Eurohamulcowy Unii Europejskiej
Piątek, 22 sierpnia 2014 (20:14)Z dr. Marianem Szołuchą, ekonomistą, rozmawia Marta Milczarska
Ostatnie dane sondażowe pokazują, że trzy czwarte Polaków nie chce wprowadzenia euro.
- Takie nastroje społeczne nie dziwią wobec faktu, że strefa euro po prostu nie sprawdziła się ekonomicznie. Zauważmy, że ta część Unii Europejskiej, która przyjęła wspólną walutę, rozwija się znacznie słabiej od krajów, które zdecydowały się pozostać przy narodowej walucie.
Nie chodzi tylko o tempo rozwoju gospodarczego, ale także o słabsze wskaźniki makroekonomiczne na niemal wszystkich obszarach. W eurolandzie bezrobocie jest średnio wyższe niż w całej Unii Europejskiej, wyższa jest także inflacja, zadłużenie oraz deficyty budżetowe tych krajów. Wszystkie dane ekonomiczne świadczą jednoznacznie na niekorzyść waluty euro.
Bardziej prozaiczny powód to ceny. Polacy nie chcą wprowadzenia euro, bo przewidują wzrost cen?
- Wzrost cen to jest to, co przeraża Polaków najbardziej. Rzeczywiście w krajach, w których jest euro, natychmiast po jego wprowadzeniu ceny pogalopowały w górę. Nie poszły za tym jednakże płace. Wystarczy pojechać dzisiaj na granicę polsko-słowacką i zobaczyć, jak odwróciła się sytuacja gospodarcza. Kiedyś to my jeździliśmy po tańsze produkty na Słowację, a po wprowadzeniu euro to Słowacy przyjeżdżają do nas. Euro nie sprzyja rozwojowi gospodarczemu. To raczej polityczny projekt, wymyślony przez tych, którzy dążą do stworzenia jednego europejskiego państwa i głębszej federalizacji.
Do wspólnej waluty zniechęcają też problemy Greków, Hiszpanów czy Portugalczyków, którzy borykają się z ogromnym kryzysem?
- Tak jak w tych krajach, jeśli Polska weszłaby do strefy euro, oznaczałoby to utracenie niemal wszystkich rezerw walutowych, które w ostatnich latach wzrosły do poziomu 100 mld dolarów. Po drugie, pozbylibyśmy się możliwości prowadzenia suwerennej polityki pieniężnej, która ma bezpośrednie przełożenie na kształtowanie aktywności zawodowej Polaków, na poziom inflacji itd. Ponadto trzeba pamiętać, że Polska, wchodząc do strefy euro, pozbyłaby się możliwości uzyskiwania przez budżet corocznych wpływów z zysku Narodowego Banku Polskiego.
Ten zysk zwykle wynosi kilka miliardów złotych rocznie, a to niemało dla naszego budżetu. Co więcej, pozbylibyśmy się tzw. poduszki kursowej, bo dzięki płynnemu kursowi walutowemu złotego do euro, ale też do innych walut, funkcjonuje naturalny mechanizm łagodzenia pewnych zewnętrznych, zagranicznych wahań gospodarczych. Jak mawiał Milton Friedman, „z euro jest jak z socjalizmem, to piękna idea, która nie sprawdza się w praktyce”.