• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Polak wśród Indian

Wtorek, 8 lipca 2014 (19:11)

Ojciec Beniamin Remiorz SVD jest misjonarzem w Paragwaju, gdzie posługuje wśród Indian. – Mieszkając wewnątrz wspólnot, zachowywaliśmy się jako goście, jako ludzie, którzy zostali posłani, by dialogować, by się czegoś nauczyć, by podzielić się tym, co dobre, by walczyć z tym, co przynosi śmierć, i w ten sposób okazywać Miłość, jaką Bóg obdarza całą ludzkość i która jest motorem i celem ostatecznym wszystkich naszych poczynań – wyjaśnia o. Beniamin.

Ojciec Beniamin pochodzi z Górnego Śląska. Już jako młody chłopak był ministrantem, jeździł na różne pielgrzymki. – Rodzina, życie parafialne, pielgrzymki, literatura oraz przemyślenia osobiste zrodziły i dały początek mojemu powołaniu do życia zakonnego – mówi i dodaje od razu, że początkowo nie rozgłaszał chęci zostania kapłanem nikomu.

– Podzieliłem się moimi zamierzeniami tylko z klerykiem z Wyższego Seminarium Diecezjalnego w Nysie z mojej parafii. On też towarzyszył mi w odwiedzinach werbistowskiego domu Świętego Krzyża w Nysie, gdzie udzielono mi informacji na temat życia zakonnego i misyjnego. W domu myśleli, że pojechałem do Opola, by załatwiać wyższe studia budowlane – opowiada o. Beniamin, dodając, że ten pierwszy kontakt był decydujący, jeżeli chodzi o to, gdzie i do jakiego seminarium ma wstąpić.

– Było dla mnie jasne, że chcę być w zgromadzeniu misyjnym i wyjechać na misje. Myśląc, że studia w seminarium rozpoczynają się jak na innych uniwersytetach, w październiku, nie spieszyłem się z napisaniem podania o przyjęcie mnie do zgromadzenia. Napisałem list do prowincjała w połowie sierpnia i ku mojemu zdumieniu odpowiedział mi telegramem, bym natychmiast przyjechał do Pieniężna z resztą niezbędnych dokumentów. To spowodowało szok w rodzinie. Mama otworzyła telegram i skończył się sekret. Był to dzień urodzin mego Ojca – mój „prezent urodzinowy” – opowiada o. Beniamin.

 Misjonarz

Kolejny upominek urodzinowy werbista zgotował mamie. Już na drugim roku studiów został wysłany do Paragwaju, gdzie kontynuował naukę. – Pozwolono mi pojechać do domu rodzinnego, by poinformować o tak wczesnym wyjeździe na „misje”. Pamiętam, że były to urodziny Mamy, 12 marca 1983 r., kiedy to zawiozłem ten nowy „prezent” do domu – wspomina.

Pół roku później alumn opuścił ojczysty kraj, by rozpocząć na „poważnie misyjną przygodę życia”. – Można powiedzieć, że moje przeznaczenie misyjne do Paragwaju było przypadkowe, jako że była taka oferta na dalsze studia, aczkolwiek zawsze marzyłem, by pracować w Ameryce Południowej, i o ile byłoby to możliwe, wśród Indian – wyznaje.

Po skończonych studiach i święceniach kapłańskich ojciec Beniamin pracował wśród młodzieży i dzieci. – Od 10 marca 1990 r. rozpocząłem nowy etap w życiu misyjnym, wreszcie spełniły się moje marzenia i zostałem przeznaczony do pracy duszpasterskiej na Misji Indiańskiej wśród Indian Ache, których poznałem na wakacyjnych praktykach misyjnych. Prosiłem radę prowincjalną, by mi pozwolili pobyć wśród nich przynajmniej dziesięć lat. Od tego dnia minęło już 21 lat i ciągle jestem wśród nich – podkreśla, dodając, że stara się być dla tych, wśród których posługuje jako brat, wysłannik Chrystusa.

Zgromadzenie Słowa Bożego to jedna z nielicznych organizacji, dzięki którym Indianie Ache zdołali przeżyć kryzys kontaktu z białą, jakże agresywną i niszczącą cywilizacją. Dziś to plemię-naród wróciło do liczby członków, która zapewnia im przetrwanie jako rasa ludzka, i szuka swego miejsca w aktualnej sytuacji socio-politycznej kraju, jak również religijnej. Chrześcijaństwo dowartościowało ich kulturę i pomogło odkryć im i nam, że wierzymy w tego samego Boga, Stwórcę świata i ludzkości. – Mam nadzieję, że jeszcze przez kilkanaście lat będę mógł służyć im jako kapłan, dzieląc się z nimi wiarą, moimi radościami i troskami i dzieląc ich radości i troski każdego dnia – mówi kapłan.

Uczyli go zwyczajów

Misjonarz opowiada, że kiedy rozpoczynał pracę wśród Indian, dużo czasu poświęcał na naukę języka. – Towarzyszyłem w ich życiu rodzinnym i wspólnotowym. nie rozumiejąc prawie nic i nie mogąc powiedzieć słowa. Wiele razy na pewno wyskoczyłem z czymś jak filip z konopi. W nauce języka pomagały mi dzieci, które zawsze były w pobliżu i nie pozwalały, bym czuł się osamotniony. One też przekazywały wiadomości na mój temat. Takim to sposobem wszyscy wiedzieli, co działo się na misji, tak jak w prawdziwej rodzinie. One też były moimi adwokatami przed starszymi – mówi werbista.

Po jakimś czasie Indianie zaprosili swojego księdza na polowanie i zbieractwo w buszu. Stało się to dopiero w momencie, kiedy wiedzieli, że może żyć jak oni. Wtedy o. Beniamin niejako od środka zaczął wchodzić w świat swoich parafian. – Nie wiem, dlaczego, ale wszystko przychodziło mi łatwo, bez wielkich wysiłków. Pewnie był w tym palec Boży. Indianie nauczyli mnie łowienia w różnorodny sposób ryb, ich nazw, jak je można smacznie przyrządzić, mając do dyspozycji tylko ogień. Od nich nauczyłem się, że busz, las i ziemia są niczym sklep, apteka czy miejsce wypoczynku. To wielki Boży dar i życie – wyznaje.

Nowe problemy

Z biegiem czasu jednak te wspaniałe przeżycia zaczęły być wypierane, a czasami zamieniane przez nowe gry, zabawy, zajęcia i prace. Szybka i bezlitosna kolonizacja rejonu, w którym mieszkał kapłan, dzika i niekontrolowana wycinka lasów, zanieczyszczenia środowiska to niektóre z powodów tej radykalnej zmiany w sposobie życia Indian Ache. – Wspólnie zaczęliśmy szukać nowych dróg, nowych rozwiązań, nowych form życia. Ten bolesny proces przejścia z łowcy i zbieracza na rolnika trwa aż do dzisiaj. Jednym przychodzi to łatwiej, innym wolniej i ciężej. W wielu wypadkach sama teoria nie jest wystarczająca, dlatego trzeba było dać przykład. Misja zamieniła się w miejsce, gdzie uprawiało się ziemię, sadziło się warzywa, a po placu chodziło mnóstwo kur, kaczek, gęsi i świń. Oni przychodzili, podpatrywali i robili podobnie u siebie. Często przychodzili z kurą, by wymienić ją na koguta, bo ostatniego zabili na urodziny jednego z członków rodziny. Innym razem przychodzili prosić o nasiona warzyw i innych produktów rolnych. Misja stała się takim miejscem, gdzie mogli na warunkach wymiany otrzymać wszystko, co potrzebowali – mówi kapłan.

Zmiany w alimentacji, kontakty z ludnością paragwajską to początek wielu nowych chorób nieznanych przez nich i wielu konfliktów międzysąsiedzkich. – Jako misja musieliśmy dać odpowiedź na tę nową sytuację. Osoby poważnie chore musieliśmy przetransportować do szpitali i w zależności od choroby i stanu pacjenta było to 35 albo 180 albo 320 km od misji. Trzeba było dosłownie walczyć, by w szpitalach ich przyjęto, jako że byli to Indianie i na dodatek bez pieniędzy – mówi werbista.

Małgorzata Pabis