• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Z mentalnością zwycięzców

Sobota, 19 lipca 2014 (14:40)

Z Piotrem Wyszomirskim, bramkarzem reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych, rozmawia Piotr Skrobisz

 

Oglądał Pan brazylijski mundial?

– Sporadycznie, bo w tym czasie miałem do załatwiania wiele ważnych, osobistych spraw. Widziałem np. mecz Holandii z Hiszpanią, ale już Brazylii z Niemcami nie. Starałem się być jednak na bieżąco, wieczorami zawsze oglądałem skróty i bramki. To były zaskakujące mistrzostwa, pełne niespodziewanych wyników. Raz jeszcze potwierdziły, że w futbolu indywidualności nie grają, albo przynajmniej nie są w stanie wygrywać meczów. Wygrywają tylko drużyny. Najlepszym przykładem byli Niemcy, tworzący po prostu zespół z krwi i kości, zdeterminowany w dążeniu do wspólnego celu.

W Brazylii na Niemców nie było mocnych, ale Pan wraz z kolegami na boisku nieco mniejszym sposób na nich znalazł. I to w pojedynkach dla przyszłości polskiego szczypiorniaka kluczowych.

– To prawda. Gdybyśmy z nimi przegrali, to byłaby dla nas prawdziwa katastrofa, klęska. W 2016 roku w naszym kraju odbędą się bowiem mistrzostwa Europy, a mistrzostwa świata, o które walczyliśmy z Niemcami, miały być w zamyśle najważniejszym momentem przygotowań do nich. Gdybyśmy na nich nie zagrali, to przez prawie dwa lata rozgrywalibyśmy jedynie mecze towarzyskie, bez stawki. A jak wiadomo, człowiek nie rozwija się w sparingach, tylko pojedynkach o coś. Na szczęście okazaliśmy się lepsi. A tak na marginesie, to Niem- cy potem przy „zielonym stoliku”, w sobie tylko wiadomy sposób, na mistrzostwa w Katarze się dostali, otrzymując „dziką kartę” należną reprezentacji z Oceanii. Dziwne to trochę było, ze sportem nie miało zbyt wiele wspólnego. Mam nadzieję, taką osobistą, że jeszcze raz spotkamy się z nimi już na mistrzostwach i ponownie zwyciężymy. Tak dla zasady.

Ten zwycięski dwumecz z Niemcami może być przełomem dla drużyny prowadzonej przez Michaela Bieglera? Takim choćby, jak dla ekipy Bogdana Wenty było wygranie w 2006 roku kwalifikacji do mistrzostw Europy z bardzo wtedy mocnymi Szwedami?

– Dobrze pamiętam te spotkania. Byłem wówczas w gdańskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego, pojechaliśmy całym zespołem do Olsztyna, gdzie odbywał się rewanż. To było fantastyczne widowisko, fantastyczne zwycięstwo naszych reprezentantów. Czy teraz może być podobnie? Każdy z nas by sobie tego życzył. Wydaje mi się nawet, że nam było trochę trudniej, bo drugi mecz rozgrywany był na wyjeździe, w Niemczech. Trochę obawialiśmy się kibiców, trochę sędziów, jednak nie daliśmy sobie wydrzeć awansu. Wierzę, że pójdziemy za ciosem i w Katarze pokażemy, na co nas stać.

Czyli?

– Nie jesteśmy chłopcami do bicia, postawiliśmy się Niemcom na ich terenie. Ale już ostatnie mistrzostwa Europy pokazały, że stać nas na całkiem dużo. Omal nie wygraliśmy z późniejszymi złotymi medalistami – Francuzami, przegrywając minimalnie, jedną bramką. Ale nie chcę nad tym się dłużej rozwodzić, bo nie lubię opowiadać w stylu: „Jesteśmy mocni, możemy dużo, jedziemy po medal”. Wychodzę z założenia, że wszystko i tak weryfikuje boisko. Najlepsze podejście do mistrzostw polega na skupieniu się na najbliższym przeciwniku i niezastanawianiu się, co może się wydarzyć potem.

Reprezentację Polski tworzą obecnie zawodnicy pamiętający najlepsze czasy kadry Wenty i młodzi, którzy ich sukcesy oglądali z trybun. Mieszanka wybuchowa?

– Pewnie, czemu nie? Starsi służą swoim doświadczeniem i wielkimi umiejętnościami, młodzi zarażają ich entuzjazmem i pasją. Raz wózek ciągną jedni, raz drudzy, uzupełniamy się, a przy okazji zachowujemy spokój. Wiemy, ile pracy przed nami.

Wy, młodzi, jesteście w stanie brać na swoje barki odpowiedzialność za wyniki narodowej drużyny?

– Po to trenujemy. Wiadomo, że w każdej drużynie następuje w pewnym momencie zmiana pokoleniowa, gdyby młodsi nie czuli się na siłach, by walczyć o coś więcej, powstałaby wielka wyrwa. Mamy świadomość, co przed nami. Mistrzostwa świata, na których możemy zapewnić sobie kwalifikację olimpijską, potem mistrzostwa Europy i, miejmy nadzieję, igrzyska w Rio. Klucz do sukcesu tkwi w zespole. Przy okazji brazylijskiego mundiali widziałem taką grafikę: Brazylia ma Neymara, Argentyna Messiego, Holandia Robbena, a Niemcy zespół. I kto okazał się najlepszy? Niemcy. Jeśli będziemy drużyną, zgranym kolektywem, to będziemy mogli zajść daleko.

A jesteście? Za czasów Wenty mówiło się, że wejść do reprezentacji nie jest łatwo, bo decydują nie tylko umiejętności, ale i charaktery.

– I było w tym sporo prawdy. Miałem okazję grać ze starą gwardią na mistrzostwach Europy w Austrii. To była fantastycznie zgrana grupa, która praktycznie myślała tak samo, miała niemal identyczne podejście do życia, codziennych spraw. Miała też mentalność zwycięzców. Po ostatnich barażach z Niemcami wpadł mi w oko nagłówek artykułu w jednej z tamtejszych gazet. Znajdował się tam fragment wypowiedzi Karola Bieleckiego, że przed rewanżem nie miał ani sekundy zawahania, bo wiedział, że Polska wygra. Tak właśnie trzeba do wszystkiego podchodzić. Z wiarą i przekonaniem, że można góry przenosić.

Na koniec krótko o Panu: w nowym sezonie nadal będzie Pan grał na Węgrzech, ale w nowym klubie.

– Zgadza się, Csurgoi KK zamieniłem na Pick Szeged. W starej drużynie czułem się bardzo dobrze, ale zmiana to duży krok naprzód, nie tylko dlatego, że trafiłem z trzeciej do drugiej drużyny ligi. Pick Szeged to znakomita ekipa mająca w kadrze reprezentantów wielu krajów, obyta na międzynarodowej arenie, z perspektywami na sukcesy w Lidze Mistrzów. Nie chciałem ruszać się z Węgier, bo odnalazłem się tam i czuję jak w domu.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz