Ocalić Polskę
Wtorek, 24 czerwca 2014 (21:09)Z dr Marią Nowotarską, uczestniczką marszów w obronie życia dzieci poczętych i pikiet pod placówkami aborcyjnymi w Paryżu, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Kiedy zaangażowała się Pani w obronę dzieci nienarodzonych?
- Gdy już moje dzieci podrosły (obecnie część z nich założyła już własne rodziny), postanowiłam zaangażować się w manifestacje, które bronią praw Bożych ze względu na to, że stanęliśmy obecnie na zakręcie cywilizacyjnym. Lawina zła toczy się przez cały świat, trwa walka ze wszystkimi prawami Bożymi o zasięgu i natężeniu dotychczas niespotykanym w historii świata.
Od dwóch lat w Paryżu organizacje katolickie i ludzie trzeźwo myślący organizują manifestacje przeciwko gender, w których uczestniczę. Bierze w nich udział zarówno Polonia, jak i ludzie innych narodowości. Kilkutysięczne lub kilkunastotysięczne grupy manifestantów gromadzą się w danym miejscu w centrum Paryża i idą jego ulicami. Taka manifestacja trwa około 3 godzin, są śpiewy, transparenty, Różaniec, przemówienia.
Należę jeszcze do organizacji katolickiej SOS Obrony Życia Poczętego. Organizacja od lat prowadzi działalność informacyjną poprzez literaturę, różne spotkania i cały ciąg konferencji. Przyłączyłam się do nich dwa lata temu, kiedy przypadkowo spotkałam tę grupę modlitewną. Bardzo odpowiadała ona moim wewnętrznym przekonaniom. Ponieważ nie mogę w inny sposób bronić dzieci poczętych, wobec tego, oprócz adopcji duchowej, chcę manifestować swoją postawę poprzez aktywną modlitwę właśnie pod klinikami aborcyjnymi.
Od trzech miesięcy te pikiety zostały przez prefekturę zabronione. Nasza grupa dalej spotyka się w liczbie kilkudziesięciu osób w różnych punktach Paryża, ale jest już zagrożenie, że można być przesłuchiwanym lub ukaranym grzywną.
Dotknęły Panią jakieś konsekwencje?
- Nie. Ale inne osoby zostały zmuszone do wejścia do autokaru i następnie zawiezione na prefekturę, gdzie były przesłuchiwane. Pod klinikami aborcyjnymi, gdzie modliliśmy się kilka miesięcy temu w jednej z dzielnic Paryża, musiała pojawić się policja. Chroniła nas przed antymanifestacją, czyli przed feministkami i innymi siłami, które sprzeciwiają się naszej koncepcji życia i praw religijnych. Ustawieni w odległości kilkunastu metrów od nas zachowywali się w sposób krzykliwy i rzucali w nas jajkami. Zawsze po Nowym Roku w Paryżu organizowany jest także Marsz za życiem, w którym bierze udział około 20 tysięcy ludzi, zawsze jestem na nim obecna z dziećmi.
Jak wiele jest w Paryżu placówek aborcyjnych?
- Trudno jest mi powiedzieć, jaka jest ich liczba. Sama do tej pory brałam udział w pikietach pod dwoma. Gdy przychodzimy pod taką placówkę, modlimy się tam około dwóch godzin, następnie się rozchodzimy. Personel nigdy do nas nie wychodzi, nie ma żadnej reakcji. My zaś wierzymy w duchową moc tej modlitwy, że jakąś liczbę dzieci nienarodzonych, a może i wszystkie, ocalamy przed zagładą. Modlitwy pod placówkami aborcyjnymi odbywają się co miesiąc, w pierwsze soboty miesiąca. Wydawany jest przez naszą organizację biuletyn, w którym podawane są informacje, gdzie i kiedy odbywać się będą kolejne spotkania modlitewne w obronie dzieci nienarodzonych. Podczas dużych manifestacji przeciwko gender czy w obronie życia rozdajemy te biuletyny ludziom, którzy biorą w nich udział.
Uczestniczyła Pani w 139. Europejskiej Pielgrzymce Polaków do Lourdes. To dla Pani podróż do źródeł wiary?
- Tak. To była już moja piąta pielgrzymka do tego świętego miejsca. Należę do parafii polskiej na Concorde i w związku z tym postanowiłam przybyć do Lourdes również tego roku. Taka pielgrzymka umacnia mnie w walce o prawa Boże. Każdy, kto tam się udaje, przybywa ze swoimi prywatnymi intencjami, ale główną intencją Polonii jest ocalić Polskę i Polaków, którzy musieli ją opuścić. Polska musi ocaleć jako przedmurze chrześcijaństwa.
Miesiąc temu pojechałam z mężem na pielgrzymkę do Brukseli, zorganizowaną właśnie w celu obrony praw Bożych. Wraz z księdzem udaliśmy się pod gmach Komisji Europejskiej. Tam, na placu odprawił on Mszę Świętą. Z pewnością ma to także wymiar historyczny, że pozwolono, by Eucharystia była sprawowana przed główną siedzibą Unii Europejskiej, która zmierza do tego, aby ratyfikować wszystkie antyboże prawa jako normę działania, o czym tak mądrze mówił podczas pielgrzymki ks. prof. Tadeusz Guz. Trzeba się temu radykalnie sprzeciwić w skali światowej, bez względu na to, jaką cenę trzeba za to zapłacić.
Od jak dawna mieszka Pani we Francji?
- Od ponad dwudziestu lat. Jestem doktorem nauk przyrodniczych, pracę doktorską wykonałam w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej we Wrocławiu, słynnym Instytucie Ludwika Hirszfelda. Następnie wyjechałam do Paryża do Instytutu Pasteura, gdzie poznałam mojego męża, profesora Francuskiej Akademii Nauk.
W pewnym momencie świadomie zakończyłam staż w Instytucie po to, żeby założyć rodzinę wielodzietną. Chciałam zrealizować swoje pragnienie posiadania jej, gdyż w moim przekonaniu powołaniem kobiety jest rodzenie dzieci, zajmowanie się mężem i wychowanie potomstwa, więc praca naukowa stała się sprawą drugorzędną.
Ponieważ obecnie odbiega się od tego modelu życia kobiety, a lansuje się model kobiety sukcesu, ja ten schemat chciałam przerwać. Pozostawiłam pracę naukową bez żadnego żalu, mimo że była to moja pasja, i co roku starałam się być w stanie błogosławionym. Tym sposobem przez okres kilkunastu lat urodziłam pięcioro dzieci, troje kolejnych poroniłam. Bardzo żałuję, że ich także nie było mi dane urodzić. Zajęłam się zdecydowanie wychowaniem potomstwa w duchu katolickim i patriotycznym.
Utrzymuje Pani kontakty z Ojczyzną?
- Tak. Można powiedzieć, że będąc oddalonym od Ojczyzny, te nastroje patriotyczne doszły do jeszcze większej temperatury. Od ponad 20 lat co roku z grupką pięciorga naszych dzieci i moją siostrą, która jest matką dziewięciorga dzieci i również mieszka w Paryżu, jeździliśmy do Polski. Bez Polski nie możemy żyć. Gdy przekraczaliśmy granicę, wszystkie dzieci biegły od razu do lasu wąchać trawę, wrzosy i polską ziemię.
Mówiły: „Mamusiu, ta ziemia zupełnie inaczej pachnie, a błękit nieba jest też inny”. Ponieważ we Francji dzieci co dwa miesiące mają dwa tygodnie wakacji, czas ten spędzaliśmy zawsze w Polsce. Gdy dzieci dorastały, ten cykl spotkań z Ojczyzną nie ustawał. Odwiedzaliśmy nasze rodziny, krewnych, siadaliśmy przed domem w Polsce i wspominaliśmy rodzinne historie. To zawsze był czas pełen radości i zadowolenia z bycia razem.
Brała Pani udział w pielgrzymkach Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski?
- Oczywiście. Od 1979 roku uczestniczyliśmy w prawie każdej jego pielgrzymce do kraju. Wynajmowaliśmy mikrobus lub wsiadaliśmy do samolotu i z naszymi dziećmi wędrowaliśmy szlakiem papieskim. Gdziekolwiek Ojciec Święty poruszał się na terenie Polski, my również wsiadaliśmy do pociągu i jechaliśmy za nim. Ostatnia pielgrzymka Ojca Świętego do Polski w 2002 roku wiodła przez Kraków i Kalwarię Zebrzydowską. Dojechaliśmy tam w siódemkę i godzinami czekaliśmy na przyjazd Ojca Świętego. Był on dla nas osobą numer jeden na świecie, Papieżem wszech czasów i bardzo go kochaliśmy.
Dziękuję za rozmowę.