• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Lekarze zrzucają mundury

Wtorek, 4 września 2012 (06:04)

To już prawdziwy exodus lekarzy wojskowych. Z armii ucieka ich coraz więcej.

Taki obraz wyłania się z informacji resortu obrony zaprezentowanej sejmowej Komisji Obrony Narodowej. - Na przestrzeni ostatnich lat systematycznie zmniejsza się liczba lekarzy wojskowych - mówił w Sejmie szef Inspektoratu Wojskowej Służby Zdrowia płk lek. Piotr Dzięgielewski. Jak zaznaczył, sytuacja ta sprawia, że wojsko stopniowo redukuje etaty lekarskie.

Według statystyk w 2008 r. w wojsku pracowało 1802 lekarzy, dwa lata później już tylko 1600, zaś w ubiegłym roku zaledwie 1311, w tym faktycznie obsadzonych było 817 stanowisk. Obecnie (bez Wojsk Specjalnych) jest ich tylko 815. Utrzymuje się tendencja do wypowiadania służby przez lekarzy wojskowych. W 2010 roku na własną prośbę odeszło 164 lekarzy, zaś w 2011 roku - 116. Wojsko spodziewa się w tym roku podobnej liczby.


Służba stała się mało atrakcyjna


Na ich miejsce przybywa niewielu. W ubiegłych latach powołano do służby 37 lekarzy, w tym roku będzie 30.

- Za główną przyczynę trudnej sytuacji kadrowej uważamy zmiany zachodzące w finansowaniu cywilnej służby zdrowia, które spowodowały, że służba w wojsku staje się mało atrakcyjna finansowo dla personelu lekarskiego - wskazywał Dzięgielewski.

Według Dariusza Seligi (PiS), członka sejmowej Komisji Obrony Narodowej, to jedna z sytuacji, która "powoli rozbraja polską armię".

- Jestem ze Skierniewic w województwie łódzkim i tam przerabialiśmy podobny temat. W Łodzi były kierunki studiów, które kształciły lekarzy wojskowych, później je zlikwidowano, bo twierdzono, że będzie nabór ze studiów dziennych stacjonarnych. Okazało się jednak, że na misjach musieli służyć Ukraińcy, Mongołowie, Czesi, to z nimi musieliśmy podpisywać kontrakty, bo w Polsce po prostu nie mieliśmy wykwalifikowanej kadry. Dziś sytuacja się powtarza - mówi poseł.

Ale to nie jedyny problem. W armii jest jednak ciche przyzwolenie na gorszące praktyki. Przyszli lekarze wojskowi, których kształcenie opłaca armia, na ostatnim roku studiów rezygnują z pracy w wojsku, przedkładając fikcyjne papiery o złym stanie zdrowia. Zdaniem Seligi, to otwarta furtka dla lekarzy wojskowych, którzy z niej notorycznie korzystają, gdyż w placówkach cywilnych zarabiają lepsze pieniądze, mają możliwość podnoszenia kwalifikacji i nie są obciążani obowiązkami służby na misjach.

- Często synowie wysoko postawionych oficerów, słyszałem też o niektórych generałach, którzy kształcą się jako lekarze wojskowi, na ostatnim roku studiów załatwiają sobie dokumenty, że ze względu na stan zdrowia nie mogą służyć w wojsku. Czyli armia w nich inwestuje, a później z niej uciekają - podkreśla Seliga.

W jakim kierunku zmierzają zmiany w zabezpieczeniu medycznym wojska?

- Pamiętam jeszcze ministra Bogdana Klicha, który zapewniał nas, że nie ma w armii problemu z lekarzami. Później misje pokazały całkiem co innego i sprawa dalej nie jest rozwiązana. Najsmutniejsze jest to, że nie wygląda na to, by minister obrony miał jakiś pomysł, jak tę sytuację rozwiązać - mówi Seliga.

I dodaje: - Przyznanie się do tego, że lekarze zrzucają mundur, wychodzą z armii i robią coś innego - to zaledwie diagnoza. Jak jest się ministrem, nie można tylko rozkładać rąk, ale coś z tym problemem zrobić - kwituje Seliga.


Nie możemy wszystkiego likwidować

Od 2008 r. wojsko pracuje nad restrukturyzacją sieci szpitali. Armia posiada cztery szpitale kliniczne, dziewięć wojskowych i cztery uzdrowiskowo-rehabilitacyjne. Obecnie wojskową służbę zdrowia stanowi 50 samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej i trzy instytuty badawcze: medyczny, medycyny lotniczej oraz higieny i epidemiologii.

Inspektoratowi Wojskowej Służby Zdrowia podlegają także jednostki takie jak: ośrodki medycyny prewencyjnej, Centrum Reagowania Epidemiologicznego Sił Zbrojnych, ośrodek farmacji i komisje lekarskie.

Część placówek szpitalnych przekazywana jest jednak innym podmiotom. W marcu 2010 r. MON zdecydowało, że do końca 2012 r. pozbędzie się placówek w Gliwicach, Poznaniu, Elblągu, Kudowie-Zdroju, Żarach, Szczecinie, Przemyślu, Helu i Opolu.

Na pytanie posłów, dlaczego tak się dzieje, wiceminister Czesław Mroczek stwierdził, że "większość pacjentów wojskowych placówek medycznych to cywile, a większość przychodów to środki z NFZ.

- Nie jest zadaniem i rolą ministra obrony prowadzenie zakładów opieki zdrowotnej. Rolą i zadaniem ministra obrony jest zapewnienie potrzeb zdrowotnych Sił Zbrojnych w różnych fazach i okolicznościach działania - powiedział Mroczek.

Inaczej na sprawę patrzy poseł Seliga. W jego ocenie, szef MON musi mieć w swoich zasobach zarówno szpitale, jak i zakłady lecznicze czy sanatoria, chociażby dlatego, że mamy wielu rekonwalescentów po misjach.

- Ci lekarze, którzy tam pracują, specjalizują się tylko w określonych dziedzinach, mamy tu np. do czynienia z ranami postrzałowymi. Nie może być tak, że ciągle coś likwidujemy, bo niedługo z armii nie będzie czego zbierać. Znowu postawimy na lekarzy zaciężnych z Ukrainy czy Czech? - pyta parlamentarzysta.

Inspektorat Wojskowej Służby Zdrowia twierdzi, że aby zatrzymać lekarzy w armii, niezbędne może okazać się finansowanie świadczeń zdrowotnych dla żołnierzy bezpośrednio z budżetu państwa, utworzenie skutecznego systemu motywacyjnego oraz zwiększenie naboru studentów medycyny.

Piotr Czartoryski-Sziler