Poprzeczka zawsze wyżej
Wtorek, 5 sierpnia 2014 (08:42)Rozmowa ze Zbigniewem Klękiem, pierwszym trenerem Rafała Majki
Czy Rafał Majka jest już kolarzem najwyższej światowej klasy?
– Jest, jak najbardziej. I jego wejście do elity elit wcale nie odbyło się na ostatnim Tour de France, gdzie wygrał dwa etapy i okazał się najlepszy w klasyfikacji górskiej. Stało się to wcześniej, zdecydowanie. Przed rokiem Rafał zajął przecież siódme miejsce w Giro d’Italia, jednym z trzech najważniejszych wyścigów świata. Takiej lokaty w tej imprezie nikt nie dostaje za darmo, trzeba ją wywalczyć, wyszarpać. W tym roku w Giro był szósty, czyli dwa lata z rzędu uplasował się w czołowej siódemce. To zawodnik do wygrywania wielkich tourów, jestem pewien, że – o ile tylko pozwoli mu zdrowie – dokona kiedyś rzeczy niespotykanych.
Pamięta Pan swój pierwszy kontakt z Rafałem? Już wtedy zobaczył Pan w nim to „coś”?
– Wie pan, trener ma po to oczy, by wypatrywać i wyłapywać talenty. Dobrze pamiętam pierwszy kontakt z Rafałem. Organizowałem wtedy z wuefistą z Zegartowic szkolne zawody, dosłownie dookoła boiska. Wśród wielu chłopaków jeden się wyróżniał, od razu było widać, że ma w sobie coś innego, wyjątkowego, co odróżnia go od kolegów. Oczywiście to był Rafał. W tamtejszej szkole stworzyliśmy grupę, w której początkowo jeździło wielu chłopaków, a został tylko Rafał. Szkoda, bo nie tylko on miał talent i predyspozycje, by zostać kiedyś kolarzem z krwi i kości.
Powiedział Pan „talent”. Co bardziej ukształtowało Rafała – ten dar, wrodzone predyspozycje czy ciężka praca?
– Wszystko po trochu. Rafał nigdy nie bał się pracy, ciężkiej, uczciwej, ale jednak miał ten dar od Boga, wyjątkowy fundament, na którym można było i można dalej budować coś wielkiego. Wychodzę z założenia, że w sporcie samą tylko pracą, najcięższą i najmądrzej wykonywaną, można dojść bardzo daleko, ale nigdy na sam szczyt. Do tego potrzeba czegoś więcej, tego „czegoś”, co czasami nawet trudno dokładnie opisać czy nazwać. Rafał miał wrodzone parametry wydolnościowe i siłowe, ale także psychiczne. Można przecież na „papierze” być szalenie mocnym, ale potem trzeba umieć to sprzedać w ogniu walki. Do tego potrzeba głowy, która poradzi sobie ze stresem.
Kiedy przekonał się Pan, że Rafał może być kimś więcej niż tylko dobrym kolarzem?
– Ja już 40 lat pracuję z młodymi chłopakami i dziewczętami, bo i one coraz chętniej jeżdżą na rowerze, i to z powodzeniem. Taka choćby Kasia Niewiadoma, nazywana „Majką w spódnicy” z racji tego, że świetnie jeździ w górach, zajęła znakomite 11. miejsce w kobiecym Giro d’Italia, odnosząc ogromny sukces. Przed Rafałem nie brakowało talentów, dużych talentów, ale większość po drodze się wykruszyła. Kolarstwo to bowiem szalenie ciężki sport, dla cierpliwych i niebojących się harówki.
Rafałowi od początku wszystko przychodziło dość łatwo. Zaczynał z wysokiego „c”, w młodszych kategoriach wiekowych wygrywał niemal za każdym razem, a nieliczne niepowodzenia brały się głównie ze zdarzeń losowych, awarii sprzętu czy przypadkowych kraks. Rówieśników przewyższał zdrowiem i możliwościami, trzeba było przygotowywać mu odpowiedni plan treningowy, dawać inne bodźce, bo w przeciwnym razie stanąłby w miejscu. Krótko mówiąc, od zawsze miał poprzeczkę zawieszoną wyżej od kolegów, bo tylko w ten sposób mógł się rozwijać. Zastanawiałem się nawet wtedy, co będzie, jak pojawią się pierwsze górki, przeszkody, problemy, czy i jak sobie z nimi poradzi. Poradził, bo miał i ma charakter.
Skromny, pracowity, twardo stąpający po ziemi, Majka ma jakieś wady?
– Jak każdy, jest przecież tylko człowiekiem.
