• Wtorek, 28 kwietnia 2026

    imieniny: Pawła, Walerii, Piotra

Patrzcie, jak oni się miłują!

Sobota, 30 sierpnia 2014 (13:41)

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

 

Relacja Jolanty i Piotra Mitko z 26. dnia pielgrzymki rowerowej grupy NINIWA Team w Nieznane:

„Jak się robi kilometry, to się niewiele dzieje” – to zdanie ojca Tomasza zdaje się podsumowywać piątek. Za rowerzystami spokojny, bezawaryjny dzień. Tak więc kilometry były. Dwieście dziesięć! A pogoda i siły dopisywały na tyle, że gdyby nie zmrok, to mogliby jechać dalej. Droga była wprawdzie pagórkowata (jak Góry Świętokrzyskie – zdaniem ojca), ale cóż to jest po Alpach…

Trudno było tylko wstać i wyjechać, bo wczorajszy dzień w Taizé spędzili bardzo aktywnie. Z tego powodu ojciec Tomasz łaskawie pozwolił wszystkim pospać pół godziny dłużej – do 5.30. Jak to ktoś stwierdził, „koszmarem jest wyjeżdżać z Taizé”. Wszyscy, których mieliśmy dziś przy słuchawce (ojciec, Kasia i Jola), podkreślali, jak niezwykłe to miejsce: „Raj na ziemi”.

Pierwsze kilometry dnia umilił grupie piękny wschód słońca. Co ciekawe, ten wschód słońca to jedyne, o czym nam powiedział ojciec, że po drodze „mijali”. Nie wymienił żadnego miasta ani obiektu. A raczej nie jadą przez miejsca, w których nie ma na czym oka zawiesić…

[Piotr:] Myślę sobie teraz, ile moich własnych wspomnień ma słońce w tle. Jak bardzo byłyby one inne, gdyby nie konkretna barwa i natężenie światła, jakie zapamiętałem. I faktycznie, z perspektywy tysięcy kilometrów poszczególne wioski przestają mieć znaczenie, nie sposób wymienić wszystkich miejsc, które się po drodze widziało, ale za to zawsze można się uśmiechnąć do słońca – tego samego, co w dniu naszych urodzin, tego samego, co dziś, tego samego, co świeci w Polsce czy gdziekolwiek się jest. Dla mnie takim Słońcem jest Jezus. W każdej chwili życia czuję Jego obecność. I nieraz na myśl o Nim czuję takie ciepło, jak gdyby dotknął mnie promień słońca.

Ale zejdźmy już na ziemię…

Tu, na ziemi, w Burgundii, w średniowiecznym miasteczku Auxerre, gdzieś na trawie stoi namiotowy obóz NINIWA Team, rozbity na dziko.

O czym myślą? O tym, gdzie jutro pojadą? O tym, co ich czeka po powrocie do domu? Nie. Ponownie usłyszeliśmy od naszych rozmówców, że ta podróż uczy ich życia aktualną chwilą. Doceniają rzeczy, których, być może, nie doceniliby w innych warunkach. Cieszą się z teraźniejszości, ale i z tego, co dopiero przeżyli. Dziś ewidentnie ich myśli krążyły jeszcze wokół Taizé. Ojciec jako jedyny z ekipy był tam już wcześniej. Tyle tylko, że z jego trzech pobytów każdy był nieplanowany i każdy tylko na chwilę. To przyniosło mu dziś refleksję, że powołanie to nieustanne bycie w drodze.

Jola z Lublińca, z którą następnie rozmawialiśmy, powiedziała, że zachwyca ją już sam fakt, że znaleźli się w tym niezwykłym miejscu, choć nikt nie mógł się tego wcześniej spodziewać. Naładowała tam swój wewnętrzny akumulator i zapamiętała wypowiedziane przez brata Aloisa słowa: „Przebaczenie jest furtką do pokoju w naszych środowiskach”. Przyznała, że intencja pokoju stała się dla niej ważna w trakcie podróży, w miarę napływu kolejnych informacji ze świata. Teraz nie wyobraża sobie, by mogli jechać w jakiejś lepszej intencji. „Gdy się nie chce jechać, ale się pomyśli o ludziach, którzy oddają życie za największe wartości, przestaje się myśleć o bólu nóg”.

Rozmawialiśmy też z Kasią z Warszawy. Jeżeli w waszych głowach pojawiają się czasem myśli: „Jak oni mogą robić 200 km dziennie?”, to postawa Kasi jest niejako odpowiedzią… Powiedziała nam, że kiedy wczoraj ojciec ogłosił, że pojadą „tylko” setkę, żeby zatrzymać się w Taizé, miała mieszane uczucia – można by nawet rzec, że była zła, że tak mało. Zdradziła nam, że po wyprawie przygotowawczej nawet nie była pewna, czy chce jechać, a gdyby wiedziała, że na trasie znajdą się Alpy, to na pewno by się nie zdecydowała. Dziś bardzo cieszy się, że jedzie, a pobyt w Taizé był dla niej jak dotąd najmocniejszym duchowym doświadczeniem tej podróży. Druga refleksja Kasi dotyczyła tego, że otacza nas tyle dobra i piękna, że nie warto szukać powodów do narzekania, bo wciąż, zawsze mamy za co dziękować.

To nam trochę przypomina zwierzenie pewnego pana, z którym w te wakacje mieliśmy okazję dzielić przedział w pociągu. Wyznał, że od lat jest alkoholikiem, ale kiedyś, w trakcie kilkudniowej rowerowej podróży, stwierdził: „Świat jest taki piękny, więc po co piję?”, i po powrocie udało mu się nie sięgnąć po alkohol przez 7 lat!

Jaki z tego morał? Że świat jest taki piękny! :)

[Piotr:] Na koniec własna refleksja sprowokowana dzisiejszą rozmową z podróżnikami, w której słowo „Taizé” padło jeszcze więcej razy niż w tym tekście. Wprawdzie nie byłem w Taizé, ale dwukrotnie byłem „NA Taizé” (Europejskie Spotkania Młodych). Sięgam więc pamięcią do tego, jakie myśli te spotkania we mnie zrodziły. Pamiętam jedną – że gdyby każdy człowiek na świecie doświadczył takiej chrześcijańskiej wspólnoty, nie byłoby wojen. A w tym nasza rola.

Choć bycie chrześcijaninem w wielu miejscach jest zakazane, szykanowane i wyśmiewane, w dzisiejszym Słowie Pan daje nam obietnicę: „Oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym. (…) Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię [zwyciężyć], gdyż Ja jestem z tobą – wyrocznia Pana – by cię ochraniać” (Jr 1,18-19).

On jest z nami cały czas… jak słońce.

Bilans dnia:

- 210 km

Nocleg:

- Francja. Auxerre

Przejechanych do tej pory kilometrów: 3983

Źródło: NINIWA Team