• Piątek, 24 kwietnia 2026

    imieniny: Grzegorza, Fidelisa

Troska o bezpieczeństwo to priorytet

Środa, 4 czerwca 2014 (21:56)

Z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wzrost nakładów na obronność do 2 proc. to postęp czy zwyczajnie propaganda premiera Donalda Tuska i jego ekipy?

– Na pewno ma to znamiona propagandy, bo - powiedzmy sobie otwarcie - nie jest to jakaś radykalna zmiana. Warto przypomnieć, że pułap 2 proc. PKB został przyjęty jako minimum dla krajów członków Sojuszu Północnoatlantyckiego. Miało to miejsce w czasach, kiedy nikt realnie nie myślał jeszcze o jakimkolwiek wzroście napięcia. Jest to zatem wielkość przyjęta dla czasów tzw. normalnych. Tymczasem dziś mamy konflikt, kryzys na Ukrainie, który może się przekształcić w wojnę. Również Rosja oficjalnie ogłasza, że na swoje wojsko przeznacza 4,5 proc. PKB. Pomijając taki drobiazg, że Rosja dysponuje większym budżetem od Polski, okazuje się, że również procentowo więcej przekazuje na obronność niż my. Dobrze, że prezydent Komorowski zrozumiał, że obronność wymaga nakładów finansowych, jednak w mojej ocenie Polska powinna wydawać na obronność znacznie więcej, a tak się niestety nie dzieje. Trudno myśleć o szybkiej poprawie zdolności bojowej naszej armii, naszych Sił Zbrojnych, jeżeli nie będzie odpowiedniego finansowania. Z drugiej jednak strony, podnosząc o to minimum kwotę na obronność, spełniamy poniekąd życzenie prezydenta Obamy w kwestii zmodyfikowania systemu obrony Europy i częściowego przerzucenia kosztów jego finansowania na sojuszników z NATO. Jednak nie jest to aż tak ważne.

Na ile podniesienie nakładów na obronność będzie miało wpływ na stan polskiej obronności?

– Oczywiście każde zwiększenie nakładów na wojsko sprzyja, przynajmniej teoretycznie, zwiększeniu możliwości obronnych danego kraju. Jednak zapóźnienia w głównych systemach uzbrojenia są tak głębokie, że bez poważnego, a nie tylko symbolicznego zwiększenia nakładów, bez przeorientowania nakładów, które obecnie są realizowane, jeżeli chodzi o nowe uzbrojenie, nie będzie mowy o istotnej poprawie gotowości i możliwości bojowej polskiej armii.

Co przede wszystkim wymaga modernizacji?

– Przede wszystkim należałoby zmodernizować obronę przestrzeni powietrznej Polski. W tym obszarze jest naprawdę bardzo źle. Ponadto należałoby zwiększyć nakłady i dokonać modernizacji – moim zdaniem lekceważonej niesłusznie – przestrzeni morskiej. Potocznie przyjmuje się, że Bałtyk jest czymś w rodzaju dużej sadzawki i nie odgrywa żadnej roli, w związku z czym nakłady na siły morskie, na Marynarkę Wojenną są bezsensowne, że wystarczy straż przybrzeżna i to wszystko. Tymczasem chcę zwrócić uwagę, że Bałtyk jest bardzo ważnym akwenem. Gdyby nie daj Bóg doszło do konfliktu zbrojnego, to trzeba sobie uświadomić, że po pierwsze - pod dnem Bałtyku znajduje się rurociąg transportujący gaz z Rosji do Niemiec, a więc pod względem strategicznym jest to teren bardzo istotny, po drugie - na Bałtyku znajdują się polskie porty, do których po uruchomieniu gazoportu będą prawdopodobnie docierały gazowce. Mamy tu zatem ważne kwestie dotyczące bezpieczeństwa tych dróg morskich, co ma dla Polski duże znaczenie. Ponadto na Bałtyku znajduje się ciągle rozbudowywana rosyjska Flota Bałtycka i nie zawaham się użyć tego określenia - militarny wrzód Kaliningrad, który powoduje wzrost napięcia i wprost zagraża naszemu bezpieczeństwu przy pomocy rakiet Iskander, które zresztą stanowią zagrożenie nie tylko dla terytorium naszego państwa, ale też innych państw nadbałtyckich. To wszystko pokazuje, że lekceważona obrona przestrzeni morskiej ma istotne znaczenie z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa narodowego. Ten, kto tego nie dostrzega, popełnia błąd. Zatem w tych dwóch obszarach: modernizacji obrony przestrzeni powietrznej Polski i przestrzeni morskiej, bez zwłoki trzeba podjąć wysiłek modernizacyjnej poprawy uzbrojenia.

A jak do tego ma się stan polskich sił lądowych?       

– W tym obszarze - bardzo oględnie to ujmując - też nie jest najlepiej. Weźmy chociażby sprzęt pancerny, który w lwiej części jest niestety przestarzały, zwłaszcza bojowe wozy piechoty. Kołowe Transportery Opancerzone Rosomak nie załatają powstałej wyrwy, również sprowadzane z Niemiec czołgi Leopard są wozami starszej generacji, wymagającymi głębokiej modernizacji. Decyzja co do tego, jaki ma być przyszły rodzaj uzbrojenia pancernego, stoi przed nami i jest to ciągle nierozwiązany problem.

Wobec agresji Rosji na Ukrainę zasadne jest postawienie pytania: Polska dysponuje siłami zdolnymi odeprzeć ewentualny atak?

– To dobre pytanie. Rozpatrując różne warianty, również taką sytuację należy przewidzieć czy też brać pod uwagę. Rosja, działając poprzez swoje wpływy, agenturę – a ma takie możliwości – może doprowadzić do skłócenia czy też wywołania konfliktu na terenie Polski. W tej sytuacji pytanie brzmi: jeżeli np. pojawiliby się jacyś - dajmy na to - nieoznakowani sołdaci, czy mamy prawo być zaskoczeni czy też nie? Ukraina – jak widać – nie przewidziała takiej sytuacji, tymczasem na Krymie można było się z tym liczyć i przy poparciu Ukraińców i Tatarów Krymskich przygotować struktury obronne na wypadek zagrożenia. Takie działania nie pozwoliłyby na rozwinięcie akcji, która skończyła się oderwaniem Krymu od Ukrainy, który prawem kaduka jest przyłączony do Rosji. Te wszystkie wydarzenia za naszą wschodnią granicą upoważniają do rozważnego przyjrzenia się naszej obronności i rozpisania odpowiedniego harmonogramu, zakładając oczywiście, że mamy koncepcję, jak nasze Siły Zbrojne mają wyglądać. Z kolei żeby mieć taką koncepcję, trzeba przede wszystkim zdefiniować rzeczywiste zagrożenia, a nie kierować się ustaleniami czy strategiami obronnymi sprzed lat, które dziś są już nieaktualne.

Prezydent Barack Obama zapowiedział miliard dolarów na zwiększenie sił amerykańskich w Europie Wschodniej. Obietnice i deklaracje prezydenta Obamy mówiące o tym, że Polska nie pozostanie sama, pozwalają nam czuć się bezpieczniej?

– Nie ma wątpliwości, że zapowiedź, deklaracja prezydenta Obamy poprawiają w znaczący sposób stