików przeznaczonych przez głównego lekarza weterynarii do odstrzału. Naszym zdaniem, aby zapobiec masowej dewastacji upraw oraz rozwijaniu się ASF w Polsce, potrzebna jest redukcja 70 procent populacji dzika. Przypomnę, że na Białorusi wytrzebiono całą tamtejszą populację tych zwierząt i dopiero wówczas sytuacja wróciła tam do normy.
Dotychczasowy protest, dziesiątki traktorów, kombajnów i innych maszyn rolniczych na ulicach stolicy województwa podlaskiego wywołały jakąkolwiek reakcję wśród rządzących?
– Nikt się naszymi problemami nie przejmuje. O poważnych szkodach czynionych przez dziki na naszych polach alarmowaliśmy rząd już w lutym tego roku. Prosiliśmy wówczas o pomoc. Nie doczekaliśmy się jej, nie było żadnej reakcji. Dziki do wakacji zdążyły kompletnie zrujnować wiele upraw. W akcie rozpaczy przyjechaliśmy po raz pierwszy ciągnikami pod urząd wojewódzki w Białymstoku w drugiej połowie lipca. Protest był kilkugodzinny, obiecano nam odstrzelić 3 tys. dzików i wypłacić odszkodowania. Faktycznie dzików odstrzelono dziesięć razy mniej, a sprawiedliwych odszkodowań jak nie było, tak nie ma. Wróciliśmy więc pod urząd w ostatni czwartek z żądaniem rozmów z ministrami rolnictwa i środowiska. Czekając na nich, koczujemy tu, śpiąc w namiotach, już tydzień. Jedyna do tej pory reakcja rządu to obietnica, że jutro przyjedzie do nas główny konserwator przyrody. Czujemy się lekceważeni i nasz gniew rośnie. Jeżeli tak dalej będzie, całkowicie zablokujemy maszynami ruch w mieście. Już od poniedziałku traktory co trzy godziny jeżdżą po mieście, to ostrzeżenie. Jeżeli to nie pomoże, jeżeli ministrowie nie przyjadą do nas i nie przyjmą tu konkretnych rozwiązań co do naszych problemów, wylejemy gnojowicę przed urzędem. Ona już tam jest, na razie jeszcze w cysternie. Mamy też przygotowany obornik. Chcemy ministrów zawieźć na nasze zdewastowane przez dziki pola, aby mogli się na miejscu przekonać, jak poważne straty ponosimy każdego dnia.
Jak długo zamierzają Państwo jeszcze protestować?
– Aż do skutku. Już tydzień stoimy pod urzędem z ciężkim rolniczym sprzętem, którego z dnia na dzień przybywa. A w poniedziałek postanowiliśmy przedłużyć nasz protest jeszcze o tydzień, licząc od najbliższego czwartku. Mamy na to odpowiednie zgody. W proteście bierze obecnie udział około 150 gospodarzy z różnych części województwa podlaskiego. Każdego dnia dołączają do nas kolejni. Jesteśmy zdruzgotani lekceważącym traktowaniem nas przez rządzących i wielomiesięcznym domaganiem się u nich o sprawiedliwość. To wygląda jak walenie głową w mur.