• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Wciąż jestem szybka

Środa, 27 sierpnia 2014 (02:10)

Z Martą Walczykiewicz, kajakarką, rozmawia Piotr Skrobisz

Miałem Panią zapytać o umiłowanie do srebrnego koloru, ale nie wiem, czy od razu Pani nie podpadnę…

– [śmiech] Nie, spokojnie. Lubię srebro, całą biżuterię mam w tym kolorze, ale domyślam się, że chodzi panu o medale [śmiech]. Fakt, do tej pory na najważniejszych imprezach, mistrzostwach świata i Europy, zdobyłam dziewiętnaście krążków, a aż trzynaście z nich było srebrnych. Kiedy przed rokiem zostałam mistrzynią Europy, sądziłam, że ta seria się zakończy, ale jak widać, trwa, bo kilkanaście dni temu na mistrzostwach świata znów dwa razy byłam druga. Z drugiej jednak strony na zakończenie zawodów, razem z koleżankami, wygrałam rywalizację sztafet, więc może to okaże się przełomem? Krótko mówiąc, nie narzekam jednak, srebro też jest wielkim sukcesem. Cieszę się z tego, co jest, bo zawsze mogłoby być gorzej.

Mistrzostwa w Moskwie, o których Pani wspomniała, były najlepszymi w Pani karierze?

– Przed rokiem w dwóch startach na mistrzostwach zdobyłam dwa medale, teraz startowałam trzykrotnie i trzykrotnie dopłynęłam do podium. W Moskwie wywalczyłam jednak złoto, pierwsze na imprezie tej rangi. Co prawda w sztafecie, konkurencji nieolimpijskiej, ale ciekawej, widowiskowej, trzymającej w napięciu. Byłam też druga w prestiżowej rywalizacji czwórek, no i srebro w jedynce ucieszyło mnie bardziej niż rok temu, choć ukończyłam zmagania z trochę większą stratą do Lisy Carrington. Początek sezonu miałam jednak słabszy, niektórzy już zaczynali wątpić, że potrafię szybko pływać. Tymczasem okazało się, że wcale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa.

No właśnie, kilka tygodni przed zawodami niewiele wskazywało na to, że mogą być dla Pani tak udane.

– To prawda. Sezon rozpoczęłam nawet nieźle, dobrze zaprezentowałam się na Pucharze Świata w Mediolanie, ale potem coś się zacięło. Sama nie wiem, czy brakowało mi formy, czy wiary, ale zaczęłam pływać źle. Nawet osoby, które pa- trzyły na mnie z boku, uważały, że coś się niedobrego dzieje. Zawsze moją silną stroną był start, a tu słyszałam, że startuję jak dziewczyna, a nie jak facet, jak to było kiedyś. Kiepsko wypadłam na mistrzostwach Europy, gdzie zajęłam piąte miejsce. Niektórzy tłumaczyli, że to nie była impreza docelowa, że dopiero co zeszliśmy z gór, kończąc męczący okres przygotowań, lecz w niewielkim stopniu mnie to pocieszało. Zresztą i przygotowania nie wyglądały rewelacyjnie, na palcach jednej ręki mogłam policzyć dni, w których pływało mi się na jedynce dobrze i szybko. Pozostałe były co najwyżej przeciętne. Tydzień przed zawodami w Moskwie byłam nawet gotowa zrezygnować z występu w swojej koronnej konkurencji, ale w najważniejszym momencie forma eksplodowała.

Co pomogło?

– Może nastawienie? Na początku w Moskwie też nie było za dobrze, eliminacje jedynki przebrnęłam w takim sobie stylu, nie miałam czucia wody, ale wszystko odmienił finał czwórki. Popłynęłyśmy w nim znakomicie, zajęłyśmy drugie miejsce, a ja przekonałam się, że jestem w stanie poprowadzić osadę do medalu. To było jak mobilizujący „kopniak”, bo następnego dnia w półfinale jedynki popłynęłam zdecydowanie lepiej, a finał był już naprawdę świetny. Co ciekawe, trenerowi mój niepokój ani na moment się nie udzielił. Cały czas zachowywał spokój, niczym się nie martwił, mówił tylko, żebym mu zaufała. Tuż przed finałowym biegiem zafundował mi niecodzienną rozgrzewkę, której nigdy wcześniej nie stosowaliśmy i – jak widać – poskutkowało.

Jak pokonać Lisę Carrington i czy to w ogóle wykonalne?

– Sama chciałabym wiedzieć, podobnie jak połowa kajakarskiego świata. Lisa jest fantastyczną zawodniczką, a do tego jest jej łatwiej, bo trenuje tylko i wyłącznie pod rywalizację jedynek. Nie zawraca sobie głowy osadami, cały czas ma komfort psychiczny, nikt jej nie zagraża, nie musi niczego udowadniać.

Pani nie myślała, żeby pójść w podobnym kierunku?

– Przed sezonem mówiłam rodzicom i znajomym, że nie chcę pływać w czwórce, bo są z nią same problemy, wiele osób walczy o miejsce, a ja mam swoją jedynkę i wolałabym się na niej skoncentrować. Do czwórki się nie pchałam, ale zostałam wsadzona, i to na szlak [śmiech]. W Moskwie popłynęłyśmy rewelacyjnie, było świetnie, a w przyszłości może być jeszcze lepiej. Mówiąc szczerze, gdybym zrezygnowała z osady, coś dużego bym straciła.

Czuje się Pani mocniejsza po mistrzostwach świata?

– Tak. Jadąc do Moskwy, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czasami nawet pojawiały się myśli, że wyczerpałam swój limit i już szybko pływać nie będę. Tymczasem okazało się, że jest zupełnie inaczej, a dziś wiem, że może być jeszcze lepiej. I szybciej, wyraźnie szybciej.

Spogląda Pani już na Rio?

– Jeszcze nie. Do igrzysk pozostało trochę czasu, nie ma sensu dodatkowo się spinać. Długo jednak od nich nie ucieknę, bo już w przyszłym roku rozpocznie się walka o olimpijskie kwalifikacje.

Ale olimpijski medal w marzeniach i planach na pewno się pojawia?

– Pojawiał i przed Londynem, pojawia teraz. Marzy o nim każdy, ja również, ale nikt nie ma recepty na to, jak go zdobyć. Co mogłoby pomóc? Komfort psychiczny. Nie działa na mnie najlepiej wieczne sprawdzanie się, udowadnianie przy każdej okazji, że na coś zasługuję. Przed Londynem było podobnie, w ostatniej chwili musiałam pokazać, że jednak powinnam tam wyjechać. Tymczasem lubię, gdy wokół mnie panuje spokój i mogę skupić się na swojej pracy i dążeniu do realizacji celów.

W tym sezonie wakacje rozpoczęły się dla kajakarzy zaskakująco wcześnie. Kiedy zatęskni Pani za wodą?

– Na razie cieszę się chwilą wolnego, faktycznie dłuższą o dwa tygodnie niż zazwyczaj. Człowiek pragnie jej po kilku miesiącach życia na walizkach i według schematu: trening, jedzenie, sen. Choć szczerze mówiąc, trochę żałowałam, że sezon skończył się tak szybko, bo moja forma szła ostro do góry. Wiosło najszybciej wezmę do rąk w październiku.

Dziękuję za rozmowę.