• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Upór i konsekwencja

Czwartek, 23 sierpnia 2012 (06:09)

Z Adrianem Zielińskim, mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów, rozmawia Piotr Skrobisz



Opadły już Panu olimpijskie emocje?
- Tak naprawdę cały czas nie dociera do mnie to, co wydarzyło się w Londynie. Emocje były tak wielkie, radość i przeżycia również, że nie zapomnę ich łatwo. Ale gdyby zapytał mnie pan, co wtedy czułem i jak się czułem, to nie potrafiłbym odpowiedzieć.


Może Pan wymienić jedną chwilę z igrzysk, która zajmuje szczególne miejsce we wspomnieniach?
- Chyba nie. Cała olimpiada, każda minuta spędzona w Londynie składa się w jedną całość, w jedną historię. Piękną historię. Nie sposób byłoby od niej jakąś część oderwać.


Przed wylotem do Londynu bardziej Pan o medalu marzył czy konkretnie w niego mierzył?
- Mierzyłem, aczkolwiek wiedziałem, że podobnie myśli kilku moich rywali. Na olimpijskim pomoście pojawiło się bowiem ośmiu świetnych zawodników prezentujących bardzo wyrównany poziom, z których każdy mógł zająć pierwsze lub ósme miejsce. Nie sposób było cokolwiek przewidzieć. Przed wylotem mówiłem zatem, że do piątku, 3 sierpnia, wszyscy możemy tytułować się mistrzami, a tego dnia zostanie nim tylko jeden z nas. Byłem przygotowany na medal. Wierzyłem w niego i fakt, że ostatecznie sięgnąłem po złoto, nie był dziełem przypadku czy uśmiechem fortuny, szczęścia. Zapracowałem na nie. Równocześnie byłem pogodzony z tym, że mogę do domu wrócić bez sukcesu. To tylko sport, wszystko w nim jest możliwe, trzeba zakładać różne scenariusze. W Londynie potwierdziło się, jak wyrównany był poziom w mojej kategorii. O tytule zadecydowała przecież mniejsza waga.


To chyba nie jest łatwe: pogodzić się z myślą, że można przegrać?
- Wie pan, kiedy zacząłem godzić się z ewentualną przegraną? Na trzy, może dwa tygodnie przed startem. Nie dlatego, że coś się wydarzyło, przytrafił mi się nagły spadek formy. Po prostu wtedy dotarła do mnie myśl, że mogę przegrać. Wcześniej cały czas zakładałem tylko optymistyczny scenariusz. Medal. Tak, umiem przegrywać i nie rwałbym włosów z głowy, gdybym poległ i w Londynie. Spełniłem bowiem jeden warunek, który w takich okolicznościach jest absolutnie fundamentalny. Zrobiłem, co w mojej mocy, by na igrzyska przygotować się optymalnie. Nie popełniłem żadnego błędu w przygotowaniach, niczego nie zaniedbałem, oddałem się treningom w całości, całym sobą, całym zdrowiem i sercem. Dzięki temu miałem czyste sumienie. I dzięki temu wiedziałem, że jeśli przegram w ferworze walki, że jeśli rywale okażą się silniejsi, nie będę mógł sobie nic zarzucić. Sport jest piękny i brutalny zarazem, znajduje się w nim miejsce na wielkie zwycięstwa i bolesne porażki. Każdy je przeżywa.


Jak można nauczyć się przegrywać? Zabrzmi to banalnie, ale to umiejętność, której wielu nie posiada.
- Bo jest ciężka. Mam swój sposób. Gdy przegrywam, błyskawicznie wyciągam wnioski, a potem wszystko puszczam w niepamięć. Nie analizuję, nie rozpamiętuję, nie zawracam sobie głowy. W ubiegłym roku przeżyłem dość bolesną porażkę podczas mistrzostw świata w Paryżu. Byłem przygotowany na złoto, zdobyłem brąz. Trochę bolało. Tego samego dnia z trenerem Jerzym Śliwińskim porozmawialiśmy na ten temat, dokonaliśmy gruntownej analizy, dostrzegliśmy, gdzie popełniliśmy błąd, i dokonaliśmy odpowiednich zmian w przygotowaniach. Podnoszenie ciężarów, tak jak wiele innych sportów, ma to do siebie, że koniec roku oznacza koniec danego sezonu. Od stycznia rozpoczyna się nowy, piszemy nową historię, zaczynając od czystej, białej kartki. Jeśli zatem w danym roku spotkało mnie jakieś niepowodzenie, to wiem, że za chwilę przyjdzie kolejny i będę mógł zapisywać wszystko od nowa.


Jak poradził Pan sobie z olimpijskim stresem i presją?
- Nie izolowałem się od ludzi, cały czas trzymałem się w grupie zaufanych przyjaciół. Żartowaliśmy razem, śmialiśmy się, rozmawialiśmy na wszystkie możliwe tematy poza moim startem. Od tej akurat kwestii uciekaliśmy jak najdalej. Nawet na pół godziny przed zawodami wokół mnie było pięć osób i o występie i walce o medale nawet nie wspominaliśmy. To taki mój sprawdzony sposób na stres - w ogóle nie myśleć o czekającej mnie rywalizacji, cały czas przebywać z ludźmi. Tyle. Wspomniałem, że do Londynu przyjechało kilku zawodników na takim samym poziomie, mających takie same szanse na sukces. Prawda. W tej sytuacji o wynikach decyduje głowa. Pamięta pan, co po swoim zwycięstwie powiedział Tomek Majewski? Że rywale byli mocniejsi, wygrywali z nim na mityngach, a jednak na olimpiadzie to on ich oszukał i okazał się sprytniejszy. Wygrał głową, ja też. Oczywiście trzeba być wyśmienicie przygotowanym, mieć perfekcyjnie wyćwiczone ciało, wszystko wykonywać jak automat, ale bez mocnej psychiki nie sposób myśleć o wielkich celach. Igrzyska to niesamowita impreza. Tak mobilizuje organizm, tak koncentruje umysł, że można na nich dokonywać rzeczy niemożliwych. O ile nie przygniecie presja. Kończąc zatem: jeśli ktoś ma wytrenowany umysł, ciało za nim podąży.


Naprawdę nie czuł Pan presji? Przecież wszyscy umieszczali Pana na liście medalowych nadziei, ba, pewniaków nawet...
- Nie czytałem gazet, komentarzy w internecie, prognoz, statystyk, nie oglądałem telewizji. Kompletnie nie interesowało mnie to, co pisano na temat mojego startu. Gdy słyszałem, że muszę zdobyć medal, odpowiadałem, że w żadnym razie. Mogę - tak, ale wcale nie muszę. Tak mentalnie przygotowałem się do walki, że wychodząc na pomost, myślałem, że to ja jestem najlepszy, że to ja jestem mistrzem.


Kiedy pierwszy raz poczuł Pan, że może stanąć w Londynie na podium?
- W 2010 roku po zdobyciu mistrzostwa świata.


To był przełom, moment zwrotny w Pana karierze?
- Tak. Wtedy uwierzyłem w swoje możliwości, w to, że stać mnie na bardzo dużo.


Ile kosztowało Pana olimpijskie złoto?
- 15 lat ciężkiej pracy.


Co to znaczy?
- Dziś na treningach przerzucam około 120 ton żelastwa tygodniowo. W poniedziałki, środy i piątki po 25, we wtorki, czwartki i soboty w granicach 15-18.


I nigdy nie miał Pan dość?
- Nie. Nigdy nawet się nie zastanawiałem, czy dobrze wybrałem, czy dam radę. Dzięki ciężarom spełniam siebie i swoje marzenia. W tym sporcie fascynowała mnie i wciąż fascynuje szansa poznawania granic swoich możliwości, granic swojego bólu, ciągłe pokonywanie własnych słabości, odkrywanie potencjału tkwiącego w organizmie i umyśle.


Jak brzmi Pana recepta na sukces?
- Być konsekwentnym w działaniu, i to za wszelką cenę. Wszelką dozwoloną cenę, bo nie myślę oczywiście o drogach na skróty. Aby gdzieś dojść, trzeba poświęcić prywatne życie, nakreślić plan i realizować go krok po kroku, niezależnie od okoliczności. Trzeba być w tym szalenie upartym i zaangażowanym.


Olimpijskie złoto to Mount Everest dla sportowca, najważniejsze trofeum. Zastanawiał się Pan, co dalej, co z motywacją, kolejnymi celami?
- Jestem dopiero na początku kariery, mam przed sobą wiele sezonów startów, o ile zdrowie pozwoli. U sztangistów apogeum formy fizycznej przychodzi dopiero w wieku 26-27 lat, wtedy organizm jest najbardziej wytrenowany i po prostu najsilniejszy. Ja mam 23 lata, wychodzi zatem, że swój szczyt osiągnę na igrzyska w Rio. Złoto już mam, to prawda, ale wie pan, jak ekscytująca jest perspektywa jego obrony? To dopiero będzie wyzwanie.


Zmienił coś w Panu sukces z Londynu?
- Chyba nic. Może poza tym, że teraz wszyscy przez kolejne cztery lata będą mnie atakować. Prywatnie pozostałem tym samym człowiekiem co wcześniej, jestem odporny na sławę i jej pokusy. Zbyt dużo poświęciłem, by teraz to stracić jednym nierozważnym ruchem.


Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz