Komu służy in vitro?
Poniedziałek, 7 lipca 2014 (10:19)Drogo, nieskutecznie, z podeptaniem godności ludzi, ze śmiercią tysięcy dzieci w tle – taka jest prawda o in vitro po roku dofinansowywania z budżetu państwa.
Z początkiem lipca minął pierwszy rok finansowania rządowego programu leczenia niepłodności. W tym czasie zarejestrowano 11 789 par, zakwalifikowano 8 685 par, zarejestrowano 2 559 ciąż, liczba par w trakcie „leczenia” to 7 939, a urodziło się 214 dzieci (informacje ze strony rządowej). Polscy podatnicy zapłacili za to 72,4 mln złotych. Pieniądze te zasiliły program nabijania kieszeni prywatnych klinik in vitro. Jedna z nich zgarnęła nawet ponad 17 mln złotych.
Analiza powyższych liczb prowadzi do interesujących wniosków – podaje portal Stop Aborcji. 8 685 zakwalifikowanych par i 72,4 mln zł daje 8 336 zł dofinansowania na jedną parę. Skoro badania wskazują, że skuteczność in vitro waha się w granicach 20-30 proc., to powinno uzyskać się od 1 737 do 2 605 ciąż. Rzeczywiście zarejestrowano 2 559 ciąż, z czego wynika, że uzyskanie jednej ciąży kosztowało 28 292 zł.
Przypomnijmy dla porównania, że becikowe wynosi raptem 1 000 zł, a małżeństwa, które poczną dziecko naturalnie lub zamiast zwracać się do klinik in vitro, rzeczywiście leczą niepłodność, nie otrzymują żadnej państwowej dotacji.
Gdzie podziało się 43,5 tys. embrionów?
Wysokie koszty procedury to zresztą nie najważniejszy problem sztucznego rozrodu człowieka – czytamy na stronie Stop Aborcji. Zastanówmy się, co z resztą embrionów stworzonych w procedurach in vitro? Według założeń programu w jednej procedurze może powstać od jednego do sześciu embrionów. Wszczepić można od jednego do dwóch.
Policzmy: przy 2 559 zarejestrowanych ciążach i skuteczności in vitro do 30 proc., podjęto w ramach programu ok. 8 000 procedur in vitro (dokładnie 7 677). Maksymalnie trzy są dofinansowane. Powstało w nich prawdopodobnie ok. 46 062 embrionów. Trudno bowiem wyobrazić sobie, żeby kliniki in vitro nie skorzystały z okazji, by stworzyć maksymalną dozwoloną w programie liczbę embrionów.
46 062 embrionów minus 2 559 ciąż daje ponad 43 500 pozostałych powołanych do życia istot ludzkich. Co się z nimi stało? Zginęły w fazie preimplantacyjnej wylane do zlewu? Zostały zamrożone w ciekłym azocie ad calendas graecas? Część z nich abortowano już na którymś z wczesnych stadiów rozwoju poimplatancyjnego, tj. przed 23 tyg. ciąży i „zgodnie z prawem”? Od pewnego czasu wiadomo, (a ostatnia awantura medialna o aborcję poczętego na szkle ciężko chorego dziecka tylko to potwierdza), że ciąże z in vitro to ciąże podwyższonego ryzyka.
Człowiek to nie ząb do implantacji
In vitro metodą leczenia nie jest. Para, która je przejdzie, nadal jest bezpłodna. Można najwyżej poddać ją kolejnym procedurom. Sztuczne zapłodnienie można porównać jedynie do protezowania, z tą diametralną różnicą, że zamiast protezy narządu, tj. stawu lub zęba, tu wszczepia się (implantuje) innego człowieka, traktując go jak przedmiot tworzony w laboratorium.
Czyżby Minister Arłukowicz tak kochał życie, że jest gotów na pozyskanie jednej ciąży wydać z państwowej kasy blisko 30 tys. zł? Czy aż tak kochają życie SLD i Twój Ruch, przy każdej okazji domagające się prawa do aborcji?
Minister Arłukowicz lekką ręką wydaje nasze pieniądze nie na urodzenie dziecka, ale na wsparcie ideologii. Gdyby Kościół katolicki popierał in vitro i gdyby in vitro nie było sprzeczne z prawem naturalnym, obecny rząd nie dałby na to złamanego grosza. Arłukowicz i spółka byliby zagorzałymi przeciwnikami tej procedury.
Oficjalne zapewnienia, że celem rządowego programu leczenia niepłodności jest „osiągnięcie poprawy trendów demograficznych” to jawne szyderstwo ze zdrowego rozsądku. Są metody zdecydowanie tańsze i skuteczniejsze, jak choćby zaprzestanie dofinansowywania niszczącej płodność kobiet antykoncepcji – również dotowanej obecnie z publicznych pieniędzy.
Źródło: Stop Aborcji