Pół wieku czekam na ojca
Czwartek, 23 sierpnia 2012 (06:07)Z dr. Witoldem Mieszkowskim, architektem i urbanistą, synem komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy Floty, zamordowanego przez Informację Wojskową, rozmawia Zenon Baranowski
Jest Pan jedną z niewielu osób, które czynnie walczyły o ekshumacje.
- Tak się złożyło. Najpierw działały żony ofiar. Ale gdzieś od 1956 r. - od momentu, kiedy zostały opublikowane nazwiska 19 straconych, w tym mojego ojca, o co też walczyliśmy - poczuwałem się do odpowiedzialności za tę sprawę. W znacznie gorszym położeniu były rodziny, które nie dostały tzw. decyzji rehabilitacyjnych i które nic nie wiedziały o sposobach popełnienia zbrodni. Ile osób leży tutaj, na Łączce, których dzieci i wnuki nie wiedzą o tym? Dlatego uważam, że powinnością państwa jest doprowadzenie tej zaległej sprawy ekshumacyjnej do końca.
Podczas prac na Łączce wydobyto już kilkadziesiąt szkieletów. Mogą wśród nich być również szczątki Pańskiego ojca.
- Dla mnie nie ulega wątpliwości, że ekipa kierowana przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN znajdzie te szczątki, mojego ojca i dwóch innych komandorów: Jerzego Staniewicza i Zbigniewa Przybyszewskiego. Oni się tam znajdą.
Konieczne będą identyfikacyjne badania genetyczne?
- Rozmawiałem z antropologami, którzy powiedzieli, że ustalenie DNA to kwestia tygodnia, ale pod warunkiem, że będą na to środki.
Zdaje się, że ich brakuje, ponieważ nie zawarto umowy na takie badania.
- Stoję na stanowisku, że środki na ten cel powinno dać państwo. Jeżeli ono jest niepodległe, jeżeli jest suwerenne, to powinno je być stać na to bardziej niż na jakieś wysokie wynagrodzenia prezesów spółek Skarbu Państwa.
Niektórzy proponują, żeby ogłosić zbiórkę publiczną na ten cel.
- Uważam, że żaden wdowi grosz nie powinien być na to przeznaczany. Jeżeli ma nastąpić mobilizacja opinii publicznej, to przecież nie na drodze upominania się o pieniądze!
Mam nadzieję, że ta 55-letnia walka o odzyskanie szczątków trzech komandorów zostanie uwieńczona ich godnym pochówkiem.
Jutro zakończy się pierwszy etap badań, ale wszyscy podkreślają, że konieczne są dalsze prace.
- Kończy się pierwszy etap prac, nie ma zlecenia na kolejny. Badania muszą być jednak kontynuowane. W jakimś procencie jest moją zasługą, że były one podjęte. To państwo odpowiada za te prace. Jestem zadowolony z ostatnich słów prezydenta Komorowskiego, że prace ekshumacyjne i identyfikacyjne powinny być dokończone. Tutaj, na Łączce, pod osłoną stanu wojennego złośliwie wprowadzono nowe pochówki. To jest dalszy ciąg zbrodni. Pochówki na miejscu, o którym wiele osób wiedziało, że grzebano więźniów Mokotowa, a sprawcy już na pewno. Wiemy, że władze cmentarne w tym czasie to były władze czysto ubowskie.
To był kolejny element strategii upokorzenia.
- Pod osłoną stanu wojennego władze komunistyczne dopuściły tutaj do pochówków. Bardzo często pochowani są tam ludzie, którzy nie powinni tam być, m.in. oficer śledczy mojego ojca.
Nie ma ustaleń, co stanie się z ekshumowanymi szczątkami?
- One powinny wrócić tu, na Łączkę, ponieważ w końcu to jest ich miejsce. To miejsce będzie nadal miejscem świętym. Ale ja chciałbym - podobnie jak rodziny dwóch pozostałych komandorów - przenieść szczątki naszych ojców i dziadków na cmentarz Oksywski na Wybrzeże, ponieważ uważamy, że tam jest ich miejsce.
Do kolejnych ekshumacji konieczne będzie przesunięcie pomnika?
- Musi być przesunięty, bo pod nim - zdaje się - chowano osoby zamordowane w 1950 roku. Przesunie się go prawdopodobnie na miejsce, które będzie wolne po ekshumacjach. Ale o tym powinien decydować autor pomnika wespół z IPN. Pomnik, który postawiliśmy już przeszło dwadzieścia lat temu, powinien tu pozostać.
Wiele osób powątpiewało, że w tym miejscu chowano ofiary terroru.
- Do połowy 1948 r. był to przeważnie Służew. A później Łączka. Wiemy to już na pewno. Oczywiście były wątpliwości co do miejsca pochówku konkretnej osoby. Nie mieliśmy żadnych danych poza przedziałem czasowym. Sam myślałem, że jeśli zaczęto wywozić zwłoki z Mokotowa samochodem, to można by wywieźć je do Rembertowa, gdzie byłyby jeszcze bardziej zakamuflowane. Jeżeli władzy zależało na tym, żeby te zwłoki nigdy nie zostały odnalezione, to obóz w Rembertowie, z którego Sowieci wywozili naszych do Związku Sowieckiego, byłby odpowiedniejszym miejscem.
Dziękuję za rozmowę.
Kmdr Stanisław Mieszkowski
Urodził się w Piotrkowie Trybunalskim w 1903 roku. Jako gimnazjalista brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W 1927 r. kończył Oficerską Szkołę Marynarki Wojennej w Toruniu. Służył w marynarce, dowodząc różnymi okrętami. Podczas wojny obronnej 1939 r. dowodził grupą kanonierek, broniąc gdyńskiego portu, a po wyokrętowaniu - Helu. Po powrocie z niewoli niemieckiej w 1945 r. dowodził flotyllą trałowców, następnie organizował Oficerską Szkołę MW na Oksywiu. W 1947 r. został szefem Sztabu Głównego MW, a w 1949 r. dowódcą Floty. Na fali represji komunistycznych wobec przedwojennej kadry oficerskiej aresztowany przez Informację Wojskową w 1950 roku. Zarzucano mu udział w rzekomym "spisku komandorów". Po brutalnym śledztwie skazano na karę śmierci, którą wykonano w 1952 r., i pochowano skrycie najprawdopodobniej na powązkowskiej Łączce. Już w 1956 r. sąd uchylił wyrok skazujący, uznając jego niewinności. Bezzasadne skazanie Mieszkowskiego stwierdziła też komisja Mazura badająca łamanie prawa przez wojskowy pion sprawiedliwości w okresie stalinowskim.