Proksa: Samorządy chcą zaoszczędzić na edukacji
Niedziela, 26 sierpnia 2012 (13:14)Z Ryszardem Proksą, przewodniczącym Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność", rozmawia Marta Milczarska
Co czeka nauczycieli i uczniów po wakacyjnym powrocie do szkoły?
- W samej organizacji pracy szkoły nic się nie zmieni. Jeśli natomiast chodzi o programy nauczania, to w tym roku zmiany nie będą duże, nadal będzie niestety kontynuowana podstawa programowa, która wchodzi teraz do szkół średnich. W tym pierwszym roku ta podstawa nie wprowadza wielkich zmian i nie wyrządza takich szkód, jakie będą zauważalne w kolejnych dwóch latach. Za rok i za dwa lata będzie to tragedia. Wielkie straty poniesie polska oświata, jeśli chodzi o jakość nauczania. W tym roku skończy się trzyletni okres wprowadzania nowej podstawy programowej w gimnazjach, a absolwenci gimnazjów wykazali się podczas egzaminów najmniejszą wiedzą i kompetencjami od momentu przywrócenia gimnazjów do systemu oświatowego w Polsce. Jest to bardzo poważny sygnał do reform, który został przez ministerstwo edukacji zupełnie zignorowany. Co więcej, ministerstwo zapewnia, że reforma jest świetna. Ale trzeba tu też zwrócić uwagę, że samorządy, które po części są odpowiedzialne za oświatę, nie interesują się jej jakością, a jedynie liczą pieniądze, które chcą na edukacji zaoszczędzić.
Rząd coraz więcej obowiązków przerzuca na samorządy, ale nie idą za tym zwiększone środki finansowe...
- To tylko po części może wyjaśnić sposób działania samorządów. Jednak samorządy nie zgłaszały sprzeciwu, dopóki nie zaczęliśmy ich rozliczać, czy te pieniądze są rzeczywiście przekazywane na edukację. Z tych rozliczeń wyszło, że część samorządów przeznacza subwencję oświatową na inne cele, które nie są nią objęte. Na przykład na przedszkola czy placówki kulturalne, które są zadaniem własnym samorządów. Chciałbym również podkreślić, że w czasie mojej kadencji przewodniczącego sekcji krajowej, kiedy byłem na komisjach sejmowych ds. edukacji i oświaty, nigdy – i to można sprawdzić – samorządy nie protestowały przeciwko niskim nakładom na oświatę. Nigdy, na żadnym spotkaniu, ani w Sejmie, ani na komisji sejmowej, nie powiedziały, że dostają za małą subwencję. Polska jest na ostatnim miejscu w Europie, jeśli chodzi o procentowy udział subwencji oświatowej w budżecie. Według tego, co mówi ministerstwo, że 6 proc. PKB przeznacza na oświatę, trzeba zaznaczyć, że żadne państwo w Europie nie przeznacza tylu procent PKB na oświatę. Jeśli ministerstwo przeznaczałoby na ten cel takie fundusze, nie byłoby w Polsce żadnego problemu w polskim szkolnictwie. A teraz widać, że te problemy są bardzo potężne. Inne państwa przeznaczają 4-5 proc. na edukację i jakie są warunki w europejskich szkołach oraz ile zarabiają nauczyciele - widać gołym okiem. W ustawie budżetowej jest zapis, że państwo polskie przeznacza 2,72 proc. PKB, więc skąd te 6 proc.? Nawet jeśliby wliczyć finanse, jakie dochodzą z samorządów, to takiego poziomu nie osiągniemy, maksymalnie do 4 proc.
Ostatnio dużo mówi się o konieczności zmiany Karty Nauczyciela…
- Jest to oczywiście temat zastępczy, by odwrócić uwagę od innych problemów. W ten sposób rząd chce zyskać przyzwolenie społeczne na degradację oświaty i na degradację zawodu nauczyciela. Rząd chwali się, że zwiększył o 40 proc. płace nauczycieli. To jest ewidentna manipulacja, ponieważ, owszem, o 40 proc. zwiększyła się stawka, ale stażystów, którzy pracują około roku w szkole i odchodzą, a jest to podwyżka kosztem nauczycieli dyplomowanych. Jednakże przez ostanie 2 lata płaca nauczycieli realnie spadała. W przyszłorocznym budżecie nie przewidziano żadnej waloryzacji płac w oświacie. Tak więc, począwszy od niskiej płacy nauczycieli, a skończywszy na ostatniej reformie programowej, można powiedzieć, że ten rząd zniszczył system oświaty w Polsce.
Szumne zapowiedzi odnośnie do wcześniejszej edukacji dzieci 6-letnich przycichły… Co dzieje się z tą reformą?
- Ta reforma jest fatalna i to jest niezaprzeczalny fakt. Obecny system pozwala zawsze, jeśli tylko dziecko jest na to gotowe i przejdzie niezbędne testy psychologiczne, posłać je wcześniej do szkoły, czyli w wieku 6 lat. Natomiast obligatoryjność jest wielkim nieporozumieniem. I to nie jest argument, że jest wiele systemów oświaty, gdzie posyła się dzieci 6-letnie i nawet młodsze do szkoły. Przecież polskie placówki oświatowe w większości nie są przygotowane na przyjęcie dzieci w takim wieku: nie ma odpowiednich sal, nie ma całej infrastruktury, nie ma odpowiedniego systemu dowozu dzieci do szkoły. Czy te dzieci mają być dowożone 10, 20 km z młodzieżą gimnazjalną do szkół? To jest jakieś nieporozumienie. Oczywiście samorządy przyklaskują pomysłowi posyłania 6-latków do szkół, ponieważ zmniejszy to liczbę dzieci w przedszkolach, za które odpowiadają właśnie samorządy. Decyzja o posłaniu wcześniej dziecka do szkoły powinna być podejmowana indywidualnie i przez rodziców, a nie przez panią minister. Już wiemy, że nawet w Warszawie, jeśli wejdzie ta ustawa, nauczyciele będą musieli pracować na 2 lub 1,5 etatu. Te pseudoreformy mają tylko jeden cel: oszczędności.
Jakie reformy powinny być podjęte w tym momencie, by szkolnictwo w Polsce osiągnęło lepsze rezultaty?
Po pierwsze - najważniejsze teraz dla poprawy jakości szkolnictwa jest wycofanie się z tej fatalnej zmiany programowej w szkołach średnich, która wprowadza nauczanie modułowe. Po drugie - trzeba zwiększyć nakłady na oświatę i zmienić zasady tego finansowania. Subwencje oświatowe, które są przeznaczane do samorządów na szkolnictwo, często przeznaczane są na inne cele. Tak być nie może. Na jednym z ostatnich posiedzeń w lipcu sejmowa komisja edukacji wysłała do premiera dezyderat, aby zwiększyć kontrolę nad samorządami przez wojewodów. Skutków na razie niestety nie widać.
Dziękuję za rozmowę.
Marta Milczarska