• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

To nie jest incydent

Czwartek, 21 sierpnia 2014 (14:04)

Wydawałoby się, że kwitnąca przyjaźń polsko-niemiecka pod egidą Donalda Tuska i kanclerz Angeli Merkel przynosi same dobre owoce. Takiej przyjaźni nie było już dawno, jeżeli w ogóle w historii sąsiadujących ze sobą narodów, słyszymy co chwila z ust pana Władysława Bartoszewskiego, przyjaźnie uhonorowanego w fundacjach niemiecko-polskich.

A tu proszę, nie każdy dopasowuje się do wyznaczników propagandy miłości polsko-niemieckiej. Na pewno nie komentator sportowy Dirk Froberg, który podczas Pływackich Mistrzostw Europy w Berlinie pozwolił sobie na żarcik. Niemiecki spiker, witając polską drużynę, powiedział: „Oto ekipa, która wróci stąd naszymi samochodami”. Szerzenie resentymentów narodowych wspaniale się zbiega ze zbliżającą się rocznicą uchwalenia przez Reichstag ustaw rasowych ogłoszonych na zjeździe NSDAP w Norymberdze 15 września 1935 roku.

Mowa pogardy i nienawiści Niemców w stosunku do Polaków niestety ciągle jest obecna w przestrzeni medialnej, jak pokazuje przypadek Dirka Froberga. To nie jest incydent. Negatywne stereotypy o Polakach bardzo mocno tkwią w świadomości Niemców. Resentymenty nasilają się szczególnie wówczas, gdy oceniany jako gorszy zaczyna odnosić sukcesy. Wtedy należy natychmiast ustawić go w szeregu. Frustracja wynikająca z ostatnich sukcesów polskich sportowców musi widocznie doskwierać niemieckim komentatorom, skoro próbują dyskredytować publicznie Polaków, nazywając ich złodziejami.

Trudno nie reagować na arogancję niemiecką, szczególnie w sytuacji, gdy widzimy, jak Niemcy mają krótką pamięć, jak starają się ją przyciąć, jak działające media i środowiska polityczne (niekiedy ramię w ramię z polskim mainstreamem medialnym) próbują dokonywać rewizji okresu Zagłady. Niemieckie „dokonania” na tym polu są marginalizowane, rozpraszane, ich odpowiedzialność rozkładana na przykład na innych (dość często na Polaków), w mediach roi się od przekazów z seriali typu „Nasze matki, nasi ojcowie”, w dziennikach niemieckich pojawiają się określenia „polskie obozy zagłady”, a narracja skupia się dziś wyłącznie na afirmacji cudów gospodarczych i kontemplowaniu samozadowolenia z osiągnięć sportowych Niemców.

Należy zatem stale przypominać, że obok Rosji to Niemcy znajdują się w czołówce złodziei Europy. Takiej skali przestępczości, bandyterki i złodziejstwa, jakie szerzyli niemieccy naziści, nie powtórzono dotychczas w historii Starego Kontynentu. Polska przestępczość w RFN (nikt jej nie kwestionuje, choć jest zwyczajnie w świecie napompowywana w mediach niemieckich) w porównaniu do skali niemieckich przestępstw w Polsce, jak ograbianie z majątków Żydów, Polaków, wywożenie skarbów polskiego dziedzictwa narodowego, bezcennych zabytków, dewastacja mienia, zniszczenie Warszawy, nie dadzą się ze sobą ani porównać, ani nie mają sobie równych w historii, a przecież łupiestwo i czyny kryminalistów niemieckich ogarnęły całą okupowaną Polskę, i to natychmiast po inwazji we wrześniu 1939 roku.

Jeżeli kogoś Niemcy nazywają złodziejami, powinni zacząć od siebie. Rachunek sumienia się przyda, a po nim powinno zapaść wstydliwe milczenie. Dotyczy to wszak kradzieży na wielką skalę, nie tylko w Polsce, ale w każdym podbitym i okupowanym państwie przez III Rzeszę. Niemieckie kradzieże i pospolita bandyterka w samych Niemczech i Austrii także do dziś wołają o pomstę do nieba, co dopiero mówić o niemieckim złodziejstwie panoszącym się we Francji, Holandii, Belgii, Czechach i innych krajach Tysiącletniej Rzeszy (trwającej aż 12 lat). Dzięki temu łupiestwu Niemcy po wojnie mieli niewątpliwie lepszy start, konta w szwajcarskich bankach szły równolegle z dofinansowaniem ze Stanów Zjednoczonych, budując potęgę RFN. Do kradzieży materialnej należy natychmiast dodać handel niewolnikami przywożonymi z Polski, Ukrainy i Rosji.

Przymusowi robotnicy także budowali potęgę Niemiec, żeby wspomnieć tylko kolej niemiecką (bezpośrednim spadkobiercą kolei nazistowskiego reżimu jest w końcu Deutsche Bahn), a także za darmo pracowali w prywatnych gospodarstwach niemieckich Bauerów. To także ograbianie Narodu Polskiego, ale z kapitału społecznego. W porównaniu z odszkodowaniami dla Żydów Polacy bardzo długo czekali na gest strony niemieckiej, nie wspominając finansowej rekompensaty.

Wynikało to z tego, że jeszcze w latach 50. Niemcy czuli się ofiarami wojny! Na początku tamtej dekady Bundestag z wielką trudnością przegłosował odszkodowania dla Izraela. Dopiero w latach 70. i 80. pamięć o holokauście stała się powszechnym i podstawowym elementem kultury powojennej Niemiec, którego nie można było ignorować ani mu zaprzeczać, jeżeli chciało się występować w życiu publicznym. Miało to swoje konsekwencje.

W artykule „Holocaust w niemieckiej i polskiej świadomości” politolog dr Kazimierz Wóycicki stwierdza ważny fakt: „Silna i zrozumiała koncentracja na Holokauście pozwalała też niekiedy umniejszać, czy też pozostawiać w cieniu inne zbrodnie nazistów. Znaczenie innych złych czynów bladło w porównaniu z tym jednym, tak potwornym i niezwykłym. Świadomość tego, czym była wojna w Polsce i dla Polaków narastała znacznie, znacznie wolniej i najprawdopodobniej wciąż mimo wszelkich wysiłków, jest nader ograniczona. Świadome wymordowanie (trzeba oczywiście zaznaczyć, że na spółkę ze Stalinem) około 40% polskiej inteligencji, elity narodu (w tym również wielu Żydów) pozostaje w Niemczech dotychczas faktem niedostatecznie znanym”.

Dlatego tacy żartownisie jak pan Dirk Froberg, charakteryzujący się wesołkowatą ignorancją i brakiem wszelkiego wyczucia, pozwalają sobie na co dzień na takie prymitywne i niesmaczne żarty. A że ignorancja historyczna w Niemczech jest powszechna, to niestety takich Dirków Wesołków jest na pęczki. Tusk nadal będzie nam jednak opowiadać o przyjaźni i miłości polsko-niemieckiej, bo kłamstwo powtarzane tysiąc razy może się wreszcie zakorzeni. Ale gwarantuję, że ta propaganda RFN w Polsce nigdy się nie przyjmie, bo jak jest, każdy widzi.

Dr Tomasz M. Korczyński