Nie szli na kompromis z PRL
Wtorek, 4 września 2012 (06:02)Zdecydowana większość z około 200 osób z "Solidarności Walczącej", które pojawiły się na Wybrzeżu na obchodach 32. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych, nie zrobiła karier w III Rzeczypospolitej, nie weszła w nowe układy.
Tegoroczne obchody były poświęcone szczególnie "Solidarności Walczącej", która została utworzona 30 lat temu.
"SW" konsekwentnie występowała przeciwko komunistycznym władzom do końca istnienia PRL, a po 1989 roku jej członkowie nie godzili się na ugodę Okrągłego Stołu, politykę grubej kreski i terapię szokową Leszka Balcerowicza. Pozostali obok, wraz ze swoimi przekonaniami i zawiedzionymi nadziejami na nową, niepodległą Polskę, często płacąc także wysoką cenę za dokonujące się w kraju zmiany ekonomiczne.
Wielu z nich uważa, że dzisiaj znów przyszedł czas działalności. Są to m.in. inicjatorzy strajku głodowego w obronie lekcji historii w szkołach średnich, jaki wiosną tego roku odbył się w Krakowie. Świadectwem ich aktywności jest funkcjonowanie od pewnego czasu stron internetowych i stowarzyszeń skupiających działaczy "Solidarności Walczącej", KPN, FMW, NZS, niezależnych kolporterów i wydawców.
Morawiecki wzywa do walki
"Solidarność Walcząca" powstała w czerwcu 1982 r. w wyniku rozłamu we wrocławskim Regionalnym Komitecie Strajkowym. Jej niekwestionowanym liderem był i jest Kornel Morawiecki. On i związane z nim grono działaczy podziemnej "S" nie godzili się na ówczesną taktykę polityczną władz Związku, domagając się prowadzenia radykalnej i bezkompromisowej walki przeciw komunistom.
Organizacja jasno wyznaczyła sobie cele: walkę o niepodległość i budowę Rzeczypospolitej solidarnej. Nie była jednak ideowo jednolita, wśród jej działaczy byli ludzie odwołujący się do poglądów zarówno prawicowych, jak i lewicowych. Metodami walki, jakie stosowała - jak sami deklarowali - była "walka podjazdowa" na wszystkich poziomach życia społecznego. Od biernego oporu, poprzez sabotaż, a nawet działalność zbrojną.
Tę ostatnią "SW" traktowała jako najbardziej tajną. Jak relacjonował Kornel Morawiecki, dopuszczano stawianie czynnego oporu, ale tylko w razie nasilenia represji przez aparat władzy. Gromadzono w związku z tym broń, materiały wybuchowe i wiedzę np. na temat konstrukcji pistoletów maszynowych lub broni krótkiej - w 1984 roku działacze "SW" otrzymali z zagranicy plany dające możliwość wyprodukowania w warunkach domowych pistoletu maszynowego PM SKP.
Jak relacjonował w książce "Solidarność Walcząca. Oddział Trójmiasto" Aleksander Kozicki, w 1985 roku w gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej za pomocą frezarek i tokarek zmontowano pierwszy egzemplarz tej broni.
Poza Morawieckim do liderów organizacji należeli m.in.: Andrzej Kołodziej, Ewa Kubasiewicz, Hanna Łukowska-Karniej, Jadwiga Chmielowska, Maciej Frankowski, Wojciech Myślecki, Andrzej Zarach. "SW" prowadziła także bardzo aktywną działalność wydawniczą i informacyjną, drukując liczne czasopisma, biuletyny, książki, ulotki czy wydając materiały na kasetach magnetofonowych. W 1982 roku swoją działalność zainaugurowało Radio "Solidarność Walcząca".
Organizacja była rozpracowywana przez Służbę Bezpieczeństwa w ramach ogólnopolskiej operacji o kryptonimie "Ośmiornica", która zakończyła się aresztowaniem Morawieckiego i Kołodzieja oraz ich deportacją z Polski. Komuniści traktowali "SW" jako "solidarnościową ekstremę", w ówczesnych mediach trwała brutalna akcja propagandowa, mająca zdyskredytować jej członków.
Co ciekawe, w latach 1989-1992 działał Wydział Wschodni "SW". Za jego pomocą nawiązano kontakty z podobnie myślącymi działaczami niepodległościowymi z terytorium ówczesnego Związku Sowieckiego, m.in. Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Mołdawii, Gruzji, Kazachstanu, Armenii i Azerbejdżanu. Prowadzono dla nich szkolenia, drukowano i rozprowadzano książki, udzielano pomocy sprzętowej.
Dlaczego w sierpniu się udało?
Uczestnicy rocznicowego zjazdu "S" spotkali się pod krzyżami gdańskimi, by złożyć hołd stoczniowcom zamordowanym przez komunistów podczas grudniowej masakry na Wybrzeżu w 1970 roku. Uczestniczyli też w uroczystej Mszy św., którą sprawował metropolita gdański ks. abp Sławoj Leszek Głódź.
Przy okazji spotkania odbyły się liczne panele, wykłady i dyskusje. Szczególnie żywiołowo działacze zareagowali na wystąpienia historyków z IPN, którzy z naukowego punktu widzenia przedstawiali to, co działo się w 1980 roku i później. Tomasz Kozłowski z Biura Edukacji Publicznej IPN przedstawił genezę powstania ruchu solidarnościowego i kilka faktów sprzed sierpniowego strajku, w tym historię strajków lubelskich.
Zanim doszło do strajku w Gdańsku, w Lublinie zastrajkowało 79 zakładów pracy zatrudniających łącznie 18 tys. ludzi. Władze szybko wygasiły protest, pospiesznie podpisując porozumienie i starając się łagodzić sytuację. - PZPR szacowała, że w lipcu stanęło około 50 tys. osób. Myślano, że ta fala już wygasła, a kierownictwo udało się na urlopy - mówił historyk.
Jak słusznie zauważył Adam Słomka (KPN), to sformułowana przez założyciela Konfederacji Leszka Moczulskiego koncepcja "rewolucji bez rewolucji" podpowiadała, że skuteczny opór należy postawić, okupując zakłady pracy, a nie wychodząc na ulicę, jak w latach poprzednich.
Po epoce gierkowskiego "dobrobytu na kredyt", rozbudzonych nadziei, ludzie popadli w apatię podobną do tej dzisiejszej, która ogarnęła sporą część społeczeństwa. Jednak pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II dała idealne podłoże do ogólnonarodowego protestu, który ludzie podjęli pierwszy raz nie tylko w imię własnych interesów, ale i w obronie bliźnich. Jak było to ważne, potwierdza relacja Piotra Jeglińskiego, który już w połowie lat 70. wraz z Bogdanem Borusewiczem i Januszem Krupskim zorganizował niezależną działalność wydawniczą na KUL.
- Kiedy wyjechałem do Francji organizować wsparcie dla rodzącego się oporu, zorientowałem się, że nie ma tam zainteresowania dla takiej działalności. Zachód uważał Gierka za nowego Dubczeka, nie garnęła się do tego również ówczesna emigracja - wspominał Jegliński.
Jak podkreślał historyk Tomasz Kozłowski, władza chciała szybko wygasić także protest w Stoczni Gdańskiej, ale to się nie udało, a wieść o strajku poszła na cały świat. Choć 16 sierpnia podpisano porozumienie w stoczni, to jednak presja strajkujących zakładów pracy oraz determinacja kobiet takich jak Alina Pieńkowska, Ewa Osowska, Maryla Płońska i Anna Walentynowicz zdecydowały o tym, że Lech Wałęsa podjął decyzję o kontynuowaniu strajku.
Do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego przystąpiło 150 zakładów pracy z całego kraju, sformułowano 21 postulatów. W porównaniu do protestów z lipca świadomość była jednak zupełnie inna, a zdaniem historyków kluczową rolę odegrali w szczególności działacze WZZ: Andrzej i Joanna Gwiazdowie, Walentynowicz i Borusewicz.
- Strajk okazał się majstersztykiem organizacji: sprawny zarząd, ochrona, zaopatrzenie, jedzenie, paliwo - mówił historyk.
21 sierpnia okazało się, że MKS dysponował kwota 0,5 mln zł, by móc wypłacić zasiłki strajkowe. Ruszyła poligrafia i wydawnictwa, które okazały się ważnym elementem przełamywania bariery informacyjnej. Dzięki temu strajkujące zakłady, choć stawiały głównie żądania ekonomiczne dotyczące ich branż, to ich pierwszym warunkiem było podpisanie porozumienia w Stoczni Gdańskiej w imieniu wszystkich strajkujących.
Jak podkreślali historycy, władze konsekwentnie dążyły do rozbicia "Solidarności", domagając się podziału Związku na organizacje regionalne. Ten nieustanny konflikt i dążenie do poróżnienia ludzi trwał do samego końca.
Rozczarowanie zdradą
W spotkaniu wzięli udział również byli aktywiści Federacji Młodzieży Walczącej, organizacji niepodległościowej i antykomunistycznej, która w drugiej połowie lat 80. prowadziła swoją działalność wśród młodzieży szkolnej, młodych robotników.
- FMW była organizacją konspiracyjną budowaną na zasadach funkcjonowania Armii Krajowej. Znało się tylko osoby, z którymi najbliżej się współpracowało, a więc systemy "trójek" "czwórek", zakonspirowane lokale - relacjonuje Mariusz Roman, który w latach 80. należał do FMW w Gdyni.
- Nas nie interesowało, że ówczesna elita solidarnościowa poszła za pieniędzmi i weszła w porozumienie z komunistami. Nas interesowała niepodległa Polska, a naszym rządem były legalne władze na wychodźstwie z prezydentem Ryszardem Kaczorowskim - deklarowali weterani ulicznych manifestacji, jakie wielokrotnie odbywały się na ulicach Gdańska czy Krakowa.
Choć oczekiwali upadku PRL, restytucji niepodległości i rozliczenia zbrodni komunizmu, doczekali się kontrolowanej transformacji. Nie wiedzieli, że wokół nich toczy się jakaś gra, w którą był zaangażowany Lech Wałęsa i część przywódców "Solidarności".
- Zorientowaliśmy się dopiero w 1988 roku, gdy widziałem emocje młodych robotników, którzy zorganizowali ten protest w maju i sierpniu. Solidarność podziemna była wypalona, a najlepsi ludzie wyjechali za granicę - dodaje Roman.
Zdecydowana większość FMW nie zgodziła się na udział w rozmowach Okrągłego Stołu w tzw. podstoliku młodzieżowym wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim. Teraz środowiska antykomunistyczne, gdy wiele wydarzeń ujrzało światło dzienne, zauważają, że geneza okrągłostołowej ugody jest z pewnością głęboka i ta koncepcja pojawiła się już w latach 70.
Jeden z byłych działaczy "SW" mówił wprost: - Przywróćmy świadomości społecznej ludzi, których w listopadzie 1982 roku, rok po stanie wojennym, powołano do Wojskowych Obozów Specjalnych. W tych kilka zimowych miesięcy pod pretekstem ćwiczeń dla rezerwistów powołano kilka tysięcy osób. Wiele z nich było niezdolnych do służby wojskowej, tym bardziej w tak ciężkich warunkach.
Skoszarowani w barakach, a nawet wojskowych namiotach, mieli zostać odizolowani od rodzin, kolegów z podziemnych organizacji i ostatecznie złamani. Gdańskie spotkanie "solidarnościowej ekstremy" pokazało, że na pewno to się nie udało.
Maciej Walaszczyk