• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Spirala kłamstw

Środa, 29 sierpnia 2012 (06:07)

Z Ewą Błasik, żoną gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, który zginął w katastrofie smoleńskiej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler



Otworzyła Pani w dęblińskiej Szkole Orląt wystawę poświęconą Pani mężowi.
- Tak. W piątek byłam w Dęblinie na ostatecznym zaakceptowaniu i otworzeniu wystawy o moim mężu. Następnego dnia, w sobotę, lotnicy VI Światowego Zjazdu Lotników Polskich oglądali te wystawione po mężu pamiątki, mundury, kombinezony, szable, zdjęcia. Czytali jego życiorys, informacje o osiągnięciach i zasługach. Jak mi mówiono, było wiele wzruszających wspomnień i łez... Bardzo się cieszę, że taka wystawa mogła zostać otworzona w lotniczym Dęblinie. Mój mąż właśnie tam skończył liceum lotnicze i był absolwentem Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej, której w późniejszych latach został komendantem-rektorem. Obowiązki pełnienia tego zaszczytnego stanowiska po moim mężu objął pan gen. bryg. pil. Jan Rajchel, obecny komendant-rektor Dęblińskiej Szkoły Orląt. Generał Rajchel od pierwszych dni katastrofy otacza naszą rodzinę troskliwą opieką i jak przystało na prawdziwego oficera i generała, w należyty sposób dba o pamięć poległego na służbie swojego dowódcy. Wystawę można oglądać na Wydziale Lotnictwa tej szkoły i będzie otwarta do 10 października. Wtedy, w dniu inauguracji roku akademickiego w tej Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych, zostanie odsłonięta tablica poświęcona pamięci mojego męża, którą już można oglądać na tej wystawie. Część wystawy po jej zamknięciu w Dęblinie zostanie przewieziona do sanktuarium w Leśnej Podlaskiej, gdzie 13 października o godz. 13.00 odbędą się u Ojców Paulinów uroczystości związane z 50. rocznicą urodzin mojego męża.


Podczas uroczystości odsłonięcia wystawy doszło jednak do pewnego incydentu, w pewnym sensie Pani wizerunek został wykorzystany do reklamy publikacji szkalującej Pani męża.
- To prawda. Nikt do tej pory z byłych absolwentów dęblińskiej Szkoły Orląt w tak podstępny sposób, patrząc mi prosto w oczy, nie wyrządził takiej przykrości. W piątek w Dęblinie dopinaliśmy wszystko przed wystawą o Andrzeju, zdyszany Sławomir Orłowski - którego kiedyś poznałam, bo był z promocji mojego męża - wręczył mi książkę swojego autorstwa pt. "Pokolenia dywizjonu 303. Od gen. Skalskiego do gen. Błasika". Okładka mi się spodobała, była wymowna. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że pojawia się książka, w której opisana jest prawda o moim mężu. Przywitałam się z nim ciepło, ale zdziwił mnie fakt, że jeden z kilku mężczyzn, z którymi wszedł, cały czas robił mi zdjęcia. W pewnej chwili zapytałam: "A ty nie jesteś jakimś agentem?". Pamiętałam, że studia w tej szkole kończył na kierunku politycznym. Na to pytanie odparł: "Ty też jesteś agentem". Najbardziej zmroziło mnie jedno, krótkie zdanie: "To wszystko przez Parulskiego". W drodze powrotnej do domu zaczęłam czytać tę książkę. Okazało się, że jest ona pełna kłamstw, zasłyszanych plotek, pomówień i fantazji niemających nic wspólnego z rzeczywistością. To jest po prostu paszkwil na mojego męża, prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ministra obrony Aleksandra Szczygłę. On ich wszystkich brutalnie oszkalował.


Co Pani konkretnie ma na myśli?
- W większości to, co on w tej książce napisał, to stek wierutnych kłamstw. Dla mnie i moich dzieci to kolejny szok po 10 kwietnia, że ten człowiek miał nie tylko czelność kłamać na temat mojego nieżyjącego męża, ale i niebywały tupet, by uroczyście mi tę swoją książkę wręczać w miejscu, gdzie obok nas stały mundury męża i wisiały chlubne sztandary. Ten człowiek najprawdopodobniej pragnie, żerując na śmierci mojego męża, dokładnie tak jak wielu innych, nieuczciwych oficerów po smoleńskiej katastrofie - kłamstwami wypromować swoją osobę.


Które konfabulacje najbardziej Panią dotknęły?
- Przede wszystkim totalną bzdurą jest, jakoby mój mąż miał szykować się na stanowisko NATO-wskie do Norfolk, to były tylko medialne spekulacje. Prawda jest taka, że nikt mężowi nie złożył takiej propozycji. Poza tym autor tej haniebnej książki na podstawie fragmentów rozmów między załogą tupolewa z 10 kwietnia 2010 r., które wziął ze stenogramów, stworzył własną, niemającą nic wspólnego z prawdą historyjkę. Pisze, że przed wylotem doszło na Okęciu do rozmowy męża z prezydentem Kaczyńskim, podczas której prezydent pytał go, czy zdecydował się na stanowisko w Norfolk. Zacytuję tu fragment, który jest szczytem bezczelności. Mój mąż miał odpowiedzieć: "Jestem wdzięczny panu prezydentowi za zaufanie i przygotowałem już raport w tej sprawie". W książce prezydentowi włożono w usta frazę: "To proszę przekazać dokumenty w tej sprawie ministrowi Szczygle, który będzie leciał z nami - potwierdził dalszą procedurę awansu prezydent Kaczyński". Byłam w szoku, gdy to czytałam, bo z książki wynika, że mój mąż był jakimś karierowiczem, który - jak insynuuje autor - awansował za lojalność. Mało tego, stwierdza, że ja byłam w zażyłych stosunkach z pierwszą damą Marią Kaczyńską i dlatego kariera męża była tak szybka. Proszę posłuchać, co dalej pisze o owej rozmowie męża z prezydentem: "Z otwartego okienka kabiny załogi Tu-154 dobrze było słychać tę rozmowę. W kokpicie słyszeli ją wszyscy i domyślali się, o co chodzi. Dwaj piloci, nawigator i mechanik pokładowy spojrzeli wymownie na siebie i pokiwali głowami. A więc stało się - dowódca odlatuje "za Wielką Wodę". Za Wielką Wodę na czterogwiazdkowego generała". Piloci tupolewa, wypowiadając te słowa, w stenogramach opowiadali zasłyszane medialne plotki i spekulacje oderwane od rzeczywistości. Na tym jednak się nie kończy. Orłowski pisze dalej, że w saloniku generalskim minister Szczygło złożył mężowi pierwsze nieformalne gratulacje dla przyszłego czterogwiazdkowego generała. Autor będzie musiał się wytłumaczyć, skąd ma takie informacje. Tym bardziej że pisze kolejną nieprawdę, jakoby Andrzej do mnie dzwonił i mówił, że jedziemy do Stanów. Nie warto przywoływać tu wszystkich kłamstw, które padają w tym paszkwilu. Wystarczy tylko dodać, że można tu przeczytać, iż przed kokpitem stał generał Tadeusz Buk, a mój Andrzej tłumaczył mu rzekomo mechanizację skrzydła i wchodził do kokpitu. "Samolot właśnie obniżał lot. Tylko zamglona przestrzeń za oknami wzbudziła niepokój generała. To było jednak nieważne" - pisze bezczelnie Orłowski. Ktoś, kto będzie to czytał, pomyśli, że taka rozmowa faktycznie miała miejsce. To perfidne kłamstwa. Nie zdziwiłabym się, gdyby ta książka powstała na zamówienie jakichś służb specjalnych. Być może tych samych służb, które szukały tzw. haków za życia mojego męża, o których wspomina w książce sam autor.


Znała Pani wcześniej autora tej publikacji?
- Niewiele o nim wiem, nie miałam z nim styczności. Sam podaje się za dziennikarza zajmującego się tematyką lotniczą. Pytałam o niego różnych ludzi. Wszyscy, z którymi rozmawiałam, mówią, że to ambitny i bezwzględny politruk. W swojej książce z szacunkiem przywołuje Anodinę, mówi o niej pani generał pilot Tatiana Anodina. Pisze, że dzięki rzekomemu zdiagnozowaniu alkoholu we krwi męża Rosjanie "otrzymali doskonałą okazję do pokazania światu prawdziwego oblicza polskich elit". Twierdzi ponadto, że na miejscu katastrofy znaleziono dokumenty Andrzeja z uczelni wojskowych w Polsce, Holandii i USA, gdzie studiował. Autor książki insynuuje, że prezydent Kaczyński już podjął decyzję, że Andrzej będzie leciał do Stanów i dlatego mąż wziął na pokład tupolewa potrzebne dokumenty do podpisania. Autor tego paszkwilu sądzi, że mój mąż zrobił wszystko, by zadowolić prezydenta, i sugeruje, że do tragedii doszło przez męża. Być może Sławomir Orłowski pracuje dla rosyjskich służb specjalnych, bo powtarza w książce tezy MAK? Nie wiem, kto za tym stoi, ale w normalnym państwie służby specjalne zainteresowałyby się takim delikwentem, a ja i moja rodzina bylibyśmy w jakimś elementarnym zakresie chronieni przed takimi atakami.


W pewnym sensie została Pani "użyta" do reklamy tej publikacji.
- Myślałam, że jest to książka prawdy i w dobrej wierze ją przyjęłam. Nasze spotkanie było jednak fotografowane. Uwieczniono więc przekazanie mi tej publikacji. Ten fotograf zrobił mi dużo zdjęć, gdy ją przyjmowałam. Boję się teraz, że będzie wykorzystywał zdjęcia z naszej rozmowy do uwiarygodniania kłamliwych tez zawartych w tej książce. Ciekawe w ogóle, skąd miał informacje, że przyjadę w piątek do Dęblina, bo o otwarciu wystawy wiedziało tylko wąskie grono przyjaciół.


Ta książka była kolportowana wśród uczestników VI zjazdu lotników?
- Niestety, tak. Orłowski sprzedawał ją im w Dęblinie. Udało mi się jednak powiadomić wielu z nich, by jej nie kupowali, gdyż zawarte są w niej kłamstwa i oszczerstwa. Chcę zaapelować z łamów "Naszego Dziennika", by tej książki nie kupować, bo jest bez wartości. Seniorzy lotnictwa z Kanady, USA, Wielkiej Brytanii zapewniali mnie jednak, że od początku nie wierzyli w kłamstwa o moim mężu rozpowszechniane po katastrofie smoleńskiej. Wspominaliśmy nasze wspólne spotkania, bo wcześniej byłam z mężem w Londynie na spotkaniu z tymi lotnikami, towarzyszył nam wtedy śp. pan prezydent Ryszard Kaczorowski. Cieszę się, że zostało zorganizowane spotkanie tych lotników ze mną, bo mogłam przekazać im prawdę dotyczącą śledztwa smoleńskiego. Mówiłam im, jak mąż bardzo został skrzywdzony, żeby wiedzieli, gdzie leży prawda, bo słuchając mediów, czasami nikt nie wie, co ma tak naprawdę myśleć i sądzić. Wiele z tych osób znało jednak Andrzeja, traktowało go jako swojego dowódcę i szanowało. On zaś ich zawsze wspierał i starał się pomagać.


Ale nie tylko weterani lotnictwa pielęgnują pamięć o Pani mężu.
- To prawda. Od wielu szczerze życzliwych osób dostaję wsparcie, a także propozycje patronowania różnym wydarzeniom. W najbliższym czasie, bo już w sobotę, 1 września, o godz. 9.00 na placu Piłsudskiego będę otwierała Rajd Katyński. Poprosił mnie o to pan prezes Wiktor Węgrzyn. To dla mnie wielki zaszczyt i przyjemność.


Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler