Chude lata w UE
Sobota, 1 września 2012 (10:10)W Parlamencie Europejskim trwają intensywne prace nad kształtem Wspólnej Polityki Rolnej UE na lata 2014-2020. Mamy już na stole przygotowane przez Komisję Europejską (czyli unijny rząd) projekty głównych aktów prawnych, w tym projekt najważniejszego rozporządzenia dotyczącego dopłat bezpośrednich. Zajmuje się nimi obecnie Komisja Rolnictwa Parlamentu Europejskiego, za kilka miesięcy sprawa trafi na plenarne obrady Parlamentu.
Komisja Europejska chce przeznaczyć na rolnictwo w latach 2014-2020 kwotę 435 miliardów euro (około 40 procent budżetu UE), z tego około 300 miliardów na najważniejszą część, czyli dopłaty bezpośrednie. Reszta to tak zwany II filar, czyli różne programy modernizacyjne, wydatki innowacyjne, bezpieczeństwo żywności itp.
Pieniędzy na dopłaty jest z grubsza tyle samo, co w poprzedniej siedmiolatce. Wymagało to twardej walki w Parlamencie Europejskim, jeszcze kilka lat temu bardzo silne były głosy, żeby w ogóle zlikwidować Wspólną Politykę Rolną i zaprzestać pomocy dla rolników lub też pomoc tę radykalnie zmniejszyć. Byłby to jednak wyrok śmierci na rolnictwo całej Unii, które bez pomocy stałoby się niezdolne do konkurencji z resztą świata.
Miliard wywalczony dla Polski
O nierówności dopłat bezpośrednich pisałem wiele razy. W przeliczeniu na hektar między państwami członkowskimi są ogromne różnice, od ponad 500 euro na hektar w Grecji do 80 euro na Łotwie.
Nas interesuje porównanie z sąsiednimi Niemcami - Polska ma około 190 euro na hektar, Niemcy 340 euro. To się ma trochę zmienić, lecz niewiele.
Według pierwszych propozycji Komisji Europejskiej jeszcze w 2008 roku, wszystkie państwa miały dostawać takie same kwoty na dopłaty, jakie były obliczone na 2013 rok. W przypadku Polski miało to być 3 mld 43 mln euro rocznie. Po długich walkach w Parlamencie Europejskim Komisja zaproponowała zmniejszenie różnic między państwami.
Polsce zaproponowała nieco więcej - po 3 mld 121 mln euro rocznie. Po kolejnych bataliach w Parlamencie jest już nowa propozycja, żeby to było 3 mld 188 mln rocznie. W stosunku do propozycji wyjściowej jest to o 145 milionów euro rocznie więcej, czyli około miliarda euro więcej w skali 7 lat. Te zwiększone pieniądze pozwolą na podwyższenie dopłat bezpośrednich w Polsce do poziomu około 220 euro na hektar.
Miliard cieszy, ale to nadal dyskryminacja
Nierówność dopłat to jest niezgodna z prawem UE dyskryminacja. Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej zabrania bowiem dyskryminacji producentów rolnych z uwagi na przynależność państwową.
Polska w żadnym razie nie powinna się na to zgodzić, ale to oczywiście jest już sprawa rządu. To polski rząd, polski premier powinien uderzyć pięścią w stół i zażądać równych dopłat. Takiego premiera i takiego rządu w Polsce jednak nie ma, a to sprawia, że walka w Parlamencie Europejskim o równe dopłaty jest coraz bardziej beznadziejna.
Ten miliard pewnie wywalczymy, ale przy bierności, a nawet ustępliwości polskiego rządu o więcej będzie bardzo trudno. Rząd PO - PSL najwyraźniej sprzedał już wieś na rynku unijnych ustępstw, niech polska wieś o tym wie i pamięta.
W propozycji Komisji Europejskiej jest też ważna przymiarka do cięcia dopłat dla największych gospodarstw rolnych, wielkich farm, liczonych w setkach czy tysiącach hektarów. Propozycja Komisji Europejskiej jest taka, żeby ci właściciele gospodarstw, którzy otrzymują rocznie ponad 150 tysięcy euro, mieli te płatności stopniowo zmniejszane, a górny pułap wynosiłby 300 tysięcy euro.
Czyli jeśli ktoś ma nawet 10 tysięcy hektarów - dostawałby maksymalnie 300 tysięcy euro. O te propozycje toczy się wielki bój, wiele państw jest temu stanowczo przeciwnych.
Osobiście te propozycje popieram. Uważam, że powinny być ograniczone dopłaty dla największych farm, jednak istotne jest, żeby te pieniądze poszły na zwiększenie płatności dla pozostałych gospodarstw.
Tymczasem jest inna koncepcja, żeby zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na programy modernizacyjne z II filara. To mi się nie podoba, byłoby to zabranie bogatym jedną ręką i oddanie im tych pieniędzy drugą ręką, a biedniejsi skorzystaliby na tym niewiele albo nic.
Poza tym uważam, że decyzja o obcięciu dotacji dla największych gospodarstw powinna być w gestii państw członkowskich, a nie w skali całej Unii. Kraj dostaje dla swoich rolników określoną pulę i to on sam decyduje, czy tym największym zmniejszać, czy nie. Różna jest bowiem struktura rolnictwa i w Europie. Dla przykładu - trudno porównywać Polskę ze średnią wielkością gospodarstwa około 6 ha z sąsiednimi Czechami, gdzie przeciętny rolnik gospodaruje na blisko 80 hektarach.
Kontrowersyjne zazielenienie
Wielkie kontrowersje w Parlamencie Europejskim wywołuje tak zwany greening (po polsku "zazielenienie") Wspólnej Polityki Rolnej. Chodzi o to, żeby 30 procent dopłat bezpośrednich uzależnić od spełnienia warunków korzystnych dla klimatu i środowiska.
Tu jest kilka różnych wymogów, między innymi dywersyfikacja upraw polegająca na tym, że gospodarstwo powyżej 3 hektarów musi mieć w strukturze co najmniej 3 uprawy, z których największa obszarowo nie może przekraczać 70 proc., a najmniejsza - 5 proc. ogólnej powierzchni. Do tego dochodzi obowiązek wyłączenia spod produkcji co najmniej 7 proc. powierzchni gospodarstwa - w formie ugorowania czy też zalesiania.
Ten pomysł budzi wielkie kontrowersje. Owszem, jesteśmy za rolnictwem przyjaznym dla środowiska, ale wyłączenie spod produkcji rolnej 7 proc. gruntów, to tak jakby w Polsce wyłączyć z produkcji rolnej równocześnie województwo podlaskie i świętokrzyskie.
To będzie ogromne zmniejszenie produkcji rolniczej. Oblicza się, że w skali Europy będzie to o 20 milionów ton zboża rocznie mniej. Oczywiście ktoś na tym zarobi, bo te 20 milionów ton brakującego zboża trzeba będzie przywieźć z Kanady, USA, Brazylii. Pod pretekstem troski o środowisko lobby handlowe chce kosztem rolnictwa ubić własny interes.
Mamy tego świadomość i w Parlamencie Europejskim walczymy, żeby ten "greening" przynajmniej znacznie ograniczyć. Są propozycje, żeby objąć nim jedynie gospodarstwa powyżej 20 ha, a dywersyfikacja dotyczyła jedynie 2 upraw, żeby wyłączenie spod produkcji obejmowało tylko 3 procent gruntów.
Nie wiadomo, jaki będzie tego finał, ale sprzeciw w Parlamencie Europejskim jest duży i zapewne "greening" nie przejdzie w takim kształcie, jaki zaproponowała Komisja Europejska.
Utrzymana zostaje możliwość specjalnego wsparcia dla niektórych działów produkcji rolnej. Państwa członkowskie będą mogły zablokować do 10 procent dopłat bezpośrednich i przeznaczyć je na dodatkowe wsparcie dla gospodarstw produkujących m.in. mleko, wołowinę, zboża, nasiona oleiste, rośliny strączkowe, len, chmiel czy buraki cukrowe. Zgłosiłem poprawkę, żeby możliwością wsparcia objęty został także tytoń, co jest niesłychanie ważne w przypadku Polski.
Uproszczenia dla drobnych rolników
Komisja proponuje też uproszczony system płatności dla tzw. drobnych rolników. Polegać by to miało na tym, że właściciele niewielkich gospodarstw rolnych (a jak niewielkich, zależałoby to od poszczególnych państw) mogliby na ich wniosek, złożony najpóźniej do 15 października 2014 roku, otrzymywać płatności ryczałtowe, wynoszące nie więcej niż trzykrotna średnia płatność na hektar w danym kraju (opłacałoby się to zatem gospodarstwom o powierzchni poniżej 3 ha).
Przy czym ma być na to przeznaczone nie więcej niż 15 procent wszystkich płatności bezpośrednich w danym kraju.
Byłoby to rzeczywiście znaczne uproszczenie dla małych gospodarstw, jedno-, dwuhektarowych. Jest to zasadniczo popierane w europarlamencie. Czynione są nawet starania, aby tym rodzajem pomocy objąć większy zakres gospodarstw.
Pieniądze tylko dla aktywnych rolników
Od dawna zgłaszany był w Unii, także w Polsce, postulat, żeby pieniądze unijne wypłacane były tylko prawdziwym rolnikom, tym, którzy autentycznie sieją, koszą, zbierają, wypasają, a nie tylko właścicielom ziemi, którzy ziemię traktują głównie jako lokatę kapitału. Żeby nie płacić pieniędzy tzw. rolnikom z Marszałkowskiej.
Jest w tym kierunku pewien ruch Komisji Europejskiej, która zaproponowała, żeby do płatności unijnych uprawnieni byli tylko tzw. rolnicy aktywni, dla których dopłaty bezpośrednie stanowią co najmniej 5 procent wszystkich jego dochodów.
To rozwiązywałoby na przykład problem lotnisk. Mało kto wie, że wielkie europejskie lotniska to w istocie gospodarstwa rolne, na których lądują samoloty, porty lotnicze też biorą bowiem dopłaty.
Po lotnisku w Brukseli biegają króliki. Nie sprawdzałem, ale podejrzewam, że też się to wiąże z dopłatami za grunty rolne na lotnisku. Jeśli przejdzie propozycja Komisji (a raczej przejdzie), lotniska, pola golfowe i inne podobne grunty zostaną z płatności unijnych wyłączone, dzięki czemu więcej pieniędzy zostanie dla prawdziwych rolników.
Janusz Wojciechowski