• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Grad polskich medali

Poniedziałek, 18 sierpnia 2014 (02:00)

To były wspaniałe mistrzostwa Europy. Przed ich rozpoczęciem optymiści zakładali, że nasi lekkoatleci mogą zdobyć dziewięć, może dziesięć medali, a tymczasem przekroczyli tę liczbę, i to znacznie. Wśród nich sporo było niespodziewanych, co cieszyło najbardziej.

Sobotni worek z polskimi medalami otworzyła Joanna Jóźwik (AZS AWF Warszawa), która zajęła trzecie miejsce w biegu na 800 metrów. Bądźmy szczerzy: przed mistrzostwami nie stawiał na nią nikt. Do Zurychu pojechała, co sama przyznała, na „kredyt”, bo nie osiągnęła wymaganego minimum. Tymczasem od początku zawodów zachwycała. Zarówno w eliminacjach, jak i w półfinałe pobiegła świetnie, w tym drugim bijąc nawet swój życiowy rekord. Wtedy zamarzyła o czymś więcej. W piątek srebrny medal na 800 m wywalczył jej kolega z grupy treningowej Artur Kuciapski. – Potem dostałam od niego różaniec, z którym jego ciocia poszła w pielgrzymce, wypraszając łaski dla niego i dla mnie. I tak jak on modliłam się – powiedziała. W sobotę pobiegła, jakby dostała skrzydeł. Zaczęła spokojnie, jak to ma w zwyczaju. Przez długie metry była ostatnia, ze sporą stratą nawet do siódmej zawodniczki. Z przodu niezagrożone pędziły Białorusinka Maryna Arzamasowa i Brytyjka Lynsey Sharp. Było jasne, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, między sobą stoczą walkę o złoto. Na finiszu lepsza okazała się Arzamasowa (1.58,15 min). Na ostatniej przeciwległej prostej zaatakowała Jóźwik. Pięknie wyprzedziła rywalki, awansowała na trzecie miejsce i dzielnie utrzymała je aż do mety, choć czuła na plecach oddech doświadczonej Rosjanki Jekateriny Poistogowej. – To niesamowite. Przed mistrzostwami nie zrobiłam minimum, a na nich wywalczyłam medal, dwa razy pobiłam rekord życiowy i pierwszy raz w karierze zeszłam poniżej dwóch minut – podkreśliła Jóźwik, która uzyskała czas 1.59,63.

A potem swoje srebro zdobył Paweł Fajdek (Agros Zamość). Był jednym z dwóch faworytów konkursu rzutu młotem, obok Węgra Krisztiana Parsa. Tym razem wszystkie przypuszczenia się sprawdziły, obaj rozegrali między sobą walkę o złoto. Polak miał jednak jeszcze jednego rywala – kontuzję pleców. Dwa tygodnie przed mistrzostwami nie był pewien, czy w nich wystąpi. Wystąpił, choć ból nie minął. Miał tylko dwie udane próby. Po pierwszej, na 76,48 m, został liderem. Pars odpowiedział jednak wspaniale, 78,18. Potem Węgier rzucił 82,18, Polak 82,05. Emocje sięgały zenitu, lecz nasz reprezentant już się nie poprawił, a Węgier postawił kropkę nad i, posyłając młot na 82,69 m. Tak daleko w tym roku nie rzucił jeszcze nikt. – Obchodziłem się z plecami ostrożniej niż z jajkiem, bo chciałem dotrwać do mistrzostw w całości. Bolało, ale podczas zawodów była adrenalina, która pomogła o tym zapomnieć – powiedział Fajdek. Brązowy medal zdobył Rosjanin Siergiej Litwinow (79,35), a na wysokim piątym miejscu uplasował się weteran naszej kadry Szymon Ziółkowski (OŚ AZS Poznań) – 78,41.

Niedługo po Fajdku ze srebrnego krążka cieszył się Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz). To były mistrz świata z Daegu. Wtedy, w 2011 roku, wydawało się, że otworzyła się przed nim wielka kariera, lecz zastopowały ją kontuzje. Częste, niespodziewane, powracające, a wraz z nimi operacje. Teraz w Zurychu pokazał, że wciąż może być wielki. Zaczął od 5,50 m, tę wysokość pokonał bez problemu, za pierwszym podejściem. Podobnie było z 5,65 i 5,70. Wtedy poczuł, że zdobędzie medal, nie wiadomo było tylko, jakiego koloru. Na 5,75 się zatrzymał, jednak tej wysokości nie pokonał nikt, poza jednym tyczkarzem. Obecnie najlepszym. Francuz Renaud Lavillenie, bo o nim oczywiście mowa, zakończył zawody z wynikiem 5,90 m, zdobywając oczywiście złoto. Próbował jeszcze pokonać 6,01, lecz bez powodzenia. A Wojciechowski został wicemi- strzem Europy! Francuz Kevin Menaldo i Czech Jan Kudlička też co prawda zaliczyli 5,70, lecz mieli zrzutki na niższych wysokościach i dlatego zostali sklasyfikowani za Polakiem.

Wczoraj przed południem medalową serię podtrzymał urodzony w Etiopii, ale przez ponad połowę swego życia mieszkający w Polsce Yared Shegumo (AZS AWF Warszawa), zdobywając srebro w maratonie. Sukces to był tym większy, że nigdy wcześniej nasz reprezentant nie stanął na podium w tej prestiżowej konkurencji. Tym razem liczyliśmy na Henryka Szosta (WKS Grunwald Poznań), ale ten zszedł z trasy. Długo wspaniale biegł i prowadził ze sporą przewagą Marcin Chabowski (STS Pomerania Szczecinek), lecz po 30. kilometrze zabrakło mu sił. Też nie dotarł do mety. Shegumo zastosował inną taktykę. Nie szarżował, nie napinał się, biegł swoim tempem, pilnując jednak, by nie stracić za dużo czasu do czołówki. Gdy zrezygnował Chabowski, przyspieszył, awansował na szóstą, potem trzecią pozycję, wreszcie wyprzedził Hiszpana Javiera Guerrę i ruszył w pogoń za Daniele Meuccim. Włocha już nie prześcignął, ten finiszował z czasem 2:11.08 godz, ale minął metę na drugim miejscu (2:12.00), sięgając po historyczne srebro. To nie był koniec polskich sukcesów. Brązowy medal wywalczyła potem sztafeta 4 x 400 m w składzie: Rafał Omelko, Kacper Kozłowski, Łukasz Krawczuk i Jakub Krzewina, zawdzięczając sukces fantastycznemu finiszowi tego ostatniego. Nasi uzyskali czas 2.59,85 min, wyprzedzili ich tylko Brytyjczycy (2.58,79) i Rosjanie (2.59,38). Był to dwunasty polski medal w Zurychu!

Piotr Skrobisz