• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Pasja i radość dawania

Wtorek, 28 sierpnia 2012 (06:06)

Z Julią Michalską, brązową medalistką olimpijską w wioślarskiej dwójce podwójnej, rozmawia Piotr Skrobisz



Przed igrzyskami często mówiła Pani o złotym medalu, razem z Magdaleną Fularczyk wywalczyła Pani brąz, ale nie było chyba mowy o rozczarowaniu?
- Ależ skąd, ten brąz był jak złoto. Ale faktycznie, często o tym krążku z najcenniejszego kruszcu wspominałam, nawet Magda miała, z przymrużeniem oka, o to pretensje. Od razu jednak sprostuję - nigdy nie zadeklarowałam, że wywalczymy złoto, obiecywałam tylko, że o nie powalczymy z całych sił. Chciałam w ten sposób pozytywnie nas na to nastawiać. Mózg ludzki jest bowiem niesamowicie skomplikowany, jak na twardym dysku w komputerze niepostrzeżenie zapisują się w nim pewne rzeczy, które - jeśli nie będziemy odpowiednio funkcjonować i kierować swych myśli w odpowiednim kierunku - mogę powrócić w najgorszym i najmniej oczekiwanym momencie.
Pewna siebie nie byłam, miałam za to pewność w działaniu. Czułam, że musimy zrobić to i to, by przybliżyć się do realizacji celu.


Pamięta Pani, co poczuła na mecie olimpijskiego finału?
- Nie, oprócz tego, że bardzo się cieszyłam. Gdy minęłyśmy metę, spojrzałam na Magdę, by zobaczyć, czy z nią jest wszystko w porządku. Widziałam, że się położyła, ale często w ten sposób odreagowujemy stres i wysiłek. Potem jednak, gdy musiałam przetransportować łódkę na pomost dla zwycięzców i straciłam Magdę z oczu, po raz pierwszy spanikowałam, przestraszyłam się, że stało się coś złego. Dopiero gdy zobaczyłam ją na wózku, uspokoiłam się i mogłam oddać się w pełni celebrowaniu sukcesu.


Jak smakował? Można porównać olimpijski brąz, przykładowo, ze złotem mistrzostw świata, które mają Panie już w swojej kolekcji?
- Każdy start jest inny, każdy stanowi jakiś przełom. Tak było i jest przez cały czas naszego wspólnego pływania. Ale gdybym medal z Londynu położyła na wadze, to żeby go przeważyć, musiałabym po drugiej stronie szali dać kilka innych krążków.


"Kobiety po przejściach" - często w ten właśnie sposób opisuje Pani siebie i swoją partnerkę z łódki. Po Londynie coś się w tej kwestii zmieniło?
- Absolutnie nie. Nasza droga do olimpijskiego podium była wyjątkowo kręta. Na kilka tygodni przed startem zmarł tata Magdy, wcześniej przeżywałyśmy mnóstwo problemów zdrowotnych, kontuzji, wypadków, które mogły powalić. Jakby tego było mało, na dzień przed finałem w Londynie Magdę sparaliżował ból pleców. Cierpiała straszliwie, wydawało się, że nasz występ stoi pod znakiem zapytania, ale ja byłam stuprocentowo pewna, że wszystko zakończy się dobrze, że razem popłyniemy po medal. Oczywiście przez pięć sekund popłakałam, ale błyskawicznie stanęłam do pionu i powiedziałam sobie: dobra, wyrzuciłam emocje, teraz muszę skupić się na tym, by jutro powalczyć o realizację naszych marzeń. Tyle. Powiedziałam też Magdzie: "Słuchaj, nie pierwszy i nie ostatni raz cię to spotkało, nie jesteś jedynym sportowcem na tych igrzyskach, który ma podobne problemy. Widziałyśmy zawodniczkę, która nie mogła chodzić, a zdobyła medale". Magda odpowiedziała: "Wiem, wiem", i tak się jakoś wszystko potoczyło, jak się potoczyło. Sport to lekcja życia, od samego początku. Uczy walczyć ze sobą, ze swoimi słabościami, przezwyciężać kryzysy, kształtuje charakter. Pomaga dostrzegać to, co jest ważne. Dzięki temu nie poddałyśmy się, dzięki temu Magda nie zwątpiła.


To był najtrudniejszy moment w Waszej wspólnej przygodzie ze sportem?
- Może tak. Od dawna mówiłyśmy sobie, że nic nie dzieje się bez przyczyny, i w ten sposób tłumaczyłyśmy sobie wszystkie historie, które nas spotykały. W Londynie trener Marcin Witkowski już nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Trzymał nas bowiem po kloszem, treningi organizował tak, abyśmy przypadkiem nie złapały jakiegoś urazu, zmniejszał do minimum obciążenia, a i tak coś się musiało wydarzyć. W ogóle ten Londyn wyglądał tak, jak minione lata. Zanim Magda złapała uraz kręgosłupa, mnie bolało gardło, miałam gorączkę.
Wtedy, na kilkanaście godzin przed startem, zapytałam się po cichu: "Dlaczego, za co?". Odpowiedź poznałam następnego dnia, gdy zobaczyłam Magdę, jej uśmiech, szczęście, ludzi, którzy ją doceniają. Tyle razy prosiłam ją, by uwierzyła w siebie, nawet wtedy, gdy stałyśmy na najwyższym stopniu podium mistrzostw świata. W Londynie to się wreszcie stało.


Nie myślała Pani czasami, że za duża jest cena, jaką musicie zapłacić za swoje marzenia?
- Szczerze? Nie używam słów typu "cena", "poświęcenie". Jeśli coś się kocha, robi to z pasją, to nie myśli się o wyrzeczeniach. Jedyne, co przeszkadza, to pojawiające się niekiedy zwątpienia. Trzeba z nimi walczyć, przezwyciężać je.


Jaki jest Pani sposób?
- Uwielbiam przebywać z małymi dziećmi. Ich wiara w to, że świat jest dobry i piękny, jest niesamowita i warto ją przejmować. Dzieci są odważne, niczego się nie boją, nie kalkulują, ufają bezgranicznie. Może ktoś uzna to za naiwność, ale warto w ten sposób postępować, nawet mając 27 czy 60 lat. Piękni są ludzie, którzy mają radość w oczach. A ta radość... Ja widzę i wiem, że swoimi startami, sukcesami, uszczęśliwiłyśmy wiele osób, nawet nam nieznanych. Często podchodzą do nas obcy ludzie i mówią, że dostarczyłyśmy im sporo wzruszenia, że nam dziękują. To dla mnie jest sens tego, co robię. Nie pływam bowiem dla siebie, dla pieniędzy. Te są ważne, pewnie, wioślarstwo to mój zawód, ale najważniejsza w tym wszystkim jest pasja i radość dawania. Z niej czerpię siłę.


Co poradziłaby Pani dziecku, które uprawia sport i w pewnym momencie zaczyna wątpić w to, co robi. Przychodzi do Pani, prosząc o pomoc, i...
- Kiedy miałam 15, 16 lat, po każdym sezonie chciałam, z pewnego powodu, kończyć karierę. Mój trener, gdy o tym słyszał, mówił: "Dobrze, jeśli nie sprawia ci to przyjemności, to znajdź sobie inną pasję". Dawał mi trzy dni do przemyślenia, ale nigdy ich nie potrzebowałam. Szybko łapałam telefon do ręki, dzwoniłam do niego i pytałam, kiedy są kolejne zajęcia. Miał też inny sposób. Gdy było mi naprawdę ciężko, przekonywał, że mogę zawsze do niego przyjść i liczyć na pomoc. "Jestem nawet w stanie rozwinąć przed tobą czerwony dywan, a jeśli i to nie wystarczy, to rozsypać płatki róż, żeby ci było przyjemnie przychodzić na przystań" - mawiał. Pomagało. Powinnam panu powiedzieć, że to, co wydarzyło się kilka tygodni temu w Londynie, było najważniejszym i przełomowym wydarzeniem w mojej karierze. Ze wszech miar było wspaniałe, ale najważniejszym startem do dziś pozostają zawody makroregionalne, na których wystąpiłam jeszcze w okresie juniorskim. Wypadłam na nich fatalnie, byłam przerażona, ale mimo wątpliwości, załamania, postanowiłam walczyć dalej za wszelką cenę. I to jest chyba klucz do wszystkiego - żeby próbować raz jeszcze, nie poddać się, nie odpuścić. W sporcie, jak w życiu, trzeba przejść przez sito wyzwań, często ciężkich, wydających się ponad siły. Gdyby zatem taki dzieciak do mnie przyszedł i zapytał o radę, powtórzyłabym słowa mojego trenera. "Masz trzy dni, przemyśl sobie wszystko, a jeśli masz inną pasję, to, proszę, oddaj się jej. Tylko czy nie będzie ci żal straconego czasu? Trenujesz, a zatem jesteś już krok wyżej od swoich kolegów, czym wzbudzasz ich podziw". Ja podobne słowa też często słyszałam i proszę mi wierzyć, pomagały.


Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz