Szaleństwo feministek czy tania prowokacja?
Piątek, 4 lipca 2014 (15:05)Feministka Katarzyna Bratkowska uznała, że jej nazwisko przysłuży się sprawie rewolucji i zaangażowała się w organizację opery „Morze krwi”, której autorem jest… Kim Ir Sen, morderczy dyktator Korei Północnej, a dla podwładnych „Wieczny Prezydent”.
Na swoim koncie na FB napisała, że „Morze krwi” jest rewolucyjną operą koreańską, która opowiada „o walce koreańskich kobiet z uciskiem japońskich okupantów i patriarchatem. Akcja toczy się w latach 30., w okresie japońskiej okupacji Półwyspu Koreańskiego. Główna bohaterka, zwana Matką, po śmierci męża, Jun Soba (spalonego żywcem przez Japończyków), bierze sprawy w swoje ręce i zostaje przewodniczącą lokalnego oddziału Związku Kobiet, organizacji łączącej walkę z okupantem z walką o prawa kobiet, które w ówczesnym społeczeństwie koreańskim nie miały nawet nazwisk. Związek Kobiet przełamuje tradycyjny podział, wedle którego walka zbrojna zarezerwowana jest dla mężczyzn, a rewolucyjne działania kobiet ograniczają się do zadań pobocznych i pomocniczych. Pod wodzą Matki kobiety odegrają kluczową rolę w walce o zdobycie japońskiego garnizonu. W ślady Matki idzie również jej córka Gap Sun”.
Abstrahując od kiczowatej propagandy feministycznej, wręcz śmiesznej i groteskowej, pozbawionej (świadomie bądź nieświadomie) podstawowej wiedzy historycznej, zastanawiam się, czy to już szaleństwo ideologiczne, czy w pełni kontrolowana działalność biznesowa, zorientowana, podobnie jak Jan Klata w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, na prowokację i tanią sensacyjkę.
Wydawać by się mogło, że zdołaliśmy zapomnieć już o feminizującej komunistce (albo komunizującej feministce) Katarzynie Bratkowskiej, która w grudniu ub.r. oświadczyła, że w Wigilię zabije swoje nienarodzone dziecko. Tym razem jej żenująca aktywność oburzyła nawet lewicę. Mało tego, dotknęła swoim zaangażowaniem także lewackie środowiska. Różni działacze lewej strony napisali list otwarty, z którego, m.in. dowiedziałem się o całym skandalu.
Lewi aktywiści (związani z takimi środowiskami jak: Zieloni, Polska Partia Socjalistyczna, „Krytyka Polityczna”) oburzyli się na współpracę Bratkowskiej z notablami północnokoreańskiego reżimu, konkretnie z „attaché kulturalnym” Ri Chun Su oraz z zastępcą ambasadora Kim Ju Doka. „Ten pierwszy to w rzeczywistości funkcjonariusz północnokoreańskiej bezpieki, zajmujący się m.in. handlem półniewolniczą pracą koreańskich robotników” - napisali sygnatariusze listu.
Oskarżyli ją o „wysługiwanie się reżimowi”, a „ludzie, których nie brzydzi współpraca z północnokoreańską bezpieką, sami postawili się poza szeregami demokratycznej lewicy”.
Powyższe wypowiedzi sprawiły, że można się jeszcze łudzić, można wierzyć w resztki zdrowego rozsądku lub po prostu w minimum przyzwoitości po drugiej stronie barykady.
Przyznaję, że w kontekście kampanii wsparcia eksterminowanych chrześcijan w Korei Północnej, o której niedawno informowałem Czytelników portalu NaszDziennik.pl (zob. TUTAJ), dosłownie opadają ręce. Z działalnością pani Bratkowskiej nawet nie chcę polemizować (napisałem o jej osobie wystarczająco dużo, zob. mój blog: TUTAJ), sądzę też, że większość osób, które usłyszały o tym absurdzie, pomyślało w pierwszej chwili, czy to może jakiś żart? Fake? A może spóźniony prima aprilis?
Niestety nie. Katarzyna Bratkowska wspiera aktywnie „dzieło” koreańskiego ludobójcy i twórcy ideologii, która dopuściła się w latach 50. eksterminacji 300 tys. katolików, a dziś zajmuje pierwszą pozycję w mordowaniu nie tylko chrześcijan, ale wolności i praw człowieka w ogóle.
Czemu się jednak dziwić? Skoro sama Bratkowska w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” powiedziała red. Mazurkowi, że komunizm to najdoskonalszy system, to wszystko się zgadza. Człowiek o takim światopoglądzie chętnie zapewne pokłoniłby się przed statuami na placu Pjongjang przedstawiającymi Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila. Bratkowska stanęła w jednym rzędzie z innym „pożytecznym geniuszem”, byłym koszykarzem NBA Denisem Rodmanem, który odwiedza z radością swojego przyjaciela Kim Dzong Una.
A może w tym całym zamieszaniu chodzi (jak zawsze) wyłącznie o wystawienie innej opery mydlanej, starej jak świat pt. „Kapitał”, tym razem jednak czytanej i odbieranej wprost, czyli w złotówkach?
Dr Tomasz M. Korczyński