Poradzi sobie ze sławą, odnajdzie w szumie medialnym?
– Myślę, że tak. Rafał wie, że w sporcie jedni mają pięć minut, inni pięć miesięcy, jeszcze inni pięć lat, a nieliczni coś więcej. Ten czas trzeba wykorzystać do maksimum, a nawet jedną błahą na pozór decyzją wszystko można popsuć. Rafał ma charakter, wie, ile go kosztowało dojście do miejsca, w którym obecnie się znajduje. Gdy zaczynał przygodę z kolarstwem, liczyła się szkoła, po niej chodził na treningi, a wieczorem jeszcze znajdował czas i siłę na prace w polu i pomagał w ten sposób rodzicom w gospodarstwie. To mu zostało i dlatego wierzę, jestem pewien, że sława czy pieniądze go nie zmienią.
Czego potrzebuje, by za rok, dwa, trzy wygrać któryś z wielkich tourów?
– Zdrowia, to podstawa. We wrześniu skończy 25 lat, jest dopiero na początku drogi, przed nim cała przyszłość. Aby jednak myśleć o wygrywaniu największych imprez, musi mieć wokół siebie mocną drużynę. We współczesnym kolarstwie nawet najlepszy zawodnik nic nie wskóra, jeśli jest sam i koledzy na niego nie pracują. Taka jest prawda, to już sport zespołowy, w którym wyznacza się lidera, a reszta ma go wspierać i mu pomagać. Na wielkich tourach, na których przez kilkanaście dni przejeżdża się kilka tysięcy kilometrów, nie da się uniknąć słabszych momentów, kryzysów, problemów, a w pierwszym rzędzie pomaga sobie z nimi poradzić grupa. Poza tym trzeba mieć szczęście. Rafał już dwa lata temu został wyznaczony na lidera swojego zespołu w Giro. Tuż przed startem nabawił się jednak kontuzji i musiał się wycofać. Wtedy szczęścia mu zabrakło. W tym roku na Wielkiej Pętli miał się w ogóle nie pojawić, ale najpierw został wezwany w ostatniej chwili przez problemy dopingowe jednego z kolegów, a potem dostał wolną rękę po kontuzji Alberto Contadora. Gdyby nie dramat Hiszpana, nie byłoby sukcesów Majki, bo do końca musiałby mu pomagać.
Mamy Majkę, mamy Michała Kwiatkowskiego – stajemy się liczącą siłą w światowym peletonie?
– Dodałbym do tego jeszcze kilka nazwisk. Tak, Polacy są coraz bardziej widoczni, ale niech to nikogo nie zmyli. Nasze kolarstwo nadal boryka się z potężnymi problemami, nadal brakuje w nim pieniędzy, przede wszystkim na kwestię najważniejszą, czyli wychowanie młodzieży. Ministerstwo sportu wywróciło do góry nogami piramidę, u fundamentów której powinna stać praca z narybkiem i najmłodszymi talentami, a dopiero na szczycie liderzy i gwiazdy. Tymczasem jest na odwrót, a na pracę u podstaw jak nie było, tak nie ma funduszy. Ile mogą łożyć rodzice, ile za śmieszne pensje mogą pracować trenerzy?
Nie może być tak, by w klubie był tylko jeden szkoleniowiec, a tak niestety jest. Nabudowano mnóstwo boisk do piłki nożnej, które albo stoją zamknięte, albo puste, a tymczasem giną inne piękne dyscypliny. Dziś słyszę gratulacje za wychowanie Rafała. Cieszę się, jestem dumny, ale tylko my wiemy, w jakich to się wszystko odbywa warunkach. Mówię tu w imieniu wszystkich trenerów. Ile bowiem można robić samemu, ile można samemu naprawiać rowery? Od tego powinni być dodatkowi ludzie! Współpracuje ze mną wuefista, który społecznie jeździ po szkołach, wyszukując talentów. Przecież on wykonuje wielką pracę, która powinna być wymiernie doceniana. Rozmawiam często z młodszymi kolegami, byłymi kolarzami, i pytam, czy zajmą się kiedyś szkoleniem młodzieży, bo mają ku temu predyspozycje. Niemal zawsze słyszę: nie mamy czasu, by zaczynać od zera, jak trener. Mamy inną rzeczywistość, inne możliwości, perspektywy…
Ciesząc się sukcesami Rafała czy Michała, liczę, że ktoś zada sobie trud, by zobaczyć, w jakich warunkach i gdzie dorastali. A potem odpowie sobie na pytanie, czy bez tych małych, lokalnych klubów, które borykają się z takimi problemami, polskie kolarstwo przetrwa.