Nie ma dróg na skróty
Sobota, 26 lipca 2014 (09:37)Z Martinem Kaczmarskim, kierowcą rajdowym, rozmawia Piotr Skrobisz
Trzecie miejsce w zakończonym w niedzielę prestiżowym Baja Aragon to wynik porównywalny z dziewiątą lokatą na Dakarze?
– Dakar jest wydarzeniem nieporównywalnym z żadną inną imprezą sportową na świecie. Nawet jeśli w Hiszpanii trasy były podobne, to ich łączna długość porównywalna jest ledwie z jednodniowym odcinkiem podczas dwutygodniowego Dakaru w Ameryce Południowej. To oczywiście nie znaczy, że Baja Aragon to lekki rajd. To wręcz jeden z trudniejszych w kalendarzu Cross Country! Na starcie stawia się niemal cała czołówka rajdowa, a na metę nie dojeżdża bardzo wiele załóg.
Trzecie miejsce w Hiszpanii cieszy mnie podwójnie. Po pierwsze – podium to mój cel w każdym rajdzie, w którym startuję, po drugie – miałem teraz w Hiszpanii coś do udowodnienia. Przed rokiem zająłem tam piątą lokatę i wówczas był to mój życiowy wynik. Po rajdzie sędziowie nie uznali go jednak z powodu jakiegoś technicznego niedopatrzenia dostawcy mojej rajdówki.
Na mecie hiszpańskiej imprezy przyznał Pan wprost, że był to jeden z najtrudniejszych rajdów, w jakich brał Pan udział. Co decydowało o jego wyjątkowości?
– Trasy na rajdach Cross Country mają przeróżną charakterystykę i scenerię. A co za tym idzie – różny stopień trudności. Na przykład włoskie trakty wśród winnic, długie, połączone czytelnymi zakrętami, proste to bajka w porównaniu z hiszpańskimi trasami posiekanymi ostrymi zakrętami na półkach skalnych, niełatwymi nawigacyjnie trasami z gigantycznymi kamieniami stojącymi na drodze. Do tego dochodzi wysoka temperatura, fesz fesz i naprawdę najmocniejsza z możliwych konkurencja.
Baja Aragon to także debiut nowego pilota na prawym fotelu. Jak się współpracowało z Tapio Suominenem i czy to zmiana na stałe?
– Tapio jest doświadczonym pilotem z rajdów płaskich i co ciekawe – w Cross Country startował już jako… driver. Dlatego też właśnie jest świetnym nawigatorem, bo wie z doświadczenia, czego dokładnie potrzebuje w trakcie rajdu kierowca. Na odcinkach specjalnych jedziemy trasą, której nigdy wcześniej nie widzieliśmy, dlatego też istotna jest dobra intuicja i odrobina szczęścia. Tapio to wszystko ma. Oficjalnie wystartowaliśmy teraz razem po raz pierwszy, ale mamy już za sobą kilka wspólnych treningów. Nie ukrywam, że liczę na kolejne wspólne sukcesy.
Świetny Dakar, potem znakomity występ na Baja Italia, teraz podium w Hiszpanii. Te sukcesy rozbudzają apetyty?
– Apetyty są zawsze rozbudzone (śmiech), a kolejne sukcesy tylko je podkręcają. Zawsze powtarzam i tego się trzymam, że liczy się tylko pierwsze miejsce, bo każde inne jest już przegraną. Poprzeczkę sam sobie stawiam wysoko, ale tylko tak można osiągnąć sukces w sporcie. Chciałbym wygrać Dakar przed trzydziestką. A więc zostało mi jeszcze sześć lat (śmiech).
Ale kiedy poprzeczka znajduje się coraz wyżej, to każdy kolejny raz będzie trudniejszy z tej racji, że oczekiwania wzrosną. Jest Pan gotów im podołać?
– Nie mam wyjścia. Moja poprzeczka i tak jest zawieszona najwyżej – zdobycie Pucharu Świata i zwycięstwo w Dakarze. Wiem, że oczekiwania rosną, ale nikt nie ma wobec mnie tak wysokich oczekiwań jak ja sam. Dlatego raczej w tym temacie niewiele mnie zaskoczy. Gdyby dwa lata temu, kiedy zaczynałem jeździć profesjonalnie, ktoś mi powiedział, że pod okiem Hołka będę jeździł najlepszą rajdówką na świecie w najlepszym teamie na świecie, a na debiutanckim Dakarze będę wymieniał uwagi i spostrzeżenia z Peterhanselem, Romą czy Nasserem, to prawdopodobnie zanosiłbym się śmiechem. Ale to wszystko się spełniło, dlatego też zacząłem bardzo poważnie podchodzić do tematu marzeń.
Puchar Świata jest oczywiście ważny, ale każdy start w roku prowadzi do tego jednego, najważniejszego, czyli Dakaru. Kiedy zaczął Pan na dobre rozmyślać o kolejnej jego edycji?
– Już na mecie styczniowego Dakaru myślałem o tym, co będzie za rok. Dakar to znamię. To rajd, który zmienia człowieka na zawsze. Rajd, który uzależnia i przez cały rok nie pozwala myśleć o niczym innym. Nie tylko rajdy Pucharu Świata, ale każdy mój codzienny trening na siłowni jest podporządkowany temu jednemu celowi.
Na mecie debiutanckiego Dakaru powiedział Pan, że podczas tej imprezy bardzo dużo się o sobie dowiedział. Lekcja życia?
– Zdecydowanie tak! Musiałem pokonać w pewnym sensie samego siebie. Pokonać własne słabości. I ta walka jest tak samo ważna jak rywalizacja z innymi zawodnikami. Dopiero w ekstremalnych warunkach dowiadujesz się o sobie najwięcej. Przyznaję – miałem chwile słabości, miałem załamania i kryzysy. Był nawet moment, kiedy zawahałem się nad wciśnięciem w rajdówce czerwonego przycisku alarmowego, który kończy udział w rajdzie. Ale to jest normalne i najważniejsze, że za każdym razem podnosiłem się, jechałem dalej i finalnie zająłem bardzo dobrą pozycję.
Oczywiście może jeszcze zawieść sprzęt. W momentach awarii także ważna jest psychika i kondycja. Kiedy po całonocnych naprawach gdzieś na odcinku wracasz do bazy zmęczony do granic, a za pół godziny musisz wyjechać na następny morderczy, całodniowy etap. Widziałem takie przypadki.
Po przejechaniu pustynnego maratonu coś jeszcze jest dla człowieka straszne?
– Granica zdecydowanie się przesuwa. Wiem, na co mnie stać, w którym momencie posłuszeństwa może odmówić mi mój organizm, kiedy zawiedzie psychika. To pomaga nie tylko w sporcie, ale także w codziennym życiu.
Mówi Pan o sobie, że wszystko zawsze dokładnie planuje ze sporym wyprzedzeniem, dobrze wie, co i jak powinien zrobić. To pomaga?
– Mam na tym punkcie niemal obsesję (śmiech), nawet studiuję logistykę! Perfekcyjne planowanie to połowa sukcesu właściwie w każdej dziedzinie życia.
Rajdy terenowe, szczególnie Dakar, to doświadczenie, bo nim, prócz oczywiście umiejętności, się wygrywa. Co Pan jako kierowca musi jeszcze poprawić, by kiedyś w tej imprezie spełnić swe marzenia?
– Różnym zawodnikom różne cechy pomagają i przeszkadzają w osiąganiu sukcesów i nie ma tutaj uniwersalnych recept. To są niezwykle indywidualne sprawy. Trzeba dobrze znać samego siebie, wszystkie swoje mocne i słabe strony. To podstawa w tym sporcie. Za moje najmocniejsze strony uważam wytrwałość i cierpliwość. Podczas rajdu potrafię wyłączyć emocje. Nie uciekam w brawurę i nie podpalam się. Nad czym powinienem pracować? Niewątpliwie cały czas nad zdobywaniem doświadczenia, przejechaniem kolejnych tysięcy rajdowych i treningowych kilometrów. To jedyny sposób. W tym sporcie nie ma dróg na skróty.