• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Wszystko jest w nas

Sobota, 23 sierpnia 2014 (19:08)

Z Joanną Jóźwik, brązową medalistką lekkoatletycznych mistrzostw Europy w biegu na 800 m, rozmawia Piotr Skrobisz

Gdyby przed mistrzostwami Europy ktoś Pani powiedział, że wróci z nich Pani z brązowym medalem i rekordem życiowym poniżej dwóch minut, to…?

– To na pewno bym mu nie uwierzyła.

Dlaczego?

– Ponieważ to wszystko było wtedy dla mnie pewną abstrakcją. Jechałam na mistrzostwa bez minimum, biegając co najwyżej w granicach dwóch minut i sekundy, a nawet powyżej. Tymczasem w Zurychu poprawiłam się o ponad półtorej sekundy, a to jest progres, na który zwykle czeka się i pracuje przez cały sezon. Jadąc do Szwajcarii, liczyłam na „życiówkę”. A że będzie poniżej dwóch minut? Nie, tego się sama nie spodziewałam, choć im bliżej mistrzostw, tym lepszą czułam formę.

Bardziej ucieszył Panią medal czy czas?

– Ciężko mi powiedzieć, bo i jedno, i drugie sprawiło mi ogromną radość. Czas pod względem sportowym, szkoleniowym był dla mnie niesamowitą niespodzianką i nagrodą. Każda dziewczyna biegająca 800 m marzy o tym, by złamać tę granicę. Magiczną. Medal z kolei jest czymś wymiernym, namacalnym, do tego tak… ciężkim, że nie mogłam unieść torebki (śmiech).

Jak odnajduje się Pani w centrum uwagi, w medialnym szumie?

– Coraz lepiej mi to wychodzi. Na początku wszystko było nowe, media, kamery, fotografowie. Nie ukrywam, że się tym stresowałam, bałam, że nagle zacznę się jąkać albo zapomnę słów (śmiech). Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takim zainteresowaniem, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić i wszystkiego nauczyć. Także rozmawiać z dziennikarzami.

Uprawia Pani sport, gdyż…?

– Gdyż tak się moje życie potoczyło. Nie ma w tym wielkiej filozofii. Czasami robi się to, co stanie nam na drodze, spędza się całe życie z osobą, którą niespodziewanie się spotkało. Kiedy zostałam zaproszona na pierwsze treningi w Katolickim Klubie Sportowym Victoria przy bazylice Matki Bożej Królowej Polski w Stalowej Woli, nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać, ale szybko się w bieganiu zakochałam.

Czym przewyższyło tenis, w który grał Pani tata?

– Ja też kilka razy poszłam na kort, próbowałam sobie poodbijać piłeczkę i tylko się denerwowałam, bo cały czas gdzieś uciekała. Kompletnie sobie z nią nie radziłam, a fachowej ręki, która mogłaby mną pokierować, nie było. Tata pracował, więc nie miał za dużo czasu, by wprowadzać mnie w tenisowe tajniki i… nie żałuję.

Powiedziała Pani kiedyś, że w bieganiu odnajduje wolność. Nadal tak jest?

– Tak. Idąc na trening, a przede wszystkim do lasu, by pobiegać rekreacyjnie, dłużej, można sobie dużo rzeczy, problemów poukładać w głowie i znaleźć rozwiązanie. Wyciszyć się, uspokoić, nabrać dystansu. To taka ucieczka od codzienności. Nie mówię tu oczywiście o ostrych treningach, na których człowiek pracuje za dwóch i wylewa hektolitry potu, bo wtedy skupia się na czymś zupełnie innym. Ale jak biegam dla siebie, co uwielbiam robić, to faktycznie czuję się wolna.

Kiedy uznała Pani, że sport to nie tylko pasja, ale coś więcej, sposób na życie?

– Szczerze mówiąc, nigdy nie postrzegałam biegania jako sposobu na życie. Raczej jako pasję, coś, bez czego trudno byłoby mi się obejść, za czym bardzo bym tęskniła. Przez lata bardzo zżyłam się z całym środowiskiem lekkoatletycznym, przyzwyczaiłam do wyjazdów na zawody i zgrupowania. To nie jest łatwy kawałek chleba, ale wdzięczny, bo potrafi pięknie odpłacić za oddanie i poświęcenie. A kiedy pojawiła się szansa, abym na bieganiu mogła zarabiać, to uznałam, że nic lepszego w tej materii nie mogło mnie spotkać. Poczułam się jak ktoś, kto znalazł wymarzoną pracę, chodzi do niej z uśmiechem na twarzy i ani przez moment nie odczuwa, że marnuje życie.

Bieganie to wciąż bardziej pasja czy już poważny zawód?

– Na tym poziomie to już raczej zawód. Ale cały czas pozostający pasją.

Przed mistrzostwami Pani kariera rozwijała się na zasadzie małych kroczków, w Zurychu talent eksplodował. Domyślam się, że nie przez szwajcarskie powietrze.

– Cały plan szkoleniowy rozpisany na obecny sezon zakładał, że podczas mistrzostw osiągnę apogeum formy. Tuż przed nimi wiedziałam, że jest dobrze. Wyczuwam to z lekkości biegu, kiedy wydaje mi się, jakbym szła, a nie biegła. Oczywiście nie mogłam przewidzieć, że zdobędę medal i tak znacznie pobiję życiowy rekord.

Tuż przed finałem Artur Kuciapski, kolega z grupy treningowej, podarował Pani różaniec, dużo się Pani modliła. Wiara góry przenosi?

– Nie wiem. Wiem natomiast, że przynosi spokój. Modlitwa zawsze pomagała mi uspokoić kołaczące myśli. W Zurychu debiutowałam na mistrzostwach Europy, nigdy wcześniej nie biegałam na takim poziomie, a przecież przyjechałam na nie na „kredyt”, bez minimum. Ktoś inny mógłby na moim miejscu przed finałem spanikować, w ogóle nie spać, tymczasem ja, dzięki modlitwie, takich problemów nie miałam. Skupiłam się na sobie, na tym, co mam zrobić, z przekonaniem, że jestem mocna i stać mnie na dużo.

Ma Pani mocne nerwy?

– Tak. Aczkolwiek jeśli pewna granica zostanie przekroczona, to wybucham.

Pytam o to, bo przy Pani stylu biegania trzeba chyba mieć nerwy ze stali.

– Sądzę, że to groźniej wygląda z perspektywy kibica niż mojej. Finał, o którym pewnie pan myśli, faktycznie rozpoczęłam spokojnie, długo biegnąc na ostatnim miejscu. I tu się przyznam, że popełniłam w nim ogromny błąd, bo za bardzo odstałam od grupy dziewczyn i straciłam wiele sił, by je potem dogonić. Wracając jednak do stylu biegania: patrząc z mojej perspektywy, to raczej ja mam komfortowe położenie i mogę kontrolować bieg, bo widzę swoje rywalki. One z przodu się tłoczą, przepychają, szturchają łokciami, a ja sobie spokojnie, luźno biegnę z tyłu, czekając na odpowiedni moment do ataku. Wiem, że nie zawsze przynosi to oczekiwany efekt. W Zurychu dwie konkurentki od początku narzuciły niesamowite tempo, wysunęły się ze sporą przewagą na prowadzenie i tempo utrzymały do samego końca. Przy mojej taktyce nie miałam szans, by je dogonić. Gdyby wszystkie rywalki postąpiły podobnie, to nie wiem, jak potoczyłaby się rywalizacja. To jest to ryzyko, które podejmuję.

Kiedy Pani przyspieszyła i zaczęła wyprzedzać rywalki, była Pani pewna, że awansuje na trzecie miejsce i zdobędzie brąz?

– Nie, do samego końca tej pewności nie miałam.

Od Zurychu będzie Pani łatwiej czy trudniej?

– Podniosłam sobie poprzeczkę i będzie mi trudniej. Ale z drugiej strony po to właśnie trenuję, po to się realizuję i wyznaczam cele, do których dążę.

Myśli Pani sobie teraz, że nie ma rzeczy niemożliwych?

– Chyba zawsze tak myślałam. Nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko jest w nas, w naszych głowach.

Zaczyna Pani coraz śmielej marzyć o medalu olimpijskim?

– Marzy o nim każdy sportowiec, jest celem, do którego zmierza się przez całą karierę. Czymś, co pomaga przekraczać własne granice. Tak, teraz dla mnie stał się bardziej realny niż kiedykolwiek, ale wiem doskonale, ile mnie jeszcze czeka pracy, by móc o niego powalczyć. Nie zdobyć – powalczyć. Pozostaje mi zatem szlifować formę, nieustannie się poprawiać, a co przyniesie przyszłość, zobaczymy.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz