• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Nie będzie "raportu Rylskiego"

Sobota, 25 sierpnia 2012 (07:06)

Z dr. Władysławem Bułhakiem, zastępcą dyrektora Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler



Jak to się stało, że zajął się Pan teczką gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego?
- W zasadzie zajmuję się Departamentem I MSW, czyli wywiadem PRL. A tam tylko marginesowo przewija się sprawa pana generała, na zasadzie takiej, że na przełomie lat 50. i 60. XX wieku była koncepcja wykorzystania go w pewnej operacji wywiadowczej skierowanej przeciwko polskiej emigracji politycznej w USA, operacji ostatecznie niezrealizowanej. W swojej wypowiedzi dla "Rzeczpospolitej" usiłowałem, może zbyt obszernie, naświetlić trochę kontekst tej sytuacji. Dziennikarka z moich godzinnych odpowiedzi zrobiła luźne streszczenie, które niestety nie do końca precyzyjnie oddaje mój wstępny ogląd tej sprawy. Generalnie znam jedynie jej pewien wycinek, nawet nie wiem, jak duży. Widziałem bowiem na razie tylko teczkę (kopie mikrofiszy) dotyczącą pana generała, która odnosi się do działalności wywiadu i kontrwywiadu PRL.


Ale w aktach nie ma pełnej deklaracji o współpracy?
- Powiedziałem dokładnie, że w tej teczce, którą widziałem, nie ma takich deklaracji, ale to nie znaczy, że one nie istnieją. Nie można wykluczyć, że tego rodzaju materiały mogą znajdować się w dokumentacji w Poznaniu. Ze znanych mi materiałów wynika bowiem, że owa "fraternizacja" pana generała z aparatem bezpieczeństwa PRL, nie rozstrzygając tutaj ostatecznie o jej charakterze, rozpoczęła się w stolicy Wielkopolski, w roku 1947. Zaznaczyć też należy, że kopia z mikrofiszy - z której korzystałem - w dużej części jest trudno czytelna. Są w niej jakieś dokumenty odręcznie pisane, których nie udało mi się odszyfrować. To nie jest taka prosta sprawa. Nie możemy na ten temat odpowiedzialnie się wypowiedzieć, nie mówiąc już o formułowaniu jakichkolwiek wartościujących sądów, nie znając wszystkich podstawowych dokumentów, a opierając się głównie na notatkach o sprawie TW "Zdzisławskiego" przygotowanych swego czasu przez ubeków z Poznania dla ich towarzyszy z centrali w Warszawie. Patrząc np. w sensie lustracyjnym, to nie byłoby wystarczające. Instytut ze swej strony zrobi wszystko, by komplet dokumentów w tej sprawie stał się możliwie szybko dostępny, zarówno dla historyków, jak i dziennikarzy. Także w IPN znajdą się zapewne badacze, dla których ten temat będzie interesujący i będą go badać, ale na pewno to nie będą badania, po których Instytut wyda komunikat i zajmie oficjalne stanowisko. Nie będzie zatem żadnego "raportu Rylskiego". Będą natomiast zapewne liczne publikacje prasowe, a później naukowe.


Generał nie wyparł się jednak współpracy.
- To prawda. To bezsporny fakt, że on się z tymi ubekami spotykał i coś załatwiał, i oni mu załatwiali, np. przyśpieszali wydanie paszportu. Po ludzku chyba też go po prostu lubili. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że chodziło głównie o to, że on prowadził jakąś działalność gospodarczą i w tym niszczącym wszelką przedsiębiorczość systemie potrzebował "ochrony", po rosyjsku nazywa się to "krysza". Płacił oczywiście za to jakąś cenę, której nie jesteśmy dziś w stanie określić. Ale, zaznaczam, to jest tylko taka moja robocza hipoteza. Żeby ją zweryfikować, trzeba przeczytać wszystkie dostępne materiały i wysłuchać relacji samego zainteresowanego i innych żyjących świadków.


Generał tłumaczy, że współpracował, "aby wyciągać informacje od drugiej strony".
- Oczywiście były dość liczne próby infiltracji struktur władzy komunistycznej, w tym aparatu represji, przez odpowiednie służby podziemia niepodległościowego, zwłaszcza w okresie tużpowojennym. Ludzie Ci brali na siebie olbrzymie ryzyko. W większości wykrytych przez UB przypadków kończyło się to bezwzględnie wykonaną karą śmierci. W tej konkretnej sprawie mamy tylko wstępną relację pana generała.


Jakie wnioski na przyszłość można wyciągnąć z tej smutnej sprawy?
- Badając przechowywane w IPN teczki odnoszące się do różnych bohaterów II wojny światowej, np. żołnierzy AK, natykamy się niekiedy na takie czy inne dowody współpracy z komunistycznym aparatem represji. W takich sytuacjach jesteśmy jako historycy i jako ludzie właściwie bezradni, ponieważ jedyna wersja sprawy, jaką dysponujemy, to często zapis protokołu przesłuchania, odręczny donos czy notatka ubeka (często słabo piśmiennego) ze spotkania z informatorem. Większość ludzi, których to dotyczy, już nie żyje albo jeżeli nawet żyją, to traktują to jako wstydliwy element swojego życiorysu i nic nie chcą o tym mówić. Gdy tymczasem ludzie i organizacje w różnych okresach stosowali różne taktyki i strategie obronne. Dlatego chcielibyśmy, żeby przy okazji tej dosyć przykrej sytuacji związanej z generałem Ściborem-Rylskim do szerszej świadomości publicznej dotarła informacja, że w ustawie o IPN jest zapis artykułu 35 b, który mówi - w skrócie - że każda osoba zamieszana w jakąś formę współpracy z aparatem represji może złożyć relację swoją czy innych świadków; własne dokumenty czy kopie dowolnych materiałów naświetlających sprawę. Zapis ten uczyniono po to, aby nas jako historyków nie zostawiać wyłącznie z dokumentami wytworzonymi przez UB/SB na potrzeby UB/SB. Na razie niestety wspomniany przepis pozostaje w zasadzie martwy.


Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler