• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Wszystko na jedną szalę

Środa, 29 sierpnia 2012 (06:06)

Z Damianem Janikowskim, brązowym medalistą olimpijskim w zapasach, rozmawia Piotr Skrobisz



Kilkanaście dni po zakończeniu zmagań w Londynie nadal odczuwa Pan olimpijskie emocje czy już opadły?
- Opadły szybko, tuż po powrocie do domu. Ale cały czas żyję igrzyskami, udzielam wywiadów, goszczę w telewizjach, jestem bez przerwy zabiegany.


Wiele osób wzruszyło się, widząc Pana łzy podczas ceremonii wręczania olimpijskiego medalu. Jest aż tak cenny?
- Jest. Pomyślałem wtedy, ile lat ciężkiej pracy mnie kosztował, ile musiałem znieść i poświęcić, by w ogóle znaleźć się w Londynie. Pomyślałem też, że wywalczyłem coś, co zostanie ze mną do końca życia. Niezwykłe uczucie, pewnie stąd te łzy. Niektórzy może dziwili się, widząc je w oczach wielkiego faceta, ale nie wstydzę się.


Przed wyjazdem do Londynu nie znajdował się Pan na liście żelaznych faworytów do medalu, funkcjonował raczej jako kandydat do sprawienia niespodzianki.
- I dobrze.


Odpowiadała Panu taka rola?
- Pewnie. Wie pan, jak to jest z faworytami, jaka spoczywa na nich presja i bagaż oczekiwań. Ja wolę pozostać skromny, atakować z ukrycia.


Co pamięta Pan z dnia swojego startu?
- Wszystko, dokładnie. Rozgrzewkę, walki, co robiłem, z kim i o czym rozmawiałem, w jaki sposób się motywowałem. To chwile, które same kodują się w pamięci.


Skupmy się zatem na motywacji. Jak pobudzał się Pan do walk?
- Skupiam się tylko i wyłącznie na najbliższej i rywalu, którego mam do pokonania. Na jego sposobie i stylu walki, technikach, które mam zamiar wykonać, by przechylić szalę na swoją stronę. Przekonuję się, że jestem lepszym od niego zawodnikiem, sprawniejszym, silniejszym, że mogę i muszę go pokonać. Wychodząc na matę, zostawiam stres poza nią, nie denerwuję się. W Londynie ciśnienie podskoczyło mi tylko raz, w pojedynku o brąz. Gdybym go przegrał, zostałbym bowiem z niczym, na najgorszym dla sportowca czwartym lub piątym miejscu.


Kiedy uwierzył Pan, że może zdobyć olimpijski medal?
- Dopiero w Londynie. Nigdy nie zawieszam sobie medalu na szyi przedwcześnie, bo wiem, że w sporcie wszystko może się zdarzyć i nie ma murowanych faworytów, pewniaków do podium. Każde zawody są inne, można trafić na przeciwnika teoretycznie niżej od siebie notowanego, ale kompletnie nam nieleżącego, można mieć słabszy dzień, tak po ludzku. W Londynie moja wiara rosła po każdym wygranym pojedynku, ale w żadnym momencie nie poczułem, że medal jest już mój. No, może w końcówce walki o brąz z Meloninem Noumonvi, gdy wyniosłem go z parteru, wtedy oczyma wyobraźni ten krążek zobaczyłem. Cały czas jednak zachowałem koncentrację, bo pozostało jeszcze kilka sekund starcia, a w zapasach to całkiem sporo. Nawet w ostatniej można przegrać wygraną walkę.


Dlaczego aż 16 długich lat musieliśmy czekać na olimpijskie podium polskiego zapaśnika?
- O, to nie do mnie pytanie, trzeba by raczej zapytać kogoś z ministerstwa sportu, które przecież nim zawiaduje. W zapasach, ogólnie, sytuacja od lat jest trudna, by nie powiedzieć - bardzo trudna. Kluby się rozpadają, nie mają pieniędzy, miasta im nie pomagają, państwo też. Młodzież nie chce trenować, poniekąd nawet to rozumiem. Jak bowiem zachęcić kogoś do uprawiania trudnej dyscypliny, gdy zajęcia odbywają się w rozsypujących się salach, w których zimą panują temperatury tylko trochę wyższe niż na zewnątrz. Poza tym zapasy to nie piłka nożna, nie da się z nich wyżyć. Owszem, mistrzowie, zawodnicy z numerem pierwszym, osiągający sukcesy na arenie międzynarodowej, jakoś wiążą koniec z końcem, ale gdy się jest trzecim, a nawet drugim, ciężko to robić. Znam chłopaków, którzy martwią się, że jadą na dwutygodniowe zgrupowanie, a po powrocie do domu nie będą mieli za co kupić sobie jedzenia, bo przez ten czas nie pracowali i nie zarabiali. Zapasy są biedne, szkolenie młodzieży szwankuje, a to ona przecież jest fundamentem, na którym się potem buduje. Kiedy ktoś ma 18-20 lat, musi zdecydować: nadal trenować, czyli brnąć w niepewne, czy pójść do pracy - i raczej stawia na stabilizację.


A czemu Pan został przy sporcie, wybrał tę bardziej ryzykowną drogę?
- Gdybym powiedział, że było łatwo, skłamałbym. Nie było. Na szczęście mam grono znajomych, przyjaciół, byłych zapaśników, trenerów, działaczy, którzy mnie w różnych momentach wspierali i służyli mi pomocą. Gdyby nie oni, nie wiem, jak ułożyłaby się moja przyszłość. Pamiętam dobrze czasy, gdy rano mocno trenowałem, po południu podobnie, a wieczorem szedłem do pracy, by zdobyć pieniądze na dalsze uprawianie sportu. Nie na rozrywki i przyjemności, tylko na treningi, wyjazdy na obozy.


Zapasy to najpiękniejszy sport?
- Jasne (śmiech).


Co Pana w nich urzeka?
- Wszystko.


A dokładniej?
- Fascynuje mnie cała mechanika tego sportu. Jest szalenie wszechstronny, ogólnorozwojowy. Treningi nie ograniczają się do maty i wyciskania kilogramów na siłowni. Biegamy, pływamy, jeździmy na nartach. Siła jest oczywiście bardzo ważna, ale równie istotna jest technika, akrobatyka, musimy być przecież bardzo rozciągnięci, wygimnastykowani. Trzeba wszystko po troszku umieć i połączyć w całość, by zostać dobrym zawodnikiem.


Na igrzyskach, w drodze po medal, rywalizował Pan z przeciwnikami, ale wychodzi na to, że wcześniej walczył Pan przede wszystkim z samym sobą. Zgadza się?
- Zgadza. Pierwsze lata treningów są ciągłą walką z sobą, próbą radzenia sobie z presją, oczekiwaniami. Trzeba przegrać wiele walk, nauczyć się pokory i dystansu. A treningi są tak samo ciężkie, nie ma zmiłuj. Wiele osób, które przychodziły na salę, nie wytrzymywało nawet dziesięciu minut pracy na takiej intensywności, na jakiej ja haruję przez dwie godziny. Taka jest jednak cena, którą trzeba zapłacić, marząc o sukcesach. Nie ma gwarancji, że uda się je osiągnąć, ale nie ma też innego sposobu, by się przekonać. Nie ma drogi na skróty. Sport oznacza rezygnację z życia osobistego, wielu przyjemności, rozrywek. Do tego dochodzi, w moim przypadku, ciągłe robienie wagi, zbijanie jej do odpowiedniego poziomu, odchudzanie się, dieta. Kto to wszystko przetrwa, wychodzi na prostą. Niekoniecznie nawet musi zostać mistrzem, ale dostaje dobrą lekcję życia, lekcję charakteru, pomocną na co dzień.


Ile kosztował Pana medal z Londynu?
- Poświęciłem wszystko, by go zdobyć. Był owocem dwunastu lat ciężkiej pracy. Nawet jako nastolatek wyprowadziłem się od rodziców i zamieszkałem z babcią, by być bliżej sali treningowej.


Ma Pan swoje sportowe motto?
- Często się śmieję i tłumaczę, że trening bez krwi nie popłaca. Bez bólu, cierpienia. Wtedy czuję, że żyję, że zrobiłem dobrze to, co zrobić miałem. Że nie odpuściłem. Trenerzy często powtarzali mi, że im ciężej na zajęciach, tym łatwiej na zawodach. Prawda.


Zmienił coś w Pana życiu olimpijski sukces?
- Nie, wszystko zostało po staremu, poza tym, że mam dużo mniej czasu dla siebie i jestem bardziej zmęczony. Ja się jednak nie zmieniłem i nie zamierzam.


Co dalej? Myśli Pan już o kolejnych igrzyskach w Rio?
- Spokojnie, spokojnie, aż tak daleko w przyszłość nie wybiegam. Choć, jeśli zdrowie pozwoli, chciałbym oczywiście tam pojechać i znów stanąć na podium. Taki mam plan. A po drodze byłoby miło zdobyć medale mistrzostw świata i Europy. To cele na kolejne cztery lata.


Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz