Pan Bóg ma dla nas najlepszy plan
Sobota, 7 czerwca 2014 (02:03)Z ks. Mariuszem Bernysiem, kapelanem szpitala przy ul. Banacha w Warszawie, rozmawia Beata Falkowska
Zbyt rzadko czy zbyt często mówi się o Bożym Miłosierdziu? Pytam trochę prowokacyjnie, bo ktoś powiedział, że o Bożej Miłości mówi się zbyt często, tak że powszednieje, lub za rzadko, by w nią uwierzyć.
– Zdecydowanie zbyt rzadko. Święta Siostra Faustyna mówiła i pisała tylko o Bożym Miłosierdziu, chyba nikt w historii Kościoła tyle co ona nie powiedział na ten temat, a jednak Jezus ciągle ją upominał: „Za mało powiedziałaś o Moim miłosierdziu”. Posługuję w wielkim warszawskim szpitalu, to jest miejsce misyjne, choroba nie wybiera, są tu wierzący i niewierzący, a ja pośród nich doświadczam tego, że choć niektórzy nie chcą księdza, kiedy mówię właśnie o Bożym Miłosierdziu, zaczynają słuchać. Jest to fascynujący temat, który otwiera ludzkie serca.
A może chodzi bardziej o czyny miłosierdzia niż o słowa?
– Z całą pewnością. Jezus pouczył świętą Faustynę, a przez nią nas wszystkich, jak ma wyglądać głoszenie Bożego Miłosierdzia: na pierwszym miejscu czyn, dopiero potem słowo i modlitwa. Doświadczam tego, że słowo o Miłosierdziu Boga ma moc uzdrawiania, ma moc kruszenia zatwardziałych ludzkich serc. Pewien pacjent krzyczał na mnie, żebym wyszedł, kiedy rodzina niemal siłą wepchnęła mnie do jego sali. Był bardzo ciężko chory. Po długiej, trudnej rozmowie straciłem wszelką nadzieję na jego pojednanie z Bogiem. Kiedy jednak wstałem z krzesła, aby odejść, powiedziałem: „Mimo wszystko widzę, że jest pan dobrym człowiekiem”. Te słowa skruszyły jego serce i przystąpił do spowiedzi.
Co to znaczy przyjąć Bożą Miłość i Boże Miłosierdzie?
– Mogę tylko podzielić się tym, jak to było w moim przypadku. Przeżyłem zasadniczy zwrot w moim życiu kapłańskim, kiedy zostałem skierowany sześć lat temu do szpitala. Po studiach we Francji i obronie doktoratu o Bożym Miłosierdziu marzyłem, żeby wykładać ten temat na uczelni. Tymczasem biskup mnie zaskoczył, wezwał mnie i powiedział, że Boże Miłosierdzie najbardziej potrzebne jest w szpitalu. Poczułem, że moje plany zostały pokrzyżowane. Na widok krwi mdlałem. Ale w głębi serca widziałem w tym wolę Bożą, dlatego się zgodziłem. Po pierwszym dniu w szpitalu, kiedy wróciłem na plebanię, usiadłem bezradnie i z niemocy rozpłakałem się jak dziecko. Byłem przekonany, że nie dam rady w tym morzu cierpienia. A potem, kiedy zacząłem się uczyć wszystkiego od nowa, zrozumiałem, że to nie ja zajmuję się Bożym Miłosierdziem, ale Boże Miłosierdzie zajmuje się mną. To był przełom. Teraz już tylko pozwalam prowadzić się Miłości i Miłosierdziu. Teraz już się nauczyłem, żeby Panu Bogu nie przeszkadzać, bo ma lepszy plan miłości dla każdego z nas niż my sami.
Choroba może być tym lepszym planem? Opisuje Ksiądz w swoich książkach ludzi chorych, którzy otwierają się na Boże Miłosierdzie, przystępują do spowiedzi w krańcowej sytuacji zagrożenia życia. Potrzebujemy tych wstrząsów? Inaczej się nie da?
– Takie sytuacje przeżywam codziennie, więc podam przykład z ostatniego czasu. Przyszedł syn pewnego komunisty z żoną. Syn wierzący, przeżył głębokie nawrócenie. Miał łzy w oczach, gdyż ojciec nie chce słyszeć o spowiedzi. Jego stan jest bardzo ciężki. W każdej chwili może odejść. Syn próbował już kilka razy doprowadzić do spotkania z kapłanem, ale zawsze kończyło się tylko rozmową, oschłą ze strony ojca. Przyznam, że dla mnie takie sytuacje są najtrudniejsze. Wymagają wielkiej delikatności. Żona, syn i rodzina modlili się przez całe lata o nawrócenie tego człowieka, ale wyglądało na to, że to się nie udało. Zaczęliśmy modlić się razem w kaplicy do Matki Bożej przez wstawiennictwo św. Jana Pawła. Kiedy szliśmy do chorego mężczyzny, zacząłem snuć wewnętrzny dialog, jakby rozmowę z Jezusem, którego niosłem na piersi, jak to jest zawsze przy odwiedzaniu chorych. Przyszła mi taka myśl: „On się sam nie wyspowiada. Musisz to wziąć na siebie”. Nie wiedziałem jeszcze, co to ma znaczyć, ale kiedy wszedłem do pokoju, już wiedziałem, co mam powiedzieć: „Ja wiem, że pan nie był 50 lat u spowiedzi i że pan się nie wyspowiada, ale ja to za pana uczynię i ja się za pana wyspowiadam, dobrze?”. Ten człowiek był tak zaskoczony, że od razu się zgodził. Zacząłem mówić grzechy, a on tylko przytakiwał. W pewnym momencie – nie wiem, czy to było działanie łaski, czy tylko ambicji – powiedział: „Niech ksiądz przestanie, ja sam umiem się spowiadać”, i odbył piękną spowiedź z całego życia. Oprócz miłości do nas Pan Bóg ma wielkie poczucie humoru. Pacjent był bardzo wdzięczny, skupiony. Podziękował mi ze łzami w oczach. Na koniec dodał, że w głębi serca zawsze wierzył w Boga. Dla mnie to jest właśnie to, co święta Faustyna mówiła o Bożym Miłosierdziu, że jest niepojęte, niezgłębione, nieskończenie twórcze. Do każdego Jezus przyjdzie w inny sposób, bo nas zna. To jest właśnie to, co mówiłem, żeby Bogu nie przeszkadzać, tylko pozwolić Mu się prowadzić. Ale jednocześnie zadaję sobie pytanie, dlaczego trzeba było czekać aż na koniec życia, żeby odnaleźć ten głęboki pokój, pewność, że Bóg jest przy mnie. Każdy może to uczynić już dziś. Święty Jan Paweł II powiedział w homilii, gdy w 2002 r. konsekrował bazylikę w Łagiewnikach, że w „Bożym Miłosierdziu świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.
Gdy Jezus się dowiedział, że dziewczynka umarła, od razu rusza do jej domu. Jest w tej ewangelicznej scenie coś, co nas zupełnie przerasta. Przecież dziecko nie żyje. Tak kocha Bóg? Do końca? Działa w sposób dla nas niepojęty? Bywał Ksiądz zaskoczony obrotem sytuacji w duchowym życiu pacjentów, tych – wydawałoby się – „zupełnie” zatwardziałych?
– To jest jedno z moich najważniejszych doświadczeń, jak Bóg potrafi działać w sposób niepojęty. W naszym szpitalu jest ponad tysiąc łóżek, kilkuset pacjentów dochodzących. Według przeprowadzonych badań każdego dnia nasz szpital odwiedza sześć tysięcy osób. Większość przeżywa najtrudniejsze chwile w życiu – chorobę swoją lub ukochanej osoby. Wielu z nich szuka wsparcia u kapłana. Jak Bóg to ogarnia, jak posługuje się nami, to jest ten najbardziej niepojęty wymiar łaski. Kiedyś bardzo się bałem tego, że codziennie rano, kiedy wybieram się do szpitala, z ulicy idę prosto pod krzyż Chrystusa. A tych krzyży w szpitalu są setki każdego dnia. Dzisiaj nie boję się tego. Dzisiaj wiem, że właśnie w krzyżu jest ocalenie. Z niego spływa mądrość, światło i siła, często uzdrowienie. Krzyż jest wpisany w życie każdego człowieka. Na krzyżu zostało pokonane osobowe zło, dlatego ci, którzy walczą z Kościołem, zaczynają najpierw od walki z krzyżem. Przez dotknięcie tajemnicą cierpienia często następuje pojednanie w rodzinach, opamiętanie, wewnętrzne uzdrowienie. Człowiek, chcąc uniknąć cierpienia i odrzucając krzyż, wchodzi w jeszcze większe cierpienie. Człowiek, który nie ma odniesienia do krzyża, nie poradzi sobie z cierpieniem. Pewien profesor ateista w rozmowie ze mną wyznał, że cierpienie go przerosło. Tymczasem odniesienie do mądrości krzyża uczy nas, jak żyć, jak poradzić sobie z cierpieniem, jak zwyciężyć. Ta największa, nadprzyrodzona miłość spływa na nas z krzyża.
To otwarcie na Pana Boga nie zawsze następuje od razu, nawet w obliczu śmierci. Tak jak w Księdza książce „Kochankowie z oddziału intensywnej terapii”, Pan Bóg posługuje się jakże taktownie, czasem wręcz dyskretnie ludźmi, by dotrzeć do serca człowieka. Opisuje Ksiądz, jak niemal fizycznie czuł, że Bóg wchodzi w Księdza słowa, uśmiech, gesty.
– Bohaterami tej książki są głównie młodzi ludzie, którzy chcą kochać, doświadczyć miłości, a dotknęła ich ciężka, czasami nieuleczalna choroba. Przekazuję w niej wielką wiarę, że miłość może pokonać wszystkie przeszkody. Tego nauczył mnie Pan Jezus podczas posługi w szpitalu, że miłość kieruje się swoją logiką, która pozwala nam wszystkim przekraczać własne możliwości. Taka postawa powinna wynikać z zawierzenia Bożemu Miłosierdziu. Dlatego dla mnie bardzo ważny jest Akt zawierzenia świata i każdego człowieka Bożemu Miłosierdziu, którego dokonał polski Papież. Święty Jan Paweł II uczył nas, że akty zawierzenia Bogu mogą zmieniać losy świata i każdego z nas. Od czasu dokonania tego aktu w 2002 roku organizujemy z ks. Michałem Dłutowskim co roku pieszą pielgrzymkę zawierzenia z Częstochowy do Łagiewnik. W tym roku wyrusza ona w sobotę, 21 czerwca, i dochodzi w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w piątek, 27 czerwca. Z zawierzaniem się Bożemu Miłosierdziu Jezus związał wielkie obietnice pokoju na świecie i w sercach ludzkich. Karol Wojtyła sam był zawierzany przez ojca, a potem zawierzał nas wszystkich jako Papież. To najpiękniejsza polska tradycja (mamy jej ślad nawet w inwokacji do „Pana Tadeusza”), która stała się jedną z najważniejszych linii jego pontyfikatu: zawierzanie Bogu i Maryi. Wierzymy, że przez taką systematyczną, trwałą modlitwę zawierzenia w domach przy okazji odmawiania Koronki, we wspólnotach na nabożeństwach i w pielgrzymkach poszerza się wielka rodzina Bożego Miłosierdzia. Wierzymy, że w tym jest ocalenie nas samych, naszych rodzin i naszej Ojczyzny.
Czasem jednak nie dochodzi do pojednania z Panem Bogiem. Człowiek odchodzi w izolacji, zamknięciu. To czyjaś porażka?
– W szpitalu są przedstawiciele różnych środowisk, również walczących z Kościołem. Na widok księdza – choć rzadko, ale zdarza się – ktoś mówi „do widzenia” albo „dziękuję za tę propagandę”. W Dziejach Apostolskich (13,46) św. Paweł i Barnaba stwierdzają, że niektórzy, odrzucając Słowo Boże, „sami uznają się za niegodnych życia wiecznego”. Ale jednak widzę, że choroba zmienia każdego człowieka. Wobec tajemnicy cierpienia nie ma silnych, każdy uczy się wielkiej pokory. A jeśli ktoś się całkowicie zamknie, to jest to wielki ból serca. To też się zdarza, choć bardzo rzadko. Tych ludzi też otaczamy szczególną modlitwą. W szpitalu jest stała grupa adoracji i codziennie się za nich modlimy. Wierzę, że i oni w jakiś sposób doświadczą dzięki tej modlitwie wszechmocy Bożego Miłosierdzia.
Wspomniał Ksiądz, że dziwi się czasem, dlaczego ludzie czekają do chwili śmierci z rzuceniem się w Boże ramiona. No właśnie, jak to jest, że tak wielu z nas – tych zniechęconych, bez nadziei – wie, że Pan Bóg jest, ba, nawet wie, że jest Miłością, ale tego nie doświadcza w swoim życiu.
– Nie wiem dlaczego, ale często wynika to – jak widzę – z postawy roszczeniowej wobec życia. W posłudze szpitalnej Pan Bóg uczy mnie tego, czego nigdzie, na żadnym uniwersytecie bym się nie dowiedział. U ludzi głęboko wierzących odkrywam wielką wdzięczność w stosunku do Boga, do własnego losu, mimo ciężkiej, czasem śmiertelnej choroby. Chora na raka trzustki pacjentka, która mówiła przez cały czas o miłości Boga, zjednała sobie cały personel. Emanowały z niej pokój i miłość. Pewien lekarz bardzo się przejmował jej losem. Została cudownie z tej choroby uzdrowiona i skomentowała to tak: „Ja nie zostałam uzdrowiona dla siebie, bo ja byłam gotowa na odejście do Boga, ale po to, żeby ten lekarz uwierzył w Boga i się nawrócił”. To jest piękna postawa miłosierdzia, nawet w skrajnie trudnych sytuacjach większa troska o innych niż o siebie. Może ci, którzy pełnią czyny miłosierdzia, doświadczają najbardziej namacalnie Jego działania.
Postawa roszczeniowa sprawia, że patrzymy na Pana Boga jedynie przez pryzmat naszych potrzeb? Pewien Ksiądz powiedział kiedyś, że nie dostrzegamy Bożej Miłości, bo oczekujemy od Pana Boga tylko prezentów, a On daje nam w darze Królestwo. Coś w tym jest?
– Ależ ja głęboko wierzę, że miłosierny Jezus rozdaje nam z miłością wspaniałe prezenty. Z kultem Bożego Miłosierdzia związane są również konkretne obietnice Zbawiciela. Nie chcę być nietaktowny i mówić o sobie, ale mogę przytoczyć na zasadzie świadectwa przykład znany Czytelnikom „Naszego Dziennika”. Od kilku lat marzyłem o napisaniu książki o Janie Pawle II jako proroku miłosierdzia. Myślałem, że to marzenie muszę odłożyć na wiele lat, gdyż teraz jestem zbyt zajęty. Tymczasem kanonizacja Jana Pawła II wszystko zmieniła. Pewnego dnia na czuwania za Ojczyznę przyszli redaktorzy z „Naszego Dziennika”. Słuchając rozważań, zapytali, czy nie podjąłbym się napisania takiej książki. To było spełnienie marzeń. To był dla mnie cud miłosierdzia związany z kanonizacją, gdyż nikomu o tym ukrytym pragnieniu nie mówiłem. A jednak ktoś się do mnie zwrócił z taką propozycją. To było dla mnie doświadczenie, że Pan jest blisko i choć wiele wymaga, to przede wszystkim nas kocha i z czasem doprowadzi do spełnienia również tych wielkich, szlachetnych pragnień. Pamiętam słowa z pierwszej homilii, jaką po wyborze na Papieża wygłosił Benedykt XVI, o tym, że Pan Bóg nie chce nam nic odebrać. Jeśli pójdziemy za Nim, da nam o wiele więcej. To było dla mnie potwierdzenie tych słów. Teraz napisałem książkę o miłości, która przezwycięża ból, lęk, cierpienie „Kochankowie z oddziału intensywnej terapii”. Zawsze zachęcam ludzi do odważnego realizowania swoich ideałów i marzeń.
Co zmieniła w Księdzu posługa w szpitalu?
– Mówię często pacjentom, że są na najtrudniejszych rekolekcjach w życiu, i zachęcam, by tak przeżywali swoją chorobę i pobyt w szpitalu. Skoro Pan Bóg dopuścił cierpienie, to na pewno pomoże, przeprowadzi przez ciemną dolinę i owoce tych rekolekcji będą wielkie. Ja sam uważam. że jestem już sześć lat na takich codziennych rekolekcjach i wciąż mi się wydaje, że to za krótko, że to dopiero początek.
Był jakiś moment wyjątkowo trudny?
– Co jakiś czas przychodzi taki moment próby, gdyż tu dokonuje się walka duchowa o zbawienie człowieka. Zło osobowe próbuje nas za to niszczyć. Potrzeba wielkiej czujności. Ale głęboko wierzę w słowa św. Jana Pawła II z ostatniej książki „Pamięć i tożsamość”, że Miłosierdzie Boże stawia skutecznie granice i bariery złu.
Pójście z orędziem Bożego Miłosierdzia do umierających nastolatków, niemal dzieci, ich rodziców, może dokonywać się tylko Bożą mocą i wiarą, że żywy Jezus jest pośród nas i działa. Jak prowadzi Księdza Jezus w tej posłudze? To wszystko jest łaską?
– Bóg wciąż zaskakuje człowieka, na skutek czego rodzi się postawa zdziwienia jak u dziecka. Zaskakuje, jak blisko jest przy ludziach cierpiących, choćby na pierwszy rzut oka czuli się całkiem opuszczeni. Ważne jest, żeby to działanie Boże dostrzegać. Bałem się o pewną matkę, której syn maturzysta nagle odszedł. On był bardzo pokorny i tak przeżywał swoją chorobę. Modliliśmy się za nią. Prosiłem ją, żeby oddała Bogu syna, aby nie wpadła w rozpacz. Po pewnym czasie przyszła do mnie i powiedziała, że modlitwa o oddanie Bogu jej dziecka uzdrowiła ją wewnętrznie. Zrozumiała, że syn nadal żyje, jest u Boga i ona nadal może go kochać. Na szczęście miała jeszcze drugie dziecko.
Podam też przykład zdarzenia, które miało miejsce dzisiaj, niemal przed chwilą. Do kaplicy weszła rodzina i poprosiła o sakrament namaszczenia chorych dla starszej kobiety. Ta chora to staruszka, która po cichu, pokornie, z różańcem w ręku, przyjmowała swoją chorobę. Odmówiliśmy wraz z grupą adorującą Najświętszy Sakrament zawierzenie Bożemu Miłosierdziu i poszliśmy na górę do chorej. W kaplicy mówiono za nią Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Na górze odmówiłem przy chorej raz jeszcze modlitwę zawierzenia Bożemu Miłosierdziu, po czym udzieliłem sakramentu namaszczenia chorych. Dosłownie w chwili, kiedy zakończyłem modlitwę i powiedziałem „Amen”, kobieta po cichutku jakby z wdzięcznością westchnęła i oddała ducha. Była to piękna, można by powiedzieć – pogodna śmierć. Jezus złożył szczególne obietnice dotyczące osób konających, które będą odmawiać Koronkę lub za które ta modlitwa będzie odmawiana. Mówił do św. Faustyny, że taka dusza nie zginie, gdyż będzie miał o nią szczególne staranie i będzie blisko niej w chwili śmierci. To było w moim przekonaniu spełnienie tej obietnicy Jezusa. Moment odejścia tej osoby połączony z modlitwą kapłana nad nią i wspólnoty przed Najświętszym Sakramentem w tym samym czasie w kaplicy w jej intencji, z przyjęciem przez nią sakramentu namaszczenia chorych i ostatnim westchnieniem, które zbiegło się dokładnie z zakończeniem modlitwy słowem „Amen”. To zdarzenie pokazało mi, z jaką niemal matematyczną precyzją działa łaska w naszym życiu. Doświadczam tego, jak uroczysty i ważny dla Boga jest moment odejścia człowieka, jak blisko jest wtedy Bóg, z jaką siłą działa. Zachęcam też do modlitwy o dobrą śmierć. To wielka łaska tak odejść.
Wspiera Księdza swoją modlitwą, ofiarą rzesza osób. To już pewna wspólnota.
– To im najwięcej zawdzięczamy z księdzem Jackiem Wardeskim, również kapelanem w szpitalu na Banacha. Gdyby nie było ich modlitwy i przyjaźni, wiem z całą pewnością, że nie dałbym rady, nie byłoby tych świadectw. Doświadczam wielkiej siły modlitwy wstawienniczej.
Dlaczego tak bardzo Pan Bóg w naszych czasach chce nas ogarniać swoim miłosierdziem?
– Myślę – to jest paradoksalne – że ze względu na stan grzesznej kondycji ludzkiej i zalewu grzechem. Grzech oznacza śmierć wieczną, a Bóg kocha swoje dzieci i dlatego daje nam na ocalenie to wielkie miłosierdzie. Jego nowy blask zajaśniał w niezwykłym czasie Jubileuszu 2000 lat od przyjścia Zbawiciela na świat podczas kanonizacji Siostry Faustyny, wtedy też zostało ustanowione Święto Bożego Miłosierdzia, którego domagał się Pan Jezus. To jest droga człowieka na trzecie tysiąclecie. Jezus mówił do siostry Faustyny: „Niech się nie lęka zbliżyć grzesznik do Mojego miłosierdzia”, „Najwięksi grzesznicy mają pierwszeństwo do Mojego miłosierdzia”. Dzisiaj wielu ludzi tak poranionych jest grzechem, że tylko takie słowa miłującego Boga mogą przywrócić im nadzieję, one mają moc ocalenia każdego z nas.
Dziękuję za rozmowę.
Beata Falkowska