• Sobota, 18 maja 2024

    imieniny: Jana, Eryka, Aleksandry

O. Maniura: Bez modlitwy nie dalibyśmy rady

Wtorek, 28 sierpnia 2012 (10:01)

Z o. Tomaszem Maniurą OMI – duszpasterzem młodzieży Polskiej Prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, organizatorem zagranicznych wypraw rowerowych NINIWA Team, rozmawia Marta Milczarska

 

Przede wszystkim chciałabym pogratulować osiągnięcia celu wyprawy, czyli dotarcia na Nordkapp. Co czuliście, kiedy po 23 dniach dotarliście do wytyczonego celu?

- Czuliśmy zimno i zmęczenie (śmiech). Było naprawdę lodowato. 3 stopnie w powietrzu odczuwa się w czasie jazdy prawie jak minusową temperaturę. Do tego jeszcze ostry wiatr. Dojechaliśmy tam tego wieczoru naprawdę ostatkiem sił. Wiele osób musiało już z braku sił co chwilę się zatrzymywać, żeby odsapnąć albo coś przegryźć. Trudno było się zbyt mocno cieszyć, bo naszym podstawowym zmartwieniem było, jak się tu rozgrzać i gdzie będziemy spali. Na szczęście ogrzaliśmy się w budynku i noc nie była taka tragiczna, nawet mimo że musieliśmy rozbijać namioty.

Potem przyszła już radość i satysfakcja. Ale przeżywaliśmy ją już w namiotach i w śpiworach, podczas gdy na zewnątrz padało. Następnego dnia poczuliśmy już większą radość, ale po 13.00 znowu ruszaliśmy w drogę powrotną.

 

Jak podsumowałby Ojciec całą wyprawę? Jakie były największe trudności, które napotkaliście na trasie?

- Na podsumowanie całej wyprawy jest jeszcze trochę za wcześnie, bo pomimo że dotarliśmy już na Nordkapp, wyprawa ciągle trwa. Jesteśmy na trasie do Tromso, skąd 31 sierpnia wylecimy do Pyrzowic. Pozostał nam więc jeszcze tydzień wyprawy! Na pewno mogę powiedzieć, że była to najbardziej survivalowa ze wszystkich dotychczasowych wypraw. Tak ciężkich warunków nie mieliśmy jeszcze do tej pory. Osoby, które twierdziły, że w porównaniu z Jerozolimą czy Marokiem będzie się prosto jechać do cywilizowanej Norwegii, mocno się pomyliły. Tutaj, jak nigdzie indziej, doświadczyliśmy zupełnych pustkowi, trudu, ogromnego zimna i silnych wiatrów. Żeby się ogrzać, musieliśmy rozpalać ogniska, spać we wszystkich możliwych ciuchach i śpiworach. Na samej północy był wielki problem z ciepłą wodą. Baliśmy się też o zdrowie. Dużym ograniczeniem dla naszej (głównie studenckiej) grupy były wysokie ceny w Norwegii, przez co musieliśmy robić duże zapasy jedzenia w Finlandii i nie można było sobie dogadzać po drodze.

Wielkim plusem wyprawy była natomiast świetna grupa, która bardzo się zżyła. To dojrzali ludzie, którzy brali za siebie wzajemnie odpowiedzialność. To bardzo ważne. Pod koniec było tylko trochę więcej problemów z dyscypliną. Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom za dobrą postawę.

 

Wiem, że po dotarciu odprawił Ojciec dla wszystkich uczestników Mszę św. w kaplicy mieszczącej się na najniższym poziomie skały Nordkapp. Modlitwa towarzyszyła Wam w każdym dniu wyprawy. Jakie to miało dla Was znaczenie?

- Ogromne! Chyba na żadnej wyprawie grupa tyle się nie modliła. Bardzo dziękujemy też wszystkim, którzy o nas pamiętali w swojej modlitwie. Bez modlitwy, codziennej Eucharystii i Słowa Bożego nie dojechalibyśmy na miejsce. Każdego dnia widzieliśmy też konkretne działanie Pana Boga w wydarzeniach na trasie, które świetnie korespondowały ze Słowem Bożym na dany dzień. To dawało nam dużo siły i pewności, że nie jedziemy sami.

 

Hasło tegorocznej pielgrzymki „Misja BXVI – Nordkapp” oznacza Wasz gest solidarności z Benedyktem XVI, w którego intencji przemierzyliście 4 tys. km. Co chcielibyście powiedzieć, jeśli mielibyście taką szansę, po tych 24 dniach Ojcu Świętemu?

- (śmiech) Te 4 tys. km to nasz drugi (po zdobyciu Nordkapp) cel wyprawy. Jeszcze tyle nie mamy, ale mamy nadzieję, że uda się go osiągnąć. Był to bardzo mocny czas pod względem duchowym. Jazda w łączności z Papieżem i Kościołem dawała nam dużo motywacji i pozwalała odczuć powagę intencji. Jeśli udałoby mi się już coś powiedzieć, podziękowałbym mu za to, kim jest i co robi. Na pewno dużo bardziej wolałbym go słuchać.

A to, co każdy z nas powiedziałby Papieżowi, można przeczytać w ankietach uczestników na naszej stronie www.niniwateam.pl.

 

Z Waszych codziennych relacji wynika, że wiele cudów spotkało Was na tej drodze. Co z tej pielgrzymki najmocniej zapadło Ojcu w pamięć?

- Cudów było mnóstwo, jak np. niespodziewana gościna w Jyväskylä w Finlandii czy spotkanie i błogosławieństwo kardynała w Rydze! Jednak największym cudem i realnym doświadczeniem Bożego prowadzenia był nocleg w Starslett. Byliśmy już po tygodniu koczowniczych noclegów i szkoły przetrwania bez pryszniców i ciepłych noclegów, a niespodziewanie w niedzielę naszym losem przejął się burmistrz miasta. Załatwił nam salę sportową z 18 prysznicami (po 9 dla panów i pań, czyli tyle samo, ile nas jest!), a potem kazał przyjechać na obiad do hotelowej restauracji nad brzegiem morza! To było istne przyjęcie weselne! Mnóstwo wspaniałych dań i napojów. Nie sposób tego ująć słowami. To musiało kosztować majątek, a dostaliśmy to wszystko za darmo. A przecież nikt nas tam nie znał. I wydarzyło się to w święto Matki Bożej Częstochowskiej, kiedy czytamy Ewangelię o cudzie w Kanie Galilejskiej. To był prawdziwy cud!

 

Jakie są dalsze plany NINIWA Team? Gdzie wybieracie się za rok i w jakiej intencji?

- Ta wyprawa pokazuje, że wszystkie nasze plany są śmieszne. Czas pokaże, gdzie się wybierzemy. Na pewno tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Zostały nam Niderlandy z kierunkiem na Wyspy Brytyjskie oraz Bałkany. A może Rosja? Zobaczymy.