A gdzie tu sport?
Piątek, 8 sierpnia 2014 (14:44)Ta wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba. Legia Warszawa nie zagra w tym sezonie w Lidze Mistrzów. Awansu nie przegrała na boisku, tylko przy zielonym stoliku. Została wyrzucona z rozgrywek przez UEFA, bo w rewanżowym meczu trzeciej rundy kwalifikacji z Celtikiem Glasgow posłała bo boju nieuprawnionego zawodnika. Na kilka minut, gdy wszystko było już rozstrzygnięte.
Fakty są takie: na boisku obie drużyny dzieliła różnica klasy. Legia rozbiła Szkotów, w dwóch meczach strzelając im sześć bramek, tracąc tylko jedną. Jej dominacja nie podlegała dyskusji, była lepsza w każdym elemencie futbolowego rzemiosła. Gdyby na Łazienkowskiej nie zmarnowała wielu świetnych sytuacji, w tym jednym spotkaniu mogła wbić rywalom nawet osiem goli. Wbiła cztery. W rewanżu dwa kolejne. Nawet Szkoci przyznawali, że przegrali całkowicie zasłużenie. W końcówce spotkania w Edynburgu trener Henning Berg wprowadził na boisko Bartosza Bereszyńskiego. Myślał, że może, a nie miał prawa. Młody obrońca nie odpokutował bowiem kary za czerwoną kartkę obejrzaną w poprzedniej edycji Ligi Europejskiej. Na Łazienkowskiej myśleli, że było inaczej, tyle że nikt nie zadał sobie trudu zagłębienia się w całkiem jasny regulamin UEFA. I patrząc z tej strony, warszawianie nie mogą mieć do nikogo pretensji – tylko do siebie. Ktoś popełnił bowiem niewybaczalny błąd, nie zapoznał się z wytycznymi, które są takie same dla wszystkich i nie są pisane w języku kosmitów. Zachował się jak nieopierzony amator. Teraz klub poniósł tego konsekwencje. Regulaminy są po to, by je wypełniać. Proste, jasne.
Tyle że patrząc na całą sprawę po ludzku, z punktu widzenia zdroworozsądkowego, co wspólnego ze sportem miała decyzja UEFA? Nic. Absolutnie nic. Legia na boisku zdeklasowała rywali. Bereszyński spędził na murawie kilka chwil, już przy wyniku 6:1 (w dwumeczu). Parę razu dotknął piłki, i to wszystko. Nagle jednak UEFA wysunęła nieproporcjonalnie wielki oręż, jakby co najmniej zdobył trzy bramki, odwrócił losy rywalizacji lub pomałał nogi kilku rywalom (można by tak wymieniać i wymieniać). A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że w niedalekiej przeszłości, w identycznym przypadku, uznała, że wystarczającą sankcją będzie kara finansowa. W 2010 roku w kwalifikacjach Ligi Europejskiej nieupawnionego zawodnika wprowadził na boisko trener VSC Debreczyn. Jego podopieczni prowadzili z Liteksem Łowecz 2:1 (pierwsze spotkanie wygrali 2:0). Wtedy UEFA uznała, że Węgrzy zapłacą 15 tysięcy euro i to wystarczy za całą karę. Teraz federacja za identyczne ludzkie niedopatrzenie wyrzuciła Legię z Ligi Mistrzów, czyli de facto pozbawiła co najmniej 35 milionów złotych (tyle zarobiłaby na samym awansie do tych rozgrywek). To co najmniej dziwne i co najmniej dwuznaczne, budzące wątpliwości co do czystości intencji działaczy. W ogóle przed rewanżem w Edynburgu działy się dziwne rzeczy. Szkoci robili cyrki ze sprzedażą praw do transmisji telewizyjnej, jakby bali się, że mecz może zobaczyć ktoś poza tym krajem. Postawili na swoim.
Teraz też nagle znaleźli w UEFA wyjątkowego sprzymierzeńca, który podarował im zwycięstwo w przegranym pojedynku. Nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi, bo jakoś trudno oprzeć się wrażeniu, że drugie dno gdzieś w tym wszystkim jednak jest. UEFA miała prawo ukarać Legię, bo ta się okrutnie pomyliła. Ale zabiła w tym wszystkim sport i ideę prawdziwej rywalizacji. Smutne to.
Piotr Skrobisz