• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Powołanie misyjne jest darem

Wtorek, 5 sierpnia 2014 (10:11)

Świadectwo o. Jacka Gniadka SVD, misjonarza z Zambii

  

Była jesień 1983 r. Jechałem osobowym niebiesko-żółtym pociągiem z Tarnowa do Krakowa na wykłady. Stałem w zatłoczonym przejściu. Dużo ludzi dojeżdżało wtedy do pracy do Krakowa. W prawej ręce trzymałem notatki, a lewą trzymałem się uchwytu. Odczuwałem zmęczenie. Dzień wcześniej posiedziałem trochę dłużej nad ćwiczeniami z chemii. Zamknąłem na chwilę oczy. Po raz pierwszy w życiu przyszedł mi do głowy pomysł, by wyjechać na misje.

Przez chwilę zapomniałem o kolokwium. Próbowałem w myślach wypuścić się do egzotycznych krajów, ale miałem o nich mgliste pojęcie.

Na pierwszym roku studiów były obowiązkowe wykłady z podstaw filozofii marksistowskiej. W rzeczywistości mieliśmy zajęcia z historii filozofii. Pamiętam wykład o zakładzie Pascala: „Jeżeli wierzysz, możesz zyskać wiele: zbawienie i życie pośmiertne, a gdyby Boga nawet nie było – nic nie tracisz.  Jeśli zaś nie wierzysz – wiele ryzykujesz, bowiem jeżeli Bóg istnieje – tracisz wszystko”. Po zajęciach wróciłem prędko do domu. Chciałem jak najszybciej zajrzeć do jego „Myśli”, które od wielu lat leżały nietknięte na półce z książkami mojego brata. Przez całą noc pochłaniałem ich zawartość. Rano zaspany pobiegłem na poranną Eucharystię. Od tego dnia zacząłem chodzić częściej do kościoła.

– Cieszę się, że przyszedłeś – przywitał mnie ksiądz w średnim wieku na furcie jednego z klasztorów w Krakowie. – Świetnie, że studiujesz. Po święceniach będziesz mógł dokończyć twoją chemię.

– A co z wyjazdem na misje? – zapytałem nerwowo.

– Zobaczymy później. Nie martw się. Przełożeni będą obserwować i podejmą decyzję – dodał pewny siebie.

Po niedokończonej rozmowie wybiegłem pospiesznie na ulicę. – Dlaczego ktoś, kto zna mnie zaledwie od kilku minut, próbuje mi układać moje życie? – pytałem siebie, błąkając się po ulicach Krakowa.

Kilka miesięcy później złożyłem papiery do misyjnego seminarium w Pieniężnie. Był rok 1984. Trzy lata po wstąpieniu do nowicjatu byłem już w drodze do Zairu (dzisiaj Demokratyczna Republika Konga) na misyjną praktykę OTP (ang. Overseas Training Programme). Siedem lat później, przed złożeniem ślubów wieczystych, zostałem przeznaczony do pracy misyjnej w Botswanie. 

W teologii łaska jest rozumiana jako dar udzielany przez Boga człowiekowi dla jego zbawienia. Przyznanie tego daru nie jest związane z żadną zasługą. Powołanie misyjne ad gentes na całe życie jest takim darem. Łaska nie stoi w sprzeczności z wolnością i wolną wolą człowieka. Bóg jest wolny w udzielaniu darów, a człowiek jest wolny w swych czynach. Chrystus powołuje i mówi: „Jeżeli chcesz, pójdź za mną”. Odpowiadając na misyjne powołanie, misjonarz uczy się już od swojego Mistrza, jak zwracać się do drugiego człowieka: „Kościół proponuje, niczego nie narzuca: szanuje ludzi i kultury, zatrzymuje się przed sanktuarium sumienia. Tym, którzy opierają się pod najróżniejszymi pozorami działalności misyjnej, Kościół powtarza: Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” (RM 39).

Po powrocie z Liberii, gdzie pracowałem jako wolontariusz dla Jezuickiej Służby Uchodźcom, przyjechałem na trzy lata do Polski. Po zakończeniu pracy w Ośrodku Migranta Fu Shenfu w Warszawie powróciłem do Afryki. Tym razem do Zambii.

 –  Dlaczego do Zambii? – ktoś mnie zapytał.

Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem. – Ponieważ jest. Czy to nie wystarczy? Święty Jacek pojechał ewangelizować Kumanów, a wiedział o nich tylko tyle, że gdzieś daleko istnieli.

 

opr. Małgorzata Pabis