• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Wygrał najtrudniejszy wyścig

Niedziela, 9 września 2012 (21:19)

6 lutego 2011 r. jest pamiętnym dniem dla wszystkich fanów Formuły 1 oraz talentu Roberta Kubicy, nie tylko z Polski, ale z całego świata.

Tego dnia bowiem nasz najlepszy kierowca uległ bardzo poważnemu wypadkowi podczas rajdu ulicznego Ronde di Andora. Z perspektywy czasu wiemy, że tamte wydarzenia możemy oceniać w kategoriach „szczęścia w nieszczęściu”, gdyż cała masa nieszczęśliwych zbiegów okoliczności złożyła się na to, iż kolizja z barierką okazała się w skutkach tak groźna. A jednocześnie wiemy, że wystarczyło, by wbiła się ona w samochód dalej o kilka centymetrów w lewo i wówczas prawdopodobnie nie dałoby się uratować Roberta Kubicy.

Dziś jednak po niemal 20 miesiącach nasz najlepszy w historii kierowca powraca za kierownicę wyczynowego auta. I to powraca w wielkim stylu. Wielu, dotychczas powściągliwych komentatorów, nie powstrzymało się od stwierdzeń typu – „Powrót Króla”, choć pewnie sam kierowca, znany z niezwykłej skromności i umiaru, daleki byłby od takich porównań. W pierwszych wywiadach Robert Kubica w swoim stylu krótko odpowiadał, że walczy o powrót. Jednocześnie nie składał żadnych deklaracji mimo licznych pytań i namów dziennikarzy, by powiedział, kiedy zobaczymy go znów wśród najlepszych.

Powiedział jedynie, że w nadchodzącym sezonie chciałby „robić coś na stałe”, tzn. rywalizować regularnie w jakichś wyścigach, i raczej nie miał na myśli rajdów WRC. Czy pozostałe 5-6 miesięcy do pierwszych przedsezonowych testów wystarczą, aby osiągnął sprawność pozwalającą prowadzić mu bolid F1 na poziomie sprzed wypadku? Zobaczymy. Wszystko zależy od tego, jak długo potrwa rehabilitacja (która obecnie dla naszego kierowcy oznacza jak najczęstsze zasiadanie za kółkiem). Wielu kibiców wierzy, że trzyletni rozbrat z najwyższą serią wyścigową wcale nie musi oznaczać definitywnego pożegnania się z nią. Najlepszym przykładem jest tutaj Kimi Raikkonen, który ostatnie dwa lata poświęcił właśnie rajdom, by w tym roku powrócić do królowej motorsportu i ścigać się w niej z powodzeniem.

Nikt też z poważnie zajmujących się Formułą 1 dziennikarzy nie przyjmuje argumentu, jakoby za rok Kubica miał być już „za stary” na F1. Prawdą oczywiście jest, że coraz więcej młodych wilków szturmuje tę serię wyścigową, często dzięki wsparciu wyjątkowo bogatych sponsorów, ale miejsca dla zawodników z naprawdę olbrzymim talentem (a do takich trzeba zaliczyć Kubicę) nigdy nie powinno tam zabraknąć. Spójrzmy choćby na Michaela Schumachera, który powrócił pomimo zakończenia kariery, czy też wspomnianego Kimiego Raikkonena. Obydwaj do najmłodszych już przecież nie należą, a wszystko wskazuje, że nadchodzący sezon nie będzie ich ostatnim.

W swoim pierwszym po powrocie rajdzie Ronde Gomitolo di Lana Robert Kubica deklasuje rywali. Sam zainteresowany stwierdził, że nie zamierza patrzeć na czasy i wyniki, a rajd ten traktuje jako formę rozgrzewki przed poważniejszymi występami. Oczywiście w internecie pojawiło się mnóstwo komentarzy deprecjonujących jego obecne osiągnięcia, np. to, iż „Kubica ściga się z amatorami”, więc nie ma się z czego cieszyć. Prawdziwy kibic jednak nie zniechęca się podobnymi krytykami i wierzy w jego umiejętności. A że takich kibiców polski kierowca ma większość, jestem osobiście w pełni przekonany. Tym zaś, którzy postawili na Kubicy kreskę, nazywając go „inwalidą bez szans na powrót”, musi być dziś bardzo głupio. Wrócił bowiem i po raz kolejny pokazał, że niemożliwe staje się możliwe, wzbudzając tym samym podziw całego sportowego świata. On już swój najtrudniejszy w życiu wyścig wygrał. Czy będzie się jeszcze kiedyś ścigał w Formule 1, to teraz sprawa drugorzędna.

 

Łukasz Sianożęcki