Legia blisko kompromitacji
Środa, 16 lipca 2014 (22:54)Piłkarze Legii Warszawa zaledwie zremisowali z irlandzkim St Patrick’s Athletic 1:1 (0:1) w pierwszym meczu 2. rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów. Ten wynik to mała kompromitacja, przed całkowitą gospodarzy uratował Miroslav Radović, zdobywając wyrównującego gola w ostatnich sekundach regulaminowego czasu gry.
Dwa, cztery, a może siedem? Przed meczem z półamatorami z St Patrick’s Athletic kibice Legii zastanawiali się tylko, jak wysoko zwyciężą ich ulubieńcy. Co do tego, że wygrają, i to przekonująco, wątpliwości nie mieli żadnych. Trener Henning Berg co prawda przestrzegał, mówiąc, że Irlandczycy potrafią grać w piłkę, ale wszyscy spodziewali się spotkania miłego, łatwego i przyjemnego.
Mistrzowie Polski zaczęli dość obiecująco, w pierwszych minutach uzyskując sporą przewagę. Nie stworzyli żadnej sytuacji, ale wydawało się, że te są tylko kwestią czasu. W 13. minucie Berg musiał dokonać pierwszej zmiany: Orlando Sa ucierpiał w jednym ze starć i nie był w stanie kontynuować gry. Zastąpił go Marek Saganowski. Mijały kolejne minuty, a goście poczynali sobie coraz śmielej. Zobaczyli, że nie taki wilk straszny i zaczęli zapuszczać się w pobliże pola karnego legionistów.
W 29. minucie Killian Brennan zaskakująco uderzył z dystansu i gospodarzy przed katastrofą uratowała tylko świetna interwencja Dušana Kuciaka. Dziewięć minut później Irlandczycy sensacyjnie objęli prowadzenie: po pięknej, zespołowej akcji kompletnie wyprowadzili w pole warszawskich defensorów, piłkę otrzymał stojący kilka metrów przed bramką Christy Fagan i nie dał szans Kuciakowi. Chwilę potem legioniści mogli zostać znokautowani, ale uratował ich Inaki Astiz, wybijając piłkę z linii bramkowej.
Tuż przed przerwą mógł być jednak remis: Helio Pinto pięknie przymierzył z rzutu wolnego, ale trafił w poprzeczkę. Pierwsza połowa nie napełniała optymizmem nie tylko z powodu wstydliwego wyniku. Fatalna była przede wszystkim gra Legii, rażącej bezradnością szczególnie w ofensywie. Po piłkarzach mistrza Polski nie było widać jakiejś pasji, żądzy wygrania za wszelką cenę, maksymalnego zaangażowania. Tak, jakby liczyli, że rywale się przed nimi położą i poproszą o łagodny wymiar kary.
W drugiej połowie oczywiście zaatakowali, jednak nadal wyglądali fatalnie. Próbowali strzałów z dystansu (Michał Żyro), które lądowały daleko w trybunach. Próbowali indywidualnych szarż (Jakub Kosecki), kończących się na drugim rywalu. Machali rękoma (Miroslav Radović) ze zniecierpliwienia, co oczywiście niczego nie zmieniało poza rosnącą frustracją. W końcu jednak padł gol wyrównujący: w pierwszej minucie doliczonego czasu gry Ondrej Duda znalazł w polu karnym Radovicia, który trafił na 1:1. Mistrzowie Polski uniknęli zatem całkowitego blamażu, ale ten wynik to i tam ogromny powód do wstydu. W rewanżu wcale nie musi być lepiej.
Piotr Skrobisz