Rozstrzygnięcia zapadną w Brukseli
Niedziela, 17 sierpnia 2014 (07:59)Z Dougiem Bandowem, specjalistą ds. Europy Środkowo-Wschodniej z Cato Institute w Waszyngtonie, rozmawia Łukasz Sianożęcki
„Konwój z pomocą humanitarną” wyjechał z Moskwy na Ukrainę. Zachodni liderzy uważają, że to przykrywka dla ewentualnej operacji militarnej. Czy nie podobnie było w 1939 roku, kiedy Sowieci pod hasłami „pomocy uciśnionym narodom Białorusi i Ukrainy” wkroczyli do Polski?
– Takie skojarzenia są jak najbardziej na miejscu. Nie mam wątpliwości, że tego typu wojenne intrygi i manipulacje będą jeszcze wielokrotnie stosowane. Jednak pamiętajmy, że obecna Rosja to nie Związek Sowiecki, a Władimir Putin to nie Józef Stalin. Ta podstawowa dziś różnica to fakt, że Moskwa nie próbuje rzucać ideologicznego ani militarnego wyzwania Stanom Zjednoczonym. Rosja putinowska wydaje się zmierzać w kierunku odbudowy swojego imperium, zaniepokojona o swoje bezpieczeństwo na granicach. Jednocześnie stara się utrzymać szacunek na arenie międzynarodowej. Jej ambicje wydają się być niepohamowane, choć są ograniczone.
W którym miejscu Rosja się zatrzyma?
– Interweniując na Ukrainie, podobnie jak wcześniej wikłając się w wojnę z Gruzją, Kreml jest konsekwentny. Jednak w mojej ocenie jest to krok wysoce niefortunny, ponieważ nie zaprowadzi o wiele dalej. Moskwa nie ma bowiem interesu we wchłanianiu całej Ukrainy, z większością nierosyjskojęzycznych mieszkańców (w odróżnieniu od Krymu), tak samo jak nie wchłonęła całej Gruzji. W mojej ocenie, dalsza interwencja na Zachód jest raczej mało prawdopodobna.
Zarówno kraje bałtyckie, jak i Polska wyrażają obawy co do zamiarów Rosji. Z Moskwy płyną groźby, że kraje te zostaną „zmiażdżone”.
– Nie wydaje mi się, aby te groźby były uzasadnione. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć wyjątkowo trafną diagnozę prezydenta Baracka Obamy, który stwierdził, że „Rosja jest regionalną siłą, która grozi niektórym swoim bezpośrednim sąsiadom nie ze względu na swoją siłę, ale przez swoją słabość”.
Ukraina jest jednak państwem słabszym niż Rosja. Kijów może liczyć na militarne wsparcie Zachodu?
– Sytuacja Ukrainy jest oczywiście tragiczna, nie wydaje mi się jednak, aby obecne wydarzenia skłoniły NATO czy USA do jakiegoś większego zaangażowania. Oczywiście Ukraińcy zasługują na wyrazy naszego wsparcia. Ponadto zabiegi dyplomatyczne i presja ekonomiczna, aby powstrzymać złe zachowania Moskwy, są przez Zachód zagwarantowane. Przy czym takie działania powinny być raczej środkiem, a nie karą. Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić na kroki, które zaprzepaściłyby ich wysiłki w krajach strategicznie ważnych, takich jak np. Iran, Afganistan, Irak, Syria czy Korea Północna.
USA zza oceanu mogą występować z pozycji „życzliwego obserwatora”. Ale dla Europy jest to poważniejszy problem.
– W mojej ocenie, nastał najwyższy czas, aby Europa wzięła większą odpowiedzialność za swoją obronę. Mam tu na myśli przede wszystkim obronę przed rosyjskimi próbami ekonomicznego wpływu na politykę europejską poprzez wykorzystanie swojej pozycji na rynku surowców energetycznych. Zarówno gospodarczo, jak i militarnie Rosja przy Europie jako całości wygląda dziś jak karzeł. Populacja Starego Kontynentu jest trzykrotnie większa niż narodu rosyjskiego. Wydaje mi się więc, że kryzys ukraiński to problem, który rozstrzygnie się w Brukseli, a nie w Waszyngtonie.