• Niedziela, 26 kwietnia 2026

    imieniny: Marzeny, Klaudiusza

Pewni politycy nie dorośli do funkcji, jakie sprawują

Sobota, 19 lipca 2014 (11:43)

Z posłem Prawa i Sprawiedliwości Kazimierzem Moskalem rozmawia Mariusz Kamieniecki

W związku z domniemaną korupcją w resorcie infrastruktury PiS wezwało władze PO i PSL do natychmiastowego zawieszenie w funkcjach publicznych oraz politycznych prominentnych posłów Zbigniewa Rynasiewicza i Jana Burego. W odpowiedzi mamy atak i kpiny pod Pańskim adresem ze strony politycznych kolegów posła Burego. Czy PiS, a zwłaszcza Pan ma fobię na punkcie Burego, jak twierdzą oponenci?

- Każdy mierzy swoją miarą. Staram się nikogo nie oceniać. Jeżeli już, to mam wstręt do przekrętów, nadużyć, wstręt do nieuczciwego funkcjonowania w życiu publicznym czy w życiu polityczno-biznesowym. Nie chodzi o mój stosunek do Jana Burego. Po prostu nie podobają mi się działania na styku polityki i biznesu, które w moim odczuciu są patologią. Społeczeństwo oczekuje uczciwości w życiu publicznym i ma do tego prawo, a my jako politycy powinniśmy zachować przynajmniej minimum umiaru i uczciwości w tym zakresie. Nie może być zatem przyzwolenia na zawłaszczanie przez kogoś pieniędzy publicznych i wykorzystywanie instytucji publicznych do ochrony swoich interesów czy znajomych. To jest patologia, z którą trzeba walczyć, i osobiście robię to od dawna. I nie dziwi mnie, że wielu ludziom może się to nie podobać. Uważam, że uczciwość w życiu publicznym to podstawa i tym się różnimy. Być może nie dojrzałem do czasów, gdzie obłuda, fałsz czy manipulacja są istotą życia i działania dla wielu osób, ale nie dla mnie.       

Powiedział Pan, że w życiu politycznym nie ma miejsca na nadużycia i patologie. Z czym zatem mamy do czynienia w przypadku liderów podkarpackich struktur PO i PSL?

- Jeżeli chodzi o Jana Burego, to ostatnie wydarzenia wcale mnie nie dziwią, natomiast jestem nieco zaskoczony, jeżeli chodzi o Zbigniewa Rynasiewicza. Z tego wynika jednak, że ludzie, którzy sprawują władzę, nie dorośli do pełnienia tak wysokich funkcji w państwie czy w polityce. Przecież nikt tych panów do tego nie zmuszał siłą. Ktoś, kto się podejmuje tak odpowiedzialnych zadań, powinien pamiętać, o czym mówi art. 104 Konstytucji RP, na którą, obejmując funkcję posłów, przysięgaliśmy wszyscy. Jeżeli ktoś do tego nie dorósł, to powinien zrezygnować z polityki, a zająć się np. uprawą ogródka. Władza nie jest po to, żeby dokonywać transferów wielkich pieniędzy dla siebie i swoich bliskich czy znajomych, przy okazji łamiąc prawo. Okazuje się jednak, że koalicja na Podkarpaciu, gdzie dominują Bury i Rynasiewicz, myśli inaczej. To, co widzimy w skali lokalnej, pokazuje, jak to wszystko za rządów koalicji PO - PSL funkcjonuje na szczytach władzy państwowej. Prędzej czy później społeczeństwo się obudzi i powie zdecydowane „nie” takim praktykom. To nie jest prywatny folwark. Władza oznacza odpowiedzialność, a nie dzielenie się łupami.  

Co tak naprawdę pokazują działania CBA i prokuratury wobec Rynasiewicza i Burego?

- Pokazują, że na Podkarpaciu mieliśmy czy też mamy do czynienia z parasolem ochronnym roztaczanym nad ludźmi interesu, a numerem jeden jest tu niewątpliwie poseł Jan Bury. Znając do tej pory nadużycia Burego i jego kolegów, można powiedzieć, że ten parasol ochronny służb specjalnych ciągle jest rozłożony. Do czasu, kiedy CBA, zresztą kolejny już raz, weszło do biura posła Burego czy też posła Rynasiewicza, wydawało mi się, że są ludzie nietykalni cieszący się swobodą działania. Zresztą z mównicy sejmowej kilkakrotnie to podkreślałem, wskazując na posła Jana Burego. Teraz przynajmniej mam nadzieję, zaczynam wierzyć, że instytucje kontrolne państwa mogą funkcjonować prawidłowo, a może nawet potrafią podjąć właściwe działania także w stosunku do osób, które pełniąc bardzo ważne funkcje w państwie: ministra czy szefa klubu parlamentarnego, dopuszczają się nadużyć i łamania prawa. Jeżeli żyjemy w państwie prawa, to nie może być świętych krów, a polityk powinien być jeszcze bardziej uczciwy niż przeciętny obywatel, powinien być przykładem. Powiem to jeszcze raz: nikt nikogo nie zmusza do aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym. Natomiast, jeżeli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy politykowi można więcej, bo wymiar sprawiedliwości daje na to przyzwolenie, takie przynajmniej można było odnieść wrażenie, to rzeczywiście może to być niepokojące. Jednak jakie mogą być zarzuty, tego nie wiem.     

Porozmawiajmy zatem nie o zarzutach, ale o nadużyciach tej władzy polityczno-biznesowej. Od lat śledzi Pan działalność posła Jana Burego, wielokrotnie też mówił Pan o jego powiązaniach z firmami kierowanymi przez ludzi PSL. Jakie to powiązania i co z nich wynika?

- Resorty gospodarcze, które podlegają PSL, są - można powiedzieć - bardzo przyjaźnie nastawione do biznesów, które pośrednio związane są z jedną z najważniejszych szarych eminencji PSL - Janem Burym. Ten prominentny polityk PSL, były wiceminister skarbu ma swoje udziały chociażby w firmie o nazwie Agro-Technika SA Oddział Praska Giełda Spożywcza w Ząbkach pod Warszawą. Oprócz tego ma udziały w rzeszowskiej firmie Makarony Polskie. W tej firmie ma udziały on, ale także Agro-Technika. Ponadto w Makaronach udziały ma także żona posła Burego, Urszula Rogóż-Bury. Oprócz tego, że do czerwca 2013 r. zasiadała w Radzie Nadzorczej Makaronów Polskich, bodajże od 2002 czy 2003 r., pracuje również w Agencji Rynku Rolnego. Jest to nieetyczne i niemoralne, że ARR, w końcu agencja rządowa podlegająca ministrowi rolnictwa, zawierała wielomilionowe kontrakty z firmą Makarony Polskie. W 2012 r. kontrakty te opiewały na sumę bodajże 16,7 miliona złotych, w 2011 r. było to 28 milionów złotych, a rok wcześniej ponad 14 milionów. Nic więc dziwnego, że te powiązania rodzinno-biznesowo-polityczne budzą uzasadniony społeczny sprzeciw. Kolejny związek dotyczy Agencji Rezerw Materiałowych, która podlega ministrowi gospodarki, obecnie Piechocińskiemu, a wcześniej Pawlakowi. Chodzi o kontrakt na przechowanie towarów na wypadek zagrożenia m.in. klopsików przez Makarony Polskie na sumę ok. 9 milionów złotych. Wcześniej, bo w 2008 r. za pośrednictwem Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości Makarony Polskie otrzymały ok. 2 milionów złotych na szkolenia, a kilkanaście milionów na wdrażanie procesów innowacyjnych. Transferowanie przez ministerstwa, którymi kierują ludzie PSL, środków publicznych dla firm, które w jakimś stopniu są zależne od posła Burego, musi budzić niepokój.

Ktoś może jednak powiedzieć: co w tym nadzwyczajnego, skoro prawnie wszystko jest w porządku, choć etycznie może nie do końca?  

- Zasady są zasadami i obowiązują wszystkich, a polityków w szczególności. Sprawa roztaczania parasola ochronnego, jeżeli chodzi o Makarony Polskie, to w mojej ocenie poważne nadużycie. W 2013 r. firma ta wypuściła do obrotu zafałszowany makaron Sorenti, oszukując konsumentów. Miał on powstawać z wysokiej jakości mąki semoliny, którą otrzymuje się z twardej pszenicy duru. Tymczasem powstawał ze zwykłej mąki, co powodowało, że był to produkt dużo gorszej jakości.  

Na czym polegało to - jak Pan twierdzi - oszustwo?

- Podkarpacki wojewódzki inspektor jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych Jerzy Wiśniewski, też z PSL, zamieszany w aferę korupcyjną związaną z byłym marszałkiem Podkarpacia Mirosławem Karapytą i niedawno odwołany ze stanowiska, na początku 2013 r. przeprowadził kontrolę, w wyniku której stwierdzono, że na rynek został wprowadzony towar zafałszowany przez firmę Makarony Polskie. Zostało wszczęte postępowanie, w wyniku którego WIJHARS podjął decyzję odnośnie do przemetkowania tego fałszywego towaru, a z drugiej strony wszczęte zostało postępowanie dotyczące nałożenia kary. Maksymalna kara mogła wynieść nawet ponad 13 milionów złotych. Tymczasem okazało się, że wszczęta procedura nałożenia kary została umorzona czy też wstrzymana oczywiście ze względów formalnoprawnych przez głównego inspektora jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych, który podlega też ministrowi rolnictwa, a więc z PSL. To tylko przykład, jak parasol ochronny nie tylko prokuratury, sędziów czy innych organów kontrolnych roztacza się nad posłem Burym i interesami firm, w których ma udziały. Powstaje pytanie, czy wszystkie firmy, które dopuszczają się zafałszowania jakiegoś towaru, na które nakłada się kary, są traktowane w podobny sposób. Nie może być tak, że bardziej od konsumenta jest chroniona firma powiązana z ludźmi PSL. W mojej ocenie, są to ewidentne dowody nadużyć, stawiania się ponad prawem i wykorzystywania dla swoich interesów różnych instytucji. Pytania w formie interpelacji, jakie stawiam do ministra rolnictwa, pozostają albo bez odpowiedzi, albo są one bardzo lakoniczne.

Pod lupą CBA i prokuratury znaleźli się jednak nie tylko Rynasiewicz i Bury…

- Owszem. Jednym z nich jest Bogusław Płodzień, który był już dyrektorem biura poselskiego Jana Burego, zasiada też w Podkarpackim Zarządzie Wojewódzkim PSL. W 2012 r. Płodzień wraz z dwoma innymi osobami nabył spółkę córkę tarnowskich Azotów, Zakład Wykonawstwa Remontów i Inwestycji (ZWRI). Są przypuszczenia, że kontrakt ten był nieuczciwy, bo Płodzień i spółka kupili tę firmę za dywidendę i zyski z lat poprzednich. Wobec tych przypuszczeń skierowałem zapytanie do premiera Tuska i do ministra skarbu. Dodam może, że firma ta, która ma ponoć niewielki kapitał zakładowy w wysokości ok. 2,5 miliona złotych, w 2013 r. otrzymuje 40 milionów złotych dotacji z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, który w dużej mierze jest zarządzany przez ministra gospodarki też z PSL. To wywołuje oburzenie, niechęć i - co tu dużo mówić - jest nie do przyjęcia. To jednak nie koniec, bo Bogusław Płodzień, który jest udziałowcem spółki ZWRI w Tarnowie, pełni od ok. roku funkcję prezesa działającej w Rzeszowie Fundacji Innopolis. Wspiera ona realizację projektu, który od 2010 r. realizuje poseł Jan Bury. Chodzi o Forum Innowacji, odłam Forum Ekonomicznego w Krynicy. Początkowo organizacją zajmował się Zygmunt Berdychowski, który jest szefem m.in. Fundacji Instytut Studiów Wschodnich, który organizuje Forum Ekonomiczne, natomiast od tego roku tą organizacją zajmuje się wspomniana Fundacja Innopolis. Jest to zatem biznes, który Bury i Płodzień uskuteczniają, natomiast niepokojące jest to, jakich mają partnerów: agencje, ministerstwa czy inne instytucje, które dofinansowują to dzieło. Do tego trzeba jeszcze dodać, że Bogusław Płodzień zasiadał również w spółce Skarbu Państwa - Przedsiębiorstwie Handlowo-Usługowym Global Tur w Bogatyni, chociaż w 2006 r. dostał wyrok sądowy za to, że sfałszował dokumenty, które dawały mu uprawnienia zasiadania w radach nadzorczych spółek. To pokazuje, że Jan Bury obsadzał swoich ludzi, zresztą nie tylko Bogusława Płodzienia, w różnych spółkach, także w energetyce, za którą jako wiceminister w resorcie skarbu odpowiadał.

Jak to było z tą energetyką?

- Także tu pojawiają się koledzy Burego, jak chociażby jego dobry kolega jeszcze ze Związku Młodzieży Wiejskiej Zenon Daniłowski, który jest obecnie szefem Makaronów Polskich, a wcześniej zasiadał w Zarządzie Elektrowni w Kozienicach, gdzie bez procedur przetargowych otrzymał kontrakt na ponad 140 milionów złotych za dostarczanie do elektrowni biomasy importowanej zza wschodniej granicy. To kolejny dowód na to, jak Bury jako osoba decyzyjna potrafił zabezpieczać swoich znajomych. Zresztą za sprawą Burego spółki czy stowarzyszenia zajmujące się energetyką, zwłaszcza gdy chodzi o energię wiatrową, powstawały także na Podkarpaciu, gdzie firmy próbują ulokować swoje interesy. Znamienny jest chociażby przykład spółki Mega, którą kierował kolejny znajomy Burego z lat szkolnych Jerzy Skomra, gdzie kilka lat temu w wyniku pewnych procedur firma PGE Energia Odnawialna ostatecznie straciła kilkadziesiąt milionów złotych. Miały powstać wiatraki, które nie powstały, rozpłynęły się także pieniądze. To przykłady kolejnych nadużyć, które swoim nazwiskiem spina poseł Bury.

Zapowiedział Pan, że o swoich podejrzeniach poinformuje CBA i prokuraturę?

- To prawda. Jednak najpierw chciałbym wykorzystać wszystkie instrumenty, jakie przysługują mi jako posłowi. Chcę wyczerpać tę drogę, co zresztą robię, informując także premiera czy odpowiednich ministrów, ale pomimo moich uwag, zapytań ministrowie nie odpowiadają. Tak było chociażby w związku ze wspomnianą już wcześniej karą nałożoną na Makarony Polskie, ale premier Tusk nie raczył odpowiedzieć, co uczynił zresztą w sposób niezadowalający Tadeusz Nalewajk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Tymczasem jestem przekonany, że mamy do czynienia z nadużyciami i nieprawidłowościami, co jest podstawą do skierowania sprawy do CBA, możliwe, że również do prokuratury. Prawdopodobnie będzie też wniosek do NIK. Ponadto czekam na odpowiedź w sprawie sprzedaży córki spółki tarnowskich Azotów, Zakładu Wykonawstwa Remontów i Inwestycji, wspomnianemu już Bogusławowi Płodzieniowi i w sprawie 40 milionów dotacji z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Jak skomentuje Pan brak reakcji premiera Tuska na wydarzenia, których bohaterami są poseł Bury i wiceminister Rynasiewicz?

- W moim odczuciu i w ocenie PiS czystość i przejrzystość życia publicznego jest sprawą podstawową i nasze żądania czy oczekiwania w kwestii przynajmniej zawieszenia obu tych polityków w czynnościach czy też w pełnieniu funkcji publicznych do czasu wyjaśnienia sprawy są minimum tego, co wobec zaistniałej sytuacji powinien zrobić szef rządu. Chyba że premier Tusk i wicepremier Piechociński mają inne standardy? Zresztą, jeżeli osoby bezpośrednio zainteresowane, a więc Jan Bury i Zbigniew Rynasiewicz, uważają się za osoby odpowiedzialne, uczciwe, mają honor i nadal chcą działać w życiu publicznym, to w obliczu działań CBA i prokuratury same powinny podjąć właściwą decyzję. Przedłużanie tej sytuacji czy trwanie w uporze zarówno premiera Tuska, wicepremiera Piechocińskiego, jak i samych zainteresowanych i próba PR-owskiego rozegrania całej tej sprawy świadczą o tym, że pewni ludzie nie dorośli do funkcji, jakie sprawują.                        

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki