Tylko Polski brak na salonach
Poniedziałek, 18 sierpnia 2014 (14:45)Dziś w nocy zakończyło się kolejne „kwadratowe” spotkanie ministrów spraw zagranicznych Niemiec, Francji, Ukrainy i Rosji. Media mainstreamowe nie zająknęły się nawet słowem o tym, że kogoś podczas nocnych rozmów zabrakło. Nie odnotowano obecności, kolejny raz, naszego pierwszego męża stanu pana Radosława Sikorskiego, który prowadząc pełną sukcesu politykę tweeterową, został tymczasem wykluczony z pierwszej ligi. Pomógł mu w tym udany występ restauracyjny, tym razem powszechnie odnotowany na świecie, gdy uświadamiał ministra Rostowskiego, w jaki sposób prowadzi się politykę zagraniczną w Polsce. Sikorski, skompromitowany aferą taśmową oraz licznymi absurdalnymi posunięciami i wpadkami, jest dziś persona non grata na salonach światowych. Nocne spotkanie, które de facto nie doprowadziło do żadnego przełomu, jest jednak ważnym wskaźnikiem określającym pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Jest ona tragicznie słaba.
A jeszcze kilka tygodni temu słyszeliśmy w prorządowych mediach o „kandydaturze” pana Sikorskiego na stanowisko szefa dyplomacji UE w miejsce Catherine Ashton. Mało osób w to wierzyło, głównie sam zainteresowany i jego pracodawca, Donald Tusk (który przy okazji zyskał miano komisarza całej Europy), ale media peowskie siały kłamliwy ferment i karmiły paszą propagandy sukcesu wyznawców PO.
Nie powinno być nam wcale do śmiechu. Skandaliczna polityka międzynarodowa wykluczyła Polskę z gry na szczycie. Pamiętamy głośny wybuch wesołości ministra spraw zagranicznych Rosji, który skwitował nim wypowiedź Sikorskiego o tym, że Ławrow miał mu obiecać, że nie powtórzy się więcej to, co Rosja zrobiła na Krymie. Tak jawnej arogancji i braku szacunku Rosja nie okazywała nawet gruzińskim i ukraińskim politykom. Nie wspominając o zachodnich. Na to jednak zapracowała ekipa Tuska przez ostatnich siedem lat.
Nie trzeba być jasnowidzem ani ekspertem od stosunków międzynarodowych, żeby wiedzieć, że brak obecności Sikorskiego podyktowany jest konkretną decyzją i żądaniem strony rosyjskiej. Jeszcze na początku tego roku Rosja nie chciała rozmawiać z ukraińskimi przedstawicielami władz, które według niej były nielegalne. Teraz, przy obecności ukraińskich władz, wykluczenie i nieobecność Polaków są jeszcze bardziej znaczące. Rosja znów nas rozgrywa, stosując zasadę „dziel i rządź″. Gdyby pozycja Polski pod sztandarem obecnej dyplomacji była rzeczywiście silna i poważna, jak nam wmawiają ”GW„, TVN i szereg innych mediów, to ani Ukraińcy, ani Niemcy, ani Francuzi nie usiedliby do stołu z Rosjanami.
Gdyby to był tylko problem Sikorskiego, nie trzeba by się nam było tym wszystkim zanadto przejmować. Niestety ta sprawa dotyka bezpieczeństwa Polski. Odpowiedzialność za wywołanie zagrożenia dla naszego kraju, jakie powoduje obecność Sikorskiego na stanowisku szefa dyplomacji, spoczywa oczywiście na Donaldzie Tusku. To on po ujawnieniu nagrań nie zdymisjonował Sikorskiego i dlatego to on jest winny marginalizacji Polski na arenie międzynarodowej i narażania naszego państwa na rosyjskie ataki.
Tymczasem w Warszawie wielka feta. Propagandowa pokazówka sił polskiej armii. Na czele pochodu sam prezydent Komorowski. ”Gazeta Wyborcza„ piejąca z zachwytu. Za nią TVN, a ponieważ Polacy mają krótką pamięć, nikt nie przypomniał o tym, jaka fala nagonki i nienawiści dotknęła śp. Lecha Kaczyńskiego, gdy po raz pierwszy zorganizował defiladę wojskową. O ile sobie przypominam, ”Wyborcza„ przyrównała wówczas patriotyzm do faszyzmu i bezlitośnie drwiła z defilady oraz osoby prezydenta.
Dziś, kiedy wróg jest u naszych bram, a wojna toczy się za naszą wschodnią granicą, Rosjanie nawet nie liczą się z zachowaniem pozorów i wkraczają na teren autonomicznego państwa ze swoimi wojskowymi oznaczeniami. W czasie, gdy zostaliśmy zupełnie wyautowani z politycznej gry, gdy nie liczą się z nami ani wrogowie, ani sojusznicy, ani nawet nieliczni przyjaciele, musimy słuchać i oglądać propagandę Tuska w najgorszym, bo gierkowskim wydaniu. Możemy sobie dziś już tylko współczuć. Po 1989 roku mamy najgorszą władzę, jaka się mogła nam przydarzyć.
Dr Tomasz M. Korczyński