Jeden cel Kanarkowych
Czwartek, 12 czerwca 2014 (02:00)Dzisiejszym meczem Brazylii z Chorwacją rozpocznie się mundial. Na godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego rodzinna tragedia spotkała trenera Canarinhos Luiza Felipe Scolariego. W wypadku samochodowym zginął jego bratanek.
Brazylia to kraj futbolu. Piłka jest w nim zdecydowanie czymś więcej niż rozgrywką, niż stylem życia, czasami to uwielbienie przekracza granice abstrakcji. Gdy FIFA zdecydowała, że w 2014 roku zorganizuje mundial, wybuchła tu prawdziwa eksplozja radości. Z biegiem czasu stosunek Brazylijczyków, a przynajmniej sporej ich części, do turnieju zmieniał się. Koszty organizacji okazały się większe, niż pierwotnie zakładano. Oficjalnie kraj przyznaje się do wydania około 14 miliardów dolarów, z czego same stadiony pochłonęły 3,5 miliarda. Reszta poszła na drogi, lotniska, hotele, sprawy związane z bezpieczeństwem. Te ostatnie wymagały nie tylko wielkich nakładów, ale i odpowiedniego planowania, bo w Brazylii przestępczość kwitnie w stopniu niespotykanym gdzie indziej. W tym kraju do wielu miast i dzielnic lepiej się nie zapuszczać, a do niektórych za nic w świecie, bo można z nich po prostu nie wrócić. W 12 miastach, w których zostaną rozegrane mecze, porządku będzie pilnować prawdziwa armia: 100 tysięcy policjantów i przeszło 50 tysięcy żołnierzy. W powietrzu będą krążyć 24 samoloty, w tym 3 wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt radarowy, i 11 helikopterów. Na wodzie pojawią się dziesiątki okrętów patrolowych i korweta.
Sprzeciw i opóźnienia
Najgorsze z perspektywy organizatorów było jednak rosnące niezadowolenie obywateli. Tuż po przyznaniu Brazylii mistrzostw zdecydowana większość mieszkańców wyrażała się o nich entuzjastycznie, a najnowsze badania wykazały, że przeszło połowa zapatruje się na nie krytycznie. Brazylijczycy, szczególnie ci ubożsi, nie mogli pogodzić się z faktem, że kraj przeznacza miliardy na turniej, a zaniedbuje najbardziej palące kwestie społeczne: służbę zdrowia i oświatę. Tuż po uchwaleniu zdecydowanej podwyżki cen biletów komunikacji zbiorowej rozpoczęły się protesty, które z czasem mocno przybrały na sile. Towarzyszyły im informacje o opóźnieniach przy najważniejszych inwestycjach. Chodziło szczególnie o stadiony, których budowa przedłużała się i… niektóre nadal nie zostały dokończone. Owszem, nadają się do użytku, jednak nie wszystko poszło tak, jak planowano. Głos w tej sprawie zabierały największe sławy brazylijskiego futbolu, otwarcie krytykując to, co się dzieje. Pele czy Ronaldo mówili zdecydowanie, nie używając przy tym łagodnych i dyplomatycznych słów. Dziś jednak o opóźnieniach i problemach już nie wspomną, no chyba że wyjdą na jaw niedoróbki, które uniemożliwią sprawne przeprowadzenie turnieju. Tu wariant ekstremalny, choć wcale nie nierealny. Wczoraj przykładowo okazało się, że murawa stadionu w Manaus jest fatalnie przygotowana, nierówna i wysuszona, a na samym obiekcie wciąż trwały prace wykończeniowe.
Wiara gospodarzy
Turniej rozpocznie się dzisiejszym meczem Brazylii z Chorwacją w São Paulo. Tamtejsza arena psuła nerwy oficjelom FIFA i gospodarzom niemal do ostatnich chwil. Nie przeszła wymaganego meczu testowego, potrzebny był następny. Potem okazało się, że na pojedynku otwarcia nie będzie pełnych trybun, bo prace nie zostały domknięte na ostatni guzik. Dla obu stron ważniejsze będą jednak kwestie czysto sportowe, czyli wynik. Canarinhos mają nadzieję zacząć od zwycięstwa, najlepiej efektownego. Innego scenariusza nawet nie biorą pod uwagę. Brazylia marzy o tytule, myśli o nim każdego dnia i tak naprawdę to jej jedyny cel. Scolari mógł przygotowywać się do turnieju bez większych problemów. Wszyscy zawodnicy byli zdrowi, nawet uraz, jakiego podczas treningu nabawił się Neymar, okazał się zupełnie niegroźny. – Ubiegłoroczny triumf w Pucharze Konfederacji pozwolił nam odzyskać wiarę w siebie. Teraz chcemy powtórzyć ten wynik na mistrzostwach świata – przyznał selekcjoner. W ataku asowi Barcelony będą prawdopodobnie towarzyszyć Fred i Hulk, ale – co ciekawe – siłą drużyny może być linia obrony. W defensywie Brazylia ma bowiem komfort do tej pory niespotykany. Żelazną czwórkę tworzą Dani Alves, Thiago Silva, David Luiz i Marcelo, czyli gracze największych europejskich potęg, doświadczeni, zaprawieni w bojach o wielką stawkę i doskonali. Canarinhos grali trzykrotnie w meczach otwarcia mistrzostw świata i nie przegrali. W 1950 roku pokonali 4:0 Meksyk, w 1974 zremisowali 0:0 z Jugosławią, a w 1998 wygrali 2:1 ze Szkocją. Dziś powinno im być o tyle łatwiej, że rywale zagrają bardzo osłabieni. Do Brazylii w ogóle nie przylecieli Josip Šimunić, Niko Kranjčar oraz Ivan Strinić, a jakby tego było mało, w meczu otwarcia nie wystąpi najlepszy strzelec zespołu Mario Mandžukić. Napastnik Bayernu Monachium w listopadowym spotkaniu barażowym z Islandią ujrzał bezsensowną czerwoną kartkę i został zawieszony na jedno spotkanie. Kara wypadła akurat na pojedynek szczególny, jednak za głupotę często się płaci. Na tym jednak kłopoty reprezentacji z Bałkanów się nie zakończyły, bo kilka dni temu kontuzji doznał podstawowy obrońca Danijel Pranjić i dziś zasiądzie na trybunach. To ogromne osłabienia, ale z drugiej strony Chorwacja wydaje się na tyle silna, by móc spróbować postawić się Brazylii. Kluczem do sukcesu może być druga linia, w której ma dwóch rewelacyjnych piłkarzy, zdolnych jednym zagraniem odmienić losy każdego meczu. To Luka Modrić i Ivan Rakitić, wspierani przez Eduardo i Mateo Kovačicia. Brazylia z Chorwacją spotkały się do tej pory na zielonej murawie dwukrotnie: w 2005 roku w towarzyskiej potyczce padł remis 1:1, a rok później na mundialu w Niemczech Canarinhos wygrali 1:0.
Dramat Scolariego
Na godziny przed inauguracją dramat, i to kolejny w ostatnim czasie, stał się udziałem Scolariego. We wtorek w wypadku samochodowym zginął jego bratanek. Prowadzone przez niego auto zderzyło się czołowo z ciężarówką w pobliżu Passo Fundo, rodzinnej miejscowości selekcjonera. Pod koniec maja zmarł na raka szwagier trenera. Scolari zastanawiał się nawet, czy na chwilę nie opuścić drużyny, by w tych straszliwych chwilach być z najbliższymi. Część brazylijskich mediów podawała nawet, że może go dziś zabraknąć na ławce.
Organizatorzy mistrzostw sześciokrotnie zostali mistrzami świata. W 1930 roku triumfował Urugwaj, cztery lata później Włochy, w 1966 Anglia, w 1974 Niemcy, w 1978 Argentyna, a w 1998 Francja. Cztery lata temu w RPA gospodarze, jako pierwsi w dziejach, nie przebrnęli w ogóle fazy grupowej. Canarinhos taki dramat zapewne nie grozi, choć w grupie przyjdzie im zmierzyć się jeszcze z Meksykiem i Kamerunem (swój mecz rozegrają jutro), czyli rywalami niewygodnymi i naprawdę groźnymi. Brazylia jest, przynajmniej według bukmacherów, faworytem mistrzostw. Nieco niżej oceniane są szanse Argentyny, Niemiec i Hiszpanii, a co ciekawe – całkiem wysoko stoją akcje Belgii – lepiej od m.in. Anglii, Francji i Włoch.
Dzisiejsza ceremonia otwarcia turnieju ma być skromna. Na program artystyczny złoży się muzyka i taniec, zabraknie natomiast przemówień. Organizatorzy, pomni doświadczeń z Pucharu Konfederacji, chcą w ten sposób uniknąć skandali związanych z wygwizdywaniem oficjeli. Uroczystość rozpocznie się o godz. 20.15 czasu polskiego, a pojedynek Brazylii z Chorwacją o 22.00.
Piotr Skrobisz