• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Droga krzyżowa Pana Jezusa

Sobota, 2 sierpnia 2014 (11:50)

 

Moja kochana Matko chrzestna!

Nie wiem, czy znasz już nabożeństwo pięciu sobót – wynagradzające Niepokalanemu Sercu Maryi. Ponieważ jest to rzecz nowa, pomyślałam, że Cię o nim poinformuję jako o czymś, o co prosiła nasza kochana Matka niebieska. Chcę powiedzieć Ci o tym nabożeństwie z uwagi na Jezusa, który wyraził życzenie, aby je praktykować. Myślę, że z tych powodów moja Chrzestna będzie szczęśliwa, nie tylko dowiadując się o tym, że w ten sposób może pocieszyć Jezusa poprzez jego praktykowanie; ale też mówiąc o nim innym i zachęcając ich do jego podjęcia.

Nabożeństwo to składa się z następujących elementów: przez pięć miesięcy, w pierwsze soboty, przyjmujemy Jezusa w Najświętszym Sakramencie, odmawiamy różaniec, spędzamy piętnaście minut towarzysząc Matce Najświętszej w rozważaniu tajemnic różańcowych i idąc do spowiedzi. To ostatnie można uczynić kilka dni wcześniej […].

List s. Łucji z dnia z 1.11.1927 r.


 

 

Matko, oto jestem w kolejną pierwszą sobotę przy Twoim Niepokalanym Sercu, Maryjo!

Niepokalana Matko mojego Pana, dziś poprzez rozważanie czwartej tajemnicy bolesnej zapraszasz mnie do tego, bym wyruszył w drogę, podążając za Jezusem, który po wyroku Piłata wziął krzyż i rozpoczął swą Krzyżową Drogę. Wcześniej można było stać z boku i biernie się przyglądać, jak znęcano się nad Twoim Synem. Teraz nie można już stać anonimowo, jeśli bowiem pragnę być blisko Chrystusa, muszę ruszyć za Nim. Czynią to również nie tylko żołnierze, ale i ci, którzy domagali się uwolnienia Barabasza. Matko, jakże wielki ból musi wypełniać Twe Serce! Oto ten, uznany wcześniej za zbrodniarza, cieszy się teraz wolnością, a Twój Syn, którego nie tak dawno lud pragnął obwołać królem, niesie krzyż. To niesprawiedliwe, chciałoby się zawołać i szukać czym prędzej możliwości ocalenia dla Jezusa! Jednak w Twym Sercu nie rodzi się takie pragnienie, bowiem w Twoim „fiat” była już zgoda na tę ofiarę. Jesteś świadoma, że to wszystko musi się stać. Jednak w obliczu tak wielkiego cierpienia, czy jako Matka nie pytasz: dlaczego tak bardzo znęcacie się nad moim Synem? A może rodzi się inne, o wiele ważniejsze pytanie: co stanie się z narodem, który odrzuca Tego, na którego czekał przez tyle wieków? Ta ofiara jest jednak konieczna, Jezus po to się bowiem narodził, a Ty jesteś tego całkowicie pewna. Co się teraz stanie, jeśli Ten, który miał przynieść wolność, zostanie zabity? Czy znów Twoje Serce nie zostaje wystawione na kolejną próbę, podobnie jak przy zwiastowaniu? Czy w obliczu tego, co się teraz dokonuje, człowiek może powiedzieć: rozumiem wszystko? Z pewnością nie, a mimo to trzeba ruszać w drogę, gdyż żołnierze wyprowadzają Jezusa.

„Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: ’Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?’. Przyprowadzono też dwóch innych – złoczyńców, aby ich z Nim stracić” (Łk 23,26-32).

Sama dobroć i miłość staje pośród dwóch złoczyńców. Skoro na świadectwie dwóch świadków mogło opierać się oskarżenie, tak i w czasie drogi na Golgotę ich obecność staje się formą potwierdzenia, iż Jezus zasługuje na śmierć. Jeśli tak, to zrozumiałym się staje, dlaczego nikt nie chce Mu pomóc i dlaczego należało przymusić Szymona z Cyreny. Co się jednak stało, że wszyscy zaakceptowali wyrok skazujący? Po chwili jednak słychać płacz kobiet, które idą za Twoim Synem i płaczą, a więc nie wszyscy dali się zwieść. Czy jednak taki płacz jest dla Ciebie pocieszeniem? Twój Syn nie oczekuje bowiem takiego współczucia, gdyż tu jest coś więcej niż tylko samo cierpienie.

Jednak nie sposób powstrzymać łez i wzruszenia wobec takiego oto widoku męki. „Teraz dopiero szedł Pan nasz i Zbawiciel, pochylony i chwiejący się pod ciężarem krzyża, zmordowany, poraniony biczami, potłuczony. Od wczorajszej Ostatniej wieczerzy nie jadł nic, nie pił, ani nie spał, przez cały czas katowano Go bezlitośnie; siły Jego wyczerpały się utratą krwi, ranami, febrą, pragnieniem, nieskończonym udręczeniem ducha i ciągłą trwogą; więc też zaledwie mógł się utrzymać na drżących, chwiejnych, poranionych nogach. Prawą ręką starał się z trudem przytrzymać fałdzistą suknię, hamującą Jego niepewny krok. Dwaj siepacze ciągnęli Go naprzód na długich powrozach, dwaj drudzy popędzali Go z tyłu; sznury, prowadzące od pasa, przeszkadzały Mu przytrzymywać sobie suknię, więc nie miał pewnego kroku” („Pasja”, bł. K. Emmerich).

Widok cierpiącego człowieka zwykle wywołuje współczucie. W tym przypadku jednak potęgowane jest ono postawą cierpiącego, który z pokorą przyjmuje wszystko, co go spotyka. Cierpienie dziecka w szpitalu nie pozwala nikomu przejść obojętnie. Kiedy jednak samo dziecko mówi: nie martwcie się, nie płaczcie, ja umieram i idę do Nieba, tęsknię za Bogiem, czyż wówczas te słowa nie rozrywają serca, nie poruszają wewnętrznie nawet najbardziej obojętnego człowieka? Łzy cisną się jeszcze bardziej, ale już nie ze zwykłej litości, lecz z doświadczenia czegoś, co przekracza doczesny wymiar człowieka, z doświadczenia miłości, która z życia czyni ofiarę.

Oto patrzę na Jezusa jak matka czuwająca przy łóżku swego umierającego dziecka, które godzi się na śmierć. Patrzę na Jezusa dźwigającego krzyż i widzę: „Ręce nabrzmiałe miał i poranione od gwałtownego krępowania. Oblicze pokryte było sińcami i ranami, broda i włosy rozczochrane, pozlepiane zaschłą krwią. Ciężar krzyża i krępujące więzy wciskały Mu ciężką, wełnianą suknię w poranione ciało, a wełna przylepiała Mu się do pokrwawionych na nowo ran. Wśród szyderstwa i złości wrogów szedł Jezus cichy, wynędzniały nad wyraz, udręczony, a kochający; usta Jego szeptały słowa modlitwy, we wzroku czytało się nieme błaganie, cierpienie bezmierne, a zarazem przebaczenie. Dwaj siepacze, podtrzymujący na sznurach koniec krzyża, przeszkadzali tylko Jezusowi i utrudniali Mu dźwiganie, bo nie uważali wcale na to, by iść równo i w równej wysokości nieść krzyż. Po obu bokach orszaku szli w odstępach żołnierze, uzbrojeni w kopie” („Pasja”, bł. K. Emmerich).

Bardzo często ludzie pytają dziś: a gdzie jest Bóg? Czy jest, skoro pozwala na tak wielkie cierpienie i niesprawiedliwość? Dlaczego jednak nikt nie spyta o zło, które może jest tak potworne, a ludzkość tak nim zniewolona, iż trzeba było ofiary samego Boga, właśnie tak nieprawdopodobnej? Słowa Jezusa, skierowane do płaczących niewiast, zdają się nam po raz kolejny przypominać, by nie koncentrować się jedynie na samym fakcie cierpienia. Doświadczenie cierpienia winno nas skłonić do pytania: gdzie jest jego źródło? Samo ubolewanie nie prowadzi bowiem do żadnej przemiany czy rozwiązania.

Patrząc na Ciebie, Matko, staram się to zrozumieć, tak bowiem odczytuję również scenę, kiedy spotykasz się ze swoim Synem. „Na czele pochodu ujrzała Matka Najświętsza pachołków katowskich, niosących z tryumfem narzędzia męczeńskie; zadrżała na ten widok i załamała ręce, jęk bolesny wydarł się z Jej piersi. Widząc to, jeden z pachołków zapytał się idących koło niego widzów: Co to za niewiasta, jęcząca tak żałośnie? Ktoś z tłumu odrzekł mu: To Matka Galilejczyka! Słowa te były bodźcem dla niegodziwych pachołków. Zaraz posypały się szyderstwa i dowcipy zjadliwe na bolejącą Matkę, wytykano Ją palcami, a jeden z tych niegodziwców podsunął Najświętszej Pannie pod oczy pięść, w której trzymał gwoździe, mające służyć do przybicia Jezusa na krzyż. Boleścią niezmierną zdjęta, wsparła się Matka Boża o filar bramy, załamawszy ręce, czekając, rychło ujrzy Jezusa. Blada była jak trup, wargi jej posiniały. […] Boleść niezmierna i miłość odezwały się na ten widok z podwójną siłą w sercu Najświętszej Panny. Znikli Jej z oczu kaci, znikli żołnierze, widziała tylko swego ukochanego, wynędzniałego, skatowanego Syna; wypadła z bramy na ulicę, przedarła się między siepaczy i upadła na kolana przy Jezusie, obejmując Go ramionami. […] Usłyszałam dwa bolesne wykrzykniki, nie wiem, czy wypowiedziane słowy, czy pomyślane w duchu: Mój Synu! – Matko Moja! Wielu żołnierzy poczuło iskierkę litości w swym sercu, ale bezlitośni siepacze szydzili tylko i łajali, a jeden z nich zawołał: Niewiasto! czego tu chcesz? Było Go lepiej wychować, a nie byłby się dostał w nasze ręce. Zmuszono Najświętszą Pannę do odejścia, ale żaden z siepaczy nie ośmielił się znieważyć jej czynnie. Prowadzona przez Jana i niewiasty, wróciła Maryja do bramy i tu, prawie martwa z boleści, upadła na kolana na skośny narożnik bramy, zwrócona tyłem do smutnego orszaku, by nie widzieć więcej, co się tam dzieje” („Pasja”, bł. K. Emmerich).

Matko, jesteś przy Jezusie, nie wołasz jednak: zostawcie Go, jest niewinny; nie dajesz upustu swoim matczynym uczuciom, by bronić własne dziecko, lecz jesteś Sercem przy Jego Sercu. Świadomość, że ta ofiara musi się dokonać, nie zrywa jednak więzów krwi z Twoim własnym dzieckiem, a więc zawsze będziesz odczuwać jak matka. Jesteś i będziesz zawsze Matką Jezusa, który teraz niesie krzyż, by złożyć ofiarę za zbawienie całego świata. Matka o Niepokalanym Sercu, Sercu, którego nie splamił żaden grzech, jakże bardzo musi być wrażliwa na zło, jakże bardzo musi cierpieć w takiej chwili.

Czy jednak ktoś wziął Cię w obronę? Prawdopodobne jest raczej, że spotkałaś się ze słowami poniżenia, które jeszcze bardziej potęgowały ból Twego Serca. Jakże często patrzy się przez pryzmat dziecka na całą jego rodzinę; patrząc nieprzychylnym okiem na dziecko, tak samo zwykle zwraca się ku jego bliskim. Z jakimi spojrzeniami musiałaś się zmierzyć, skoro byłaś Matką Tego, którego teraz prowadzono na ukrzyżowanie? To Jego Matka! Jakże wielka miłość musiała wypełniać Twe Serce, skoro wszelkie względy ludzkie nie miały dla Ciebie znaczenia. Każdy z nas w takiej sytuacji wolałby się może nie ujawniać, a z pewnością nie czynić tego publicznie. Ty jednak, Matko, wobec wszystkich czynisz coś zupełnie odmiennego; przedzierasz się przez tłum, by być przy swoim Synu. To jest Twój Syn – wszyscy to wówczas zobaczyli!

Matko, również ja dziś pragnę się przyznać do Jezusa. Czuję, że w ten sposób przyniosę największą ulgę Twemu bolejącemu Sercu. Dziękuję Ci za ten czas medytacji, za Twoje prowadzenie, za Twoją pomoc w odkrywaniu tajemnic wiary.

Ks. Krzysztof Czapla SAC