• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Polityczne embargo

Czwartek, 31 lipca 2014 (18:42)

Polscy producenci owoców i warzyw oraz resort rolnictwa będą domagać się rekompensat z Brukseli za szkody spowodowane rosyjskim embargiem. Sadownicy twierdzą, że embargo to forma retorsji ze strony Rosji za wprowadzenie sankcji, fitosanitarne zarzuty są tylko pretekstem.

– Embargo to retorsja na wprowadzenie przez Unię sankcji wobec Rosji. Jeśli Unia zdecydowała się na sankcje – musi powetować producentom straty - powiedział  Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP, poseł i wiceprzewodniczący sejmowej komisji rolnictwa z ramienia PSL. Komisja Europejska, jak zapewnia, ma odpowiednie instrumenty pomocowe i uruchamiała je nieraz, np. podczas inwazji zakażenia produktów roślinnych bakteriami E-coli. Wniosek do KE organizacje rolnicze złożą w najbliższym czasie, nie czekając do zbiorów. Równolegle o rekompensaty wystąpi resort rolnictwa.

– W czwartek wyślemy wniosek informujący KE o stratach polskich producentów owoców i warzyw w związku z zapowiedzianym embargiem – zapowiedział wczoraj minister rolnictwa Marek Sawicki. I dodał: - Oczekujemy oczywiście rekompensat finansowych. Ich wielkość będzie przedmiotem negocjacji.

Ruszają na nowe rynki

Nie czekając na reakcję Brukseli, polscy sadownicy gwałtownie poszukują nowych rynków zbytu. – Rozpoczęliśmy już starania o wejście na rynek chiński. Myślimy o eksporcie na rynek indyjski, europejski i do krajów arabskich, być może także na rynek amerykański i kanadyjski – zapowiada prezes Maliszewski.

Minister Sawicki powiedział, że resort od dawna spodziewał się antyimportowych kroków ze strony Rosji, dlatego zawczasu rozpoczął promocję polskich owoców i warzyw na rynkach wschodnich. – Rozpoczyna się promocja polskich jabłek w Chinach. Chcemy wejść także z jabłkiem do Wietnamu i Japonii – zapowiedział Sawicki.

Liczy się czas. Skutki rosyjskiego embarga ujawnią się z całą mocą wraz z rozpoczęciem zbioru jabłek na przełomie lata i jesieni. Polska jest największym producentem jabłek na świecie. Roczny eksport sięga ponad 1,2 mln ton tych owoców. Głównym odbiorcą polskich jabłek była dotąd Rosja, gdzie trafiło do 1 mln ton owoców, jedna trzecia krajowej produkcji.

– Wierzę, że embargo zostanie wcześniej czy później zniesione pod naciskiem rosyjskich konsumentów – powiedział wczoraj minister Sawicki. Wartość eksportu artykułów rolno-żywnościowych do Rosji w ubiegłym roku wyniosła prawie 1,3 mld euro, z tego prawie 1 mld to owoce i warzywa. – Około połowy z tego to jabłka. Co drugie jabłko w Rosji to jabłko „biało-czerwone” – podkreślił minister. Polskie owoce na rosyjskim rynku wyparły konkurencję: są cenione za dobrą jakość i niską cenę. Embargo, zdaniem ministra, uderzy w rosyjskich konsumentów.

Resort rolnictwa i sadownicy wiążą także nadzieje z polskim rynkiem wewnętrznym. Sawicki pochwalił akcję jedzenia jabłek „na złość Putinowi” rozpropagowaną przez dziennikarzy „Pulsu Biznesu″. – Oczywiście tych wszystkich jabłek, które szły do Rosji, nie zjemy, ale jeśli uda się zjeść kilkanaście procent, będzie to duża ulga dla producentów – powiedział minister.

Zarzuty to pretekst

Ogłoszone kilka dni temu rosyjskie embargo na owoce i warzywa z Polski od dzisiaj wchodzi w życie. Zakaz wwozu dotyczy świeżych jabłek, gruszek, wiśni, czereśni, śliwek, nektaryn oraz kalafiorów i wszystkich odmian kapusty – białej, czerwonej, pekińskiej, brukselki i brokułów. Zakaz obejmuje także polskie produkty roślinne sprowadzane z państw trzecich.

Rosyjskie władze fitosanitarne uzasadniają embargo „systematycznym naruszaniem przez stronę polską międzynarodowych i rosyjskich norm fitosanitarnych”. Wcześniej mówiły o rzekomym wykryciu w produktach z Polski „owocówki” i „niebezpiecznych szkodników”. Według Maliszewskiego, to tylko pretekst, bo prawdziwe cele embarga mają charakter polityczny. We wcześniejszych pismach do resortu rolnictwa, z kwietnia br., zastrzeżenia strony rosyjskiej dotyczyły np. „nadmiernej zawartości pestycydów i obecności azotanów w niektórych partiach towaru” (bez poparcia konkretnymi dowodami) albo „braków dokumentacji”. Resort rolnictwa podjął w tej sprawie rozmowy, ale nie przyniosły one rezultatu. – Rosjanie nie byli zainteresowani rozwiązaniem problemu, nie chcieli zaakceptować żadnego wspólnego systemu bezpieczeństwa dla polskiej żywności – twierdzi Maliszewski.

Małgorzata Goss