Cierpienie irackich chrześcijan woła do naszych sumień
Wtorek, 2 września 2014 (10:32)Informator międzynarodowego Dzieła katolickiego Stowarzyszenie Papieskie Pomoc Kościołowi w Potrzebie przedstawił opinii publicznej codzienną rzeczywistość mieszkańców Iraku. Jego reportaż z podróży do uciśnionych wyznawców Chrystusa jest niezwykle poruszający. Autonomiczne obszary kurdyjskie są wprawdzie wciąż bezpieczne, ale mieszkańcy czekają na wojnę. Państwo Islamskie (IS), dawniej Islamskie Państwo w Iraku i w Lewancie (w skrócie ISIS lub ISIL) jest tuż u bram Regionu Kurdystanu.
Opowieść z miejsca cierpienia
Erbil, stolica Kurdystanu, otoczona jest terenami półpustynnymi. Latem temperatury osiągają tu aż 44 stopnie Celsjusza. Zaraz po przybyciu do miasta można odnieść mylne wrażenie, że panuje w nim pokój. Z pozoru nic nie wskazuje na to, że w chwili obecnej los tysięcy ludzi wisi na włosku. Tego się nie widzi, nie słyszy, nie czuje, ale to złudna intuicja, gdyż siły islamskie znajdują się raptem 45 kilometrów stąd. Tydzień temu zaś podeszły aż pod bramy miasta.
Rzeczywistość jest ukryta za murami kościołów, w szkołach, w ośrodkach sportowych, w cieniu niewykończonych budynków. Tam bowiem znajdują się tysiące uchodźców, ok. 70 tys. Są oni rozproszeni w ponad dwudziestu miejscach schronienia.
Ważnym punktem jest katedra Kościoła chaldejskiego, bardziej znana jako kościół pw. św. Józefa w Ankawie, w chrześcijańskiej dzielnicy miasta. Szacuje się, że około 670 rodzin znalazło tu schronienie oraz w okolicznych budynkach. Uchodźcy chronią się przed straszliwym upałem w cieniu, który rzuca plandeka lub prowizoryczne baraki. Większość z tych ludzi siedzi na ziemi, na materacach czy też na plastikowych krzesłach.
Ankawa to jedna wielka poczekalnia. Widnieją w niej setki twarzy, ale łączy je wszystkie jedna wspólna historia, świadectwo i los. Są uchodźcami skazanymi na śmierć za wyznawanie wiary w Chrystusa.
Dnia 6 sierpnia kurdyjscy żołnierze, którzy bronili terenów chrześcijańskich na północ od Mosulu, wycofali się. Pierwsza bomba spadła na jeden z domów w Karakosz, uśmiercając dwoje dzieci, kuzynów, Dawida i Mirata, którzy akurat bawili się w ogrodzie. Trzecie dziecko jest poważnie ranne. Natychmiast po całym mieście rozległ się alarm: „ISIL u bram, peszmergowie już nas nie chronią! Zabierajcie rodziny i uciekajcie!”.
Karakosz jest miastem, które od wieków zasiedlało ok. 50 tys. chrześcijan. Teraz wyznawcy Chrystusa musieli uciekać tylko z tym, co mieli pod ręką. Na miejscu pozostali tylko najsłabsi, chorzy i starzy.
Do mieszkańców Karakosz dołączyli ludzie z mniejszych miast z okolicy, np. Bartelli czy Karmelesz. Szacuje się, że w ostatnich dniach około 100 tys. chrześcijan z regionu Niniwy opuściło swoje domy, by uciekać w kierunku Duhoku, Zahko i Erbilu. Jest to exodus na skalę apokaliptyczną. Świat milczy.
Trudno sobie nawet wyobrazić panikę, w jakiej znajdują się ludzie, którzy muszą uciekać. Nie mogą dosłownie oglądać się wstecz ani wziąć ze sobą nic poza ubraniami, które akurat mają na sobie. Nie jest to jednak nic nowego dla tych, którzy przez lata żyli pod stałą groźbą ataku ze strony islamskich fundamentalistów. Wielu z nich do dziś nosi w sobie traumę dziesiątego czerwca, kiedy to siły ISIL-u w ciągu kilku godziny zajęły Mosul, nie natrafiając na jakikolwiek opór.
Nikt nie zrobił absolutnie nic w tej sprawie. Ani politycy, ani wojsko, ani Zachód. Szacuje się, że w samym Mosulu od ustąpienia Saddam Husajna ponad 1000 osób poniosło śmierć za wiarę. Każda rodzina ma swoją osobistą tragedię, swoją straszną historię. Każdy ma kogoś w rodzinie, kto został zamordowany, zmasakrowany lub zhańbiony.
„To mój brat, Salam. Miał 43 lata. Oddali trzy strzały w jego głowę. Mieszkał w Mosulu od pięciu lat”. Obok rozmówcy PKWP pojawia się jego matka. Powoli wyciąga zdjęcie zabitego syna, trzyma je w obu dłoniach. W jej gestach, w jej oczach wyraźnie widać ogrom cierpienia.
Rodzina ta uciekła z Mosulu i znalazła schronienie w wiosce nieopodal bardzo starego klasztoru Mar Mattai (św. Mateusza) u swoich krewnych. Myśleli, że będą tam bezpieczni. Odrodziła się nadzieja na lepszą przyszłość. Niestety, zbliżające się siły ISIL-u zmusiły ich do ponownej ucieczki.
Kilka kilometrów dalej przedstawiciele PKWP spotykają Jakuba, kolejnego uchodźcę. Mężczyzna pokazuje swoją zniszczoną, pokrytą bliznami nogę. Obrażenie to jest skutkiem wybuchu bomby w kościele w Mosulu, które miało miejsce w 2008 roku. Kiedy islamiści w lipcu wystosowali ultimatum pod adresem chrześcijan w Mosulu, Jakub uciekł wraz ze swoimi czterema córkami do Alkosz, a stamtąd dwa tygodnie temu musiał zbiec na północ od Duhoku. Stracił ziemię, dom, w zasadzie wszystko, co posiadał. Bardzo cierpiał fizycznie, ale to nie blizny na nodze martwią go najbardziej, lecz przyszłość jego czterech córek.
„Nie dla nas, lecz dla naszych dzieci”, tak brzmi niewypowiedziany apel matki jednej z sześciu rodzi należących do Syryjskiego Kościoła Prawosławnego, które znalazły schronienie pod namiotem należącym do chaldejskiej społeczności w Mangesh. Łącznie znalazło się tam aż szesnaścioro dzieci. Jedna z dziewczynek, otoczona innymi dziećmi, śpiewa jakąś piosenkę po angielsku.
Dzieci, które nie rozumieją, czym jest wojna, nienawiść, masakra, i nie wiedzą, co się dzieje, nie martwią się o przyszłość. Dziwny to widok, tyle dzieci razem, a żadnej zabawki, nawet jednej lalki. Wiele niemowląt leży na gołej ziemi, niektóre tylko w łóżeczkach.
Sleinman niesie na rękach swoją trzyletnią córkę: „Co ona im zrobiła, że wyrzucili ją z domu i zmusili do takiego życia?”. Wyrażenie „takiego życia” odnosi się do konieczności mieszkania po osiem rodzin w jednym pomieszczeniu, w piekielnym upale i nieludzkich warunkach. Materace, żywność i wodę zapewnia im Kościół. W Erbilu rozstawione są namioty dla tych, dla których nie ma już miejsca w ośrodkach sportowych. Każdy taki namiot ma pomieścić osiem osób. W ciągu dnia panuje tu istne piekło, wewnątrz namiotów temperatury sięgają aż 48 stopni Celsjusza. Z kolei w nocy istnieje ryzyko ugryzienia przez szczury i ukąszenia przez skorpiony.
„Próbujemy ratować nasze życie, honor naszych żon i córek oraz naszą wiarę”. Są to trzy główne powody, dla których tak szybko zdecydowali się uciec. To właśnie zdecydowane działanie pozwoliło im uniknąć losu społeczności jazydów, której członkowie zostali zmasakrowani, zgwałceni i wzięci w niewolę.
Natomiast chrześcijanie z takich miast jak Niniwa, Karakosz, Akkosz, Telfek i wielu innych zostali pozbawieni czegoś znacznie ważniejszego niż dobra materialne. Pozbawiono ich nadziei.
„Już nie mogę dłużej tutaj żyć”, żali się ojciec Dawida, jednego z chłopców zabitych w Karakosz przez bombę ISIL-u. „Ten kraj tonie we krwi”. Matka zamordowanego, młoda kobieta w żałobnym stroju, zasłania twarz dłońmi i płacze. Oboje nie mają żadnych dokumentów, nawet paszportów. Nie wiedzą, jak można uzyskać wizę, ale ciągle powtarzają, że muszą stąd iść i to nieważne dokąd, byleby uciec z tego kraju cierpienia.
Nie ma tutaj żadnych specjalistów, którzy pomogliby im uporać się z ich traumą. Są stłoczeni w jednym miejscu z innymi uciekinierami w szkole w Ankawie. Adeeb pracował jako dziennikarz w Mosulu. Łamanym, ale zrozumiałym angielskim zadał następujące pytanie retoryczne: „Dlaczego jest tak, że muzułmanie osiedlający się w Europie mają wszelkie prawa, natomiast my jesteśmy tutaj traktowani jak psy? Mało tego: my przecież nie jesteśmy imigrantami. To nasze państwo”. Adeeb opowiadał o biblijnych korzeniach Niniwy, krainie Tygrysu i Eufratu, o obecności chrześcijan w Mosulu od II wieku n.e., o monasterze św. Mateusza, języku aramejskim, a więc języku ojczystym Chrystusa, a także o syryjskich i chaldejskich katolikach, wspólnotach prawosławnych oraz o całym, wielowiekowym religijnym i kulturalnym dziedzictwie, które właśnie odniosło tak wielkie rany i za chwile może przestanie istnieć.
Księża, zakonnicy i biskupi starają się pomóc, jak tylko mogą. Są wszędzie – dzwonią, organizują pomoc, pytają, słuchają, doradzają, modlą się. Co by się stało z uchodźcami, gdyby nie było tu Kościoła? Kto by się o nich zatroszczył?
W Erbilu, tak jak w Duhoku znajduje się ok. 60 tys. chrześcijańskich uchodźców, rozproszonych między miasteczkami i wioskami na północ od miasta. Niektórzy są aż przy granicy z Turcją. Kościół wykonuje niebywale ważną pracę.
Ksiądz Samir jest chaldejskim kapłanem katolickim. Posługuje w jednej z wiosek na północ od Duhoku. Opowiada o szoku, jaki przeżył pierwszego dnia, kiedy to przez całą noc aż do rana przybywały tu niezliczone rzesze uchodźców. Wypełnili oni całe ulice, spali w samochodach miejscowych ludzi, a nawet na ulicy. W samym parafialnym ośrodku katechetycznym przebywa w tej chwili 77 rodzin należących do Syryjskiego Kościoła Prawosławnego.
Jest ich 321 osób, w tym 35 dzieci. Ksiądz Samir nie wraca do domu wcześniej niż o 1.00-2.00 w nocy. Od czasu przybycia uchodźców nie ma chwili wytchnienia w ciężkiej pracy. O dziesiątej wieczorem ktoś dzwoni do niego na komórkę i mówi, że dwie rodziny jazydów stoją na drodze bez jakichkolwiek środków do życia. Ksiądz więc idzie tam, odszukuje ich, daje materace i zabiera do domu swojej siostry.
Biskup Emil Nona, chaldejski arcybiskup Mosulu, jest jednym z pięciu biskupów, którzy zostali wyrzuceni ze swoich domów. Hierarcha i towarzyszący mu ksiądz przynoszą paczki z żywnością. Odwiedzając wspólnoty, z łatwością dostrzegają ich potrzeby: brakuje materaców, namiotów, lodówek i leków. Hierarcha dodaje uchodźcom otuchy. Jest to czas, kiedy Kościół cierpiący staje twarzą w twarz z Kościołem heroicznym, prawdziwie żyjącym Duchem Świętym i Ewangelią. Kościół ten potrzebuje wsparcia, modlitwy i solidarności swoich braci i sióstr w wierze na całym świecie.
W Erbilu, Duhoku i Zakho, a właściwie w całym Iraku na niezliczonych twarzach widać cierpienie i łzy. Pozostało bardzo mało nadziei – w zasadzie tylko ta chrześcijańska nadzieja, ponieważ ludzka już umarła. Zewsząd daje się słyszeć tylko krzyk: „Pomóżcie nam, już dłużej nie damy rady. My, chrześcijanie z Iraku, jesteśmy ofiarami katastrofy. Wyciągamy nasze ręce w nadziei, że ktoś nas ocali od śmierci”.
Uchodźcy mają nadzieję, że wspólnota międzynarodowa odpowie na ich apel i że Kościół nie będzie jedyną wspomagającą ich instytucją. Tu nie chodzi o zwykłą chrześcijańską pomoc – w grę wchodzi bowiem ratowanie teraźniejszości, przeszłości i przyszłości starożytnej kultury i religii. Dlatego właśnie chrześcijanie usilnie proszą o natychmiastową pomoc w wydobyciu się z przejściowych obozów, z namiotów, w których dusi ich straszny upał.
Proszą nas również o długofalową pomoc, o zapewnienie im bezpieczeństwa i prawa do wyznawania własnej wiary, która dla irackich chrześcijan jest fundamentem ich kultury i tożsamości. Dlatego chcą wyznawać Chrystusa właśnie tutaj, we własnej ojczyźnie, która należała do ich ojców i dziadków.
Dr Tomasz M. Korczyński