• Wtorek, 10 marca 2026

    imieniny: Cypriana, Marcelego

Pola śmierci

Sobota, 25 sierpnia 2012 (06:57)

Nazwę temu miejscu - Kuropaty - nadali chłopi z kołchozów. To biało kwitnące kwiaty, które rosną wyłącznie tu, na grobach. Zachodni historycy szacują, że na uroczysku może spoczywać nawet 250 tys. ofiar komunistycznego terroru. Są wśród nich Polacy.

Do Kuropat wchodzi się tunelem pod szeroką obwodnicą Mińska. Żeby się tu dostać, trzeba przejść przez osiedle Zielony Ług. Koszmarne postsowieckie blokowisko.

W lesie Uroczysko Kuropaty atmosfera jest jednak inna. Nawet świadomość, że wandale co rusz bezczeszczą to miejsce, nie narusza powagi i wzruszenia. Chodzimy przecież po tysiącach kości ludzi, których stalinowski reżim chciał się pozbyć. Kula w głowie miała rozwiązać problem na zawsze. Więc każdy, kto przychodzi tu ze świadomością, gdzie jest, pokonuje komunistyczne kłamstwo, wyzwala bolesną prawdę. Przez to ona zwycięża, a stalinizm znów przegrywa.

W Kuropatach wszędzie są krzyże. Łącznie około 500. Wokół ich pionowych belek biało-czerwono-białe opaski. To flaga niepodległej Białorusi, od 1995 roku nielegalna. Zastąpiła ją nowa, wprowadzona niedługo po dojściu do władzy Łukaszenki, nawiązująca do emblematów Białoruskiej Socjalistycznej Sowieckiej Republiki.

Gdy zmieniała się flaga, miał też miejsce proces odwrotu nowej władzy od historycznej pamięci. Represje komunistyczne przestały być elementem narodowej pamięci, ważnym dla tożsamości wspólnoty, która dopiero co została uznana za niepodległy naród. Od tego roku także Kuropaty są punktem wstydliwym, przemilczanym.

Trudno się tu poczuć jak w Katyniu czy Bykowni. Chociaż prawdopodobnie leżą tu także ofiary zbrodni katyńskiej. Powagę miejsca zakłóca pobliski kołchoz. Widać obniżenia terenu, jamy. To ślad po dołach śmierci, czyli miejscach rozstrzeliwań. Skazańców ustawiano tak, by ich ciała po oddaniu strzału same spadały do wykopanego dołu. Po serii takich egzekucji dół zakopywano.

- Cały ten teren jest otoczony przez krzyże. Postawiliśmy taki łańcuch krzyży wszędzie. Później powstała cała kompozycja kalwarii w Kuropatach - mówi Walerij Bujwał, działacz Białoruskiego Frontu Narodowego, który mieszka na Zielonym Ługu i stara się opiekować cmentarzem.

Jest tu prawie codziennie, odnotowuje wszelkie dewastacje, w poważniejszych przypadkach interweniuje. Ciężko odróżnić, kiedy zniszczenia krzyży i napisów to pospolity wandalizm, a kiedy prowokacje władz.

Bujwał opowiada o jednym z takich przypadków. W listopadzie ubiegłego roku ujęto podczas łamania krzyży dwóch młodych mężczyzn.

- Jeden miał 19 lat, drugi jeszcze nie. Okazało się, że pierwszy jest synem podpułkownika wywiadu wojskowego, rodowitym Rosjaninem. A drugi pochodzi z rodziny wysokich urzędników aparatu Łukaszenki - relacjonuje.

Sprawców oczywiście nie osądzono. Ma nadzieję, że przyjdzie czas, gdy sytuacja polityczna się zmieni i Kuropaty otrzymają właściwą ochronę, zostaną otoczone państwową pieczą, a sprawców dewastacji inspirowanych przez specsłużby spotka kara.

Las krzyży zaczęto budować w 1988 roku, w ostatnich latach Białorusi sowieckiej. Pierwszy duży krzyż postawiono w 1989 r., 31 października. Chciano umieścić go już rok wcześniej, planowano przemarsz z centrum miasta.

Punktem wyjścia miał być jeden z mińskich cmentarzy, na którym pochowano wielu ludzi zasłużonych dla białoruskiej państwowości. Już tam doszło do starć z milicją i OMON, więc niewielu uczestnikom udało się dotrzeć do Kuropat.

Rok później pochód był już legalny, przerodził się w wielką narodową manifestację Białorusinów, ale także żyjących w Mińsku Polaków i Ukraińców. Krzyż poświęcili duchowni Kościołów: rzymskokatolickiego, greckokatolickiego i prawosławnego.

Obok krzyża jest też ikona i tablica informacyjna. Została przez nieznanych sprawców złamana. Pozostawiono część mówiącą o "męczennikach Białorusi" i daty 1937-1941. Słowa o "zbrodni komunistycznej" usunięto.


Polski krzyż


Od pierwszego krzyża aleją otoczoną również krzyżami docieramy na szczyt niewielkiego wzgórza. Tam ustawiono krzyż zwany polskim. Przywieźli go nasi rodacy ze Związku Polaków na Białorusi. Jest prawdopodobnie najczęściej niszczonym elementem całego kompleksu. Pojawiają się na nim wulgarne napisy albo gwiazdy czy sierpy i młoty. Niedaleko jest żydowska macewa. Na niej "nieznani sprawcy" wymalowali swastyki. Widać, że "chuligani" dobrze wiedzą, czym urazić uczucia poszczególnych narodów.

Odkrywcą Kuropat jest białoruski historyk i działacz narodowy Zianon Pazniak, późniejszy kandydat na prezydenta Białorusi, żyjący obecnie na emigracji w Polsce. Razem z Jauhienem Szmyhalowem w czerwcu 1988 r. ogłosili wyniki badań i poszukiwań prowadzonych od lat 70. Pazniak i Szmyhalow zbierali informacje od miejscowej ludności, z których wynikało, że na uroczysku, w niewielkim lesie oznaczanym na mapach jako Brod, w latach 1937-1941 trwały nocami niemal codzienne rozstrzeliwania.

Wtedy teren był otoczony wysokim murem z drutem kolczastym i strzeżony przez funkcjonariuszy NKWD z psami. To chłopi z sąsiednich kołchozów nazwali to miejsce Kuropaty. Tak według nich nazywały się białe kwiaty rosnące tylko tu, na grobach. Pazniak, obawiając się, że władze mogą całkowicie przebudować to miejsce i zniszczyć groby, milczał o swoim odkryciu aż do pierestrojki. Gdy zdecydował się na ujawnienie swoich ustaleń, sprawa stała się głośna, wszczęto śledztwo, a wykopaliska potwierdziły, że rzeczywiście jest to miejsce masowych pochówków.

Obawy Pazniaka co do zagrożenia fizycznym zatarciem śladów mordów w Kuropatach okazały się słuszne. Takie próby podjęto za reżimu Łukaszenki. Na początku XXI wieku planowano m.in. poszerzenie obwodnicy Mińska oraz budowę w pobliżu nowego osiedla mieszkaniowego i centrum rozrywki.

Na szczęście masowe protesty i obawy przed reakcjami międzynarodowymi powodowały, że władze wycofywały się z tych planów. O obwodnicę, która niemal całkowicie zniszczyłaby Kuropaty, walka trwała prawie rok, od września 2001 do lipca 2002 roku. Obrońcy memoriału koczowali w Kuropatach, kilka razy ścierali się z oddziałami milicji i służb specjalnych.

Jeszcze w 1989 r. podjęto na poziomie rządu Białoruskiej SSR decyzję o ustanowieniu tu miejsca pamięci i wybudowaniu pomnika. Władze oficjalnie uznają las za "zabytek historyczno-kulturowy", ale pomnika wciąż nie ma. Zaprzestano składania tu wieńców przez przedstawicieli administracji.

Władza uznaje istnienie Kuropat i prawdę historyczną o tym miejscu, ale stara się ją odsuwać na drugi plan i przemilczać.

Głośno o Kuropatach zrobiło się w 1994 r., kiedy odwiedził je prezydent USA Bill Clinton. Amerykanie pozostawili na pamiątkę własny okazały obelisk z tablicą.

Zgodnie ze stanowiskiem milicji teren jest pod ochroną państwową, ale dotyczy to tylko samych grobów. Natomiast krzyże, tablice i inne upamiętnienia są wyłącznie prywatną inicjatywą, ich niszczenie nie jest zamachem na narodową pamięć, a jedynie pospolitym chuligaństwem.

Ilu ludzi tu rozstrzelano i zakopano w ziemi? Dokładnie nie wiadomo. W Kuropatach nigdy nie prowadzono regularnych prac archeologicznych, zaś archiwa mińskiego NKWD pozostają zamknięte dla niezależnych badaczy.

Oficjalne dane prokuratury białoruskiej mówiły najpierw o 7 tys., potem o 30 tys., następnie ponownie o 7 tys. ofiar. Pazniak szacuje liczbę ofiar na 100-250 tysięcy. Zachodni historycy zajmujący się represjami stalinowskimi optują za górnym zakresem tego przedziału.

Oficjalne śledztwo mińska prokuratura umorzyła. Ale ustaliła ponad wszelką wątpliwość, że pochowani w Kuropatach to ofiary NKWD. W wyniku protestów środowisk komunistów, weteranów Armii Czerwonej i organów bezpieczeństwa śledztwo wielokrotnie wznawiano. Ale za każdym razem potwierdzały się ustalenia z początku lat 90.

Nie brakowało głosów, że w dołach uroczyska leżą zamordowani przez Niemców Żydzi albo inne ofiary nazistów, ale nie było na to żadnych dowodów. Mimo tego w propagandzie państwowej często dezinformuje się zainteresowanych sprawą, łącząc zbrodnie stalinowskie w Kuropatach z innym miejscem pamięci, odległym o kilka kilometrów, gdzie rzeczywiście Niemcy rozstrzeliwali sowieckich partyzantów.


Listy ekspedycyjne

Część grobów została z pewnością zniszczona podczas budowy obwodnicy Mińska około roku 1960, późniejszej budowy gazociągu oraz różnych prac leśnych. Doły śmierci znajdują się z obu stron ruchliwej szosy. Po stronie wewnętrznej, bliższej miasta, jest ich znacznie mniej i są ukryte w gęstych zaroślach. Stąd za miejsce pamięci (memoriał) uważa się zasadniczo lasek o powierzchni niecałego kilometra kwadratowego po zewnętrznej stronie obwodnicy.

Większość pochowanych w Kuropatach to miejscowe ofiary represji stalinowskich, szczególnie nasilonych w 1937 roku. Wiadomo, że to tu enkawudziści z Mińska pozbywali się ludzi z jakichś powodów niewygodnych dla władzy.

Czy także Polaków z tzw. listy białoruskiej? To bardzo prawdopodobne, chociaż nie ma wystarczających dowodów, że Kuropaty pełniły taką samą rolę jak Katyń, Charków i Miednoje. Istotną funkcję spełnia analogia z Bykownią. Trafiali do niej Polacy z więzień sowieckich tzw. Ukrainy Zachodniej, na co historycy dysponują dowodami w postaci list ekspedycyjnych z tychże więzień do Kijowa, Charkowa i Chersonia.

Wiedziano też, że właśnie Bykownia jest miejscem rozstrzeliwań i pochówku ofiar kijowskiego NKWD. Następnie badania archeologiczne potwierdziły obecność ciał Polaków w dołach śmierci, kilku udało się zidentyfikować i okazywało się, że znajdują się na liście ukraińskiej - ujawnionym przez władze spisie Polaków przeznaczonych do rozstrzelania z obszaru Ukraińskiej SSR.

W przypadku białoruskim jest znacznie gorzej, dlatego musimy polegać na domysłach. Są takie jak na Ukrainie listy ekspedycyjne polskich więźniów do Mińska. Wiadomo też, że miejscowe NKWD rozstrzeliwało w Kuropatach. Stąd hipoteza o tym, że to tu może być piąty masowy grób ofiar zbrodni katyńskiej.

- To jest przypuszczenie niepoparte dokumentami. Ostatecznym potwierdzeniem byłyby badania DNA ciał i porównywanie ich z DNA rodzin. W Kuropatach nie prowadzono koniecznych prac badawczych pozwalających ustalić, że leżą tam konkretne osoby, o których można przypuszczać, że znajdowały się na liście białoruskiej. Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby zacząć kopać w Kuropatach, to się znajdzie. Byłoby to zgodne ze schematem z innych miejsc - tłumaczy Witold Wasilewski z Instytutu Pamięci Narodowej.


Procedura z Bykowni

Może kiedyś uda się powtórzyć procedurę zastosowaną do Bykowni także pod Mińskiem. Jednak nie ma na razie szans, by władze białoruskie zezwoliły na prace archeologiczne w Kuropatach. Nie ma też wciąż sławnej już listy białoruskiej, a nawet nie wiadomo na pewno, czy ona istnieje. Polscy i rosyjscy historycy szukają od lat sposobu odtworzenia niedostępnego dokumentu. Oblicza się, że spis zawiera 3870 nazwisk.

W kwietniu o problemach związanych z poszukiwaniem listy białoruskiej lub jej rekonstrukcją pisał obszernie w "Naszym Dzienniku" Nikita Pietrow z moskiewskiego Memoriału. W czerwcu "Gazeta Wyborcza" odtrąbiła odnalezienie listy przez prof. Natalię Lebiediewą, ale zaraz okazało się, że rosyjska badaczka dysponuje zupełnie innym dokumentem, znanym już polskim historykom.

Na pewno w Kuropatach zginęli Polacy. Znaleziono na przykład męski grzebień z napisami po polsku: "Ciężkie chwile więźnia. Mińsk 25.04.1940. Myśl o was doprowadza mnie do szaleństwa" oraz "26 IV Rozpłakałem się - ciężki dzień". Ten polski więzień rozstrzelany został zapewne wkrótce po wydrapaniu tych słów.

Zapisane daty chronologicznie wskazują na zbrodnię katyńską. Ale zostać uwięzionym i rozstrzelanym pod okupacją sowiecką było łatwo i właściciel grzebienia mógł być ofiarą represji niezależnych od rozkazu Politbiura z 5 marca. Dodajmy, że eksperci typują też kilka innych miejsc w okolicach Mińska i na całej Białorusi, gdzie mogli zostać pochowani Polacy z białoruskich ofiar Katynia. Kuropaty pozostają jednak miejscem najbardziej prawdopodobnym.

Piotr Falkowski, Kuropaty