Z Polską nikt się nie liczy
Piątek, 8 sierpnia 2014 (18:26)Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Rosja wprowadza embargo na owoce, warzywa, mięso, ryby i nabiał z państw Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Australii, Kanady i Norwegii. Co zrobił polski rząd, żeby zminimalizować straty naszych producentów?
- Przewidując taką sytuację – a przypomnę, że w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z grą Rosji na rynku artykułów żywnościowych (mam tu na myśli wieprzowinę, ale nie tylko) – należało odpowiednio wcześniej zadbać o alternatywne rynki zbytu dla naszych wyrobów, np. w krajach Dalekiego Wschodu bądź w innych częściach świata. Dotyczy to również owoców miękkich czy jabłek, gdzie Polska jest jednym z największych producentów, a jedna trzecia produkcji trafiała na rynek wschodni.
Krótkowzroczność i brak profesjonalizmu ekipy Donalda Tuska oraz zarządzających resortem rolnictwa doprowadziła do tego, że dzisiaj w obliczu rosyjskiego embarga nie mamy co zrobić z ponad milionem ton jabłek. Rząd polski, minister rolnictwa zaniedbał, przespał i nie przedsięwziął jakichkolwiek działań, żeby przeciwdziałać skutkom rosyjskiego embarga. Mało tego, już kilka lat temu pozwolił na wypchnięcie naszych producentów z rynku Europy Zachodniej.
Rosyjskie embargo to – można rzec – wojna gospodarcza wypowiedziana przez Putina. Jaka powinna być odpowiedź Unii Europejskiej, aby zrekompensować Polsce straty?
- Unia Europejska nie popisała się, gdy chodzi o polskie rolnictwo, zwłaszcza w obszarze owoców miękkich. Dopuszczono bez ceł zaporowych eksport owoców miękkich z Chin i Maroka po cenach dumpingowych i przez to zniszczono producentów tych owoców przede wszystkim w Polsce. W tej chwili oczekuję, że decyzja Komisji Europejskiej będzie po pierwsze jak najszybsza i będzie zmierzać do wypłaty rekompensat polskim producentom nie tylko owoców, ale także producentom mięsa w związku z embargiem na rynku wschodnim. Jeśli w UE mamy mieć wspólną politykę rolną z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko używać nazwy „wspólna polityka rolna″, to te decyzje powinny zapadać jak najszybciej.
Jabłka oraz inne owoce i warzywa to nie jedyny problem, bo realna groźba bankructwa wisi nad producentami trzody chlewnej…
- Embargo rosyjskie, jakie zostało wprowadzone na polską wieprzowinę, to jedno, a drugie to fakt, że dla naszej wieprzowiny zamknięty jest także rynek ukraiński. Te restrykcje przy braku zdecydowanych działań polskiego rządu mogą doprowadzić do całkowitej zapaści tej branży naszego rolnictwa i likwidacji wielu gospodarstw.
Czego się Pan spodziewa po rozmowach w sprawie rekompensat dla Polski, jakie rozpoczęły się w Brukseli?
- Nie uprzedzając ani nie snując żadnych czarnych scenariuszy czy wizji, mogę powiedzieć, że życzę dobrze polskiemu rządowi i ministrowi rolnictwa w zakresie skutecznego reprezentowania interesów polskiego rolnika na forum UE. Na pewno jednak nie będą to łatwe negocjacje, bo co tu dużo mówić – Polska nie jest partnerem, z którym liczą się poszczególni przedstawiciele państw UE czy szefowie struktur unijnych.
Takich przykładów było wiele chociażby ostatnio, kiedy ratując twarz i spadające sondaże, próbowano przedstawiać szanse Donalda Tuska czy Radosława Sikorskiego w rywalizacji o unijne stanowiska. Prawda jest jednak inna: z nami w UE nikt się nie liczy, tym bardziej w sprawach żywotnych interesów Polski jesteśmy pomijani. Dotyczy to także podejścia do spraw kryzysu ukraińskiego, gdzie zupełnie zostaliśmy wypchnięci z orbity unijnych rozmów. Wracając jednak do tematu: życzę dobrze polskim producentom owoców, warzyw i trzody chlewnej, ale po działaniach polskiego rządu nie spodziewałbym się zbyt wiele.
Ostatnio w Polsce dużo mówi się o autostradach. Jaka – Pana zdaniem – jest wiarygodność wicepremier Bieńkowskiej, która jako urzędnik państwowy w ironiczny, tylko sobie właściwy sposób tłumaczy nieprzejezdność i gigantyczne korki na autostradach?
- Wicepremier Bieńkowska już dawno powinna sobie znaleźć inne zajęcie, w którym mogłaby się spełniać. Zresztą cały ten rząd razem z premierem Tuskiem na czele powinien dla dobra Polski i Polaków zejść ze sceny, bo spektakl, jaki odgrywa od kilku już lat, dawno się znudził nawet najbardziej zagorzałym zwolennikom Platformy Obywatelskiej. Chwila tym bardziej jest odpowiednia, że sondaże poparcia dla Donalda Tuska i całego tego rządu wyraźnie wskazują ten kierunek. Niewiarygodność wicepremier – szefowej superministerstwa infrastruktury i rozwoju regionalnego jest bardzo duża. Widać to chociażby przez pryzmat woj. podkarpackiego, gdzie w perspektywie finansowej 2007-2013, z rozliczeniem do 2015 r. nie będzie wybudowana, a tym bardziej rozliczona autostrada A4 między Rzeszowem a Jarosławiem.
To najlepszy dowód, że ta ekipa do niczego się nie nadaje i że jej czas przeminął. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć to, że po czterech latach od terminu zakończenia budowy mówi się o szansach zakończenia tej inwestycji. To kpina, o jakiej świat nie słyszał. Wszystko też wskazuje na to, że zostanie ustanowiony kolejny rekord i będzie to najwyższa cena jednostkowa kilometra autostrady, i to nie tylko w Europie, ale na świecie.
Jan Krzysztof Bielecki, doradca premiera, w jednej ze swoich wypowiedzi określił korki jako ”delikatny problem z obsługą autostrady„.
- Żeby skomentować tę wypowiedź i stan, w jakim pod rządami Platformy Obywatelskiej znalazł się nasz kraj, zresztą nie tylko w tym obszarze, należałoby użyć ostrych słów, które jednak nie przystoją. Innymi słowy mówiąc – mamy do czynienia z totalnym bajzlem. Natomiast Jan Krzysztof Bielecki nie wiem, czy jest doradcą premiera Tuska, czy za niego decyduje o sprawach dotyczących życia Polaków, ale jest to już inny temat.
Jak Pan ocenia pomysł Donalda Tuska dotyczący rozładowania korków? Premier na autostradzie A-1 do końca sierpnia zarządził bezpłatne weekendy.
- Nie tylko ja, ale wszyscy Polacy traktują to jako kiepski żart. Donald Tusk chce rozładować korki i de facto kosztem polskiego podatnika zatuszować swoją indolencję i kolejną gafę wicepremier Bieńkowskiej. Jeśli chodzi o opłaty za autostrady, to porównujmy się z krajami zachodniej Europy. W tym świetle wypadamy bardzo blado, bo opłaty te są u nas najwyższe, a usługi marne. Podejmowane doraźne próby zatuszowania błędów przez Donalda Tuska są typowymi działaniami pod publiczkę i nie mają nic wspólnego z racjonalnym zarządzaniem siecią polskich dróg.
Jaki system poboru opłat byłby najlepszy?
- Zamiast eksperymentować, trzeba bazować na rozwiązaniach sprawdzonych, jakie są np. w Szwajcarii czy w Niemczech, gdzie system się sprawdza, jest skuteczny i co najważniejsze – nie powoduje korków na autostradach, które z założenia mają usprawnić ruch, a nie komplikować życie kierowcom, i to w dodatku za duże pieniądze. Nie można robić kpin i tłumaczyć, że alternatywą dla zakorkowanych autostrad jest droga wojewódzka czy powiatowa.
Pozostając przy premierze, powróćmy jeszcze na chwilę do Brukseli. Jak w Parlamencie Europejskim oceniane są szanse Donalda Tuska i Radka Sikorskiego na objęcie wysokich stanowisk w unijnej administracji?
- Podejrzewam, że spośród 751 posłów Parlamentu Europejskiego niewielu poza 51 polskimi europarlamentarzystami zna nazwisko Sikorski, może nieco więcej kojarzy nazwisko Tusk. Jeżeli w rankingu rozpoznawalności spośród wszystkich 28 krajów członkowskich UE Donald Tusk zajmuje zaszczytne trzecie miejsce od końca, to najlepiej pokazuje nasze miejsce w szeregu i szanse premiera Tuska na objęcie stanowiska szefa Rady Europejskiej czy chociażby Radosława Sikorskiego jako szefa unijnej dyplomacji. Nikt zatem poza kręgami Platformy Obywatelskiej nie bierze poważnie szans obu tych panów. W kręgach międzynarodowych nikt nie rozważa takich opcji. Jest to zatem kolejna PR-owska zagrywka PO, która ma na celu odwrócić uwagę polskiego społeczeństwa od spraw istotnych dotyczących naszego kraju. To dmuchanie balonu, który z hukiem pęknie, pozostawiając pustkę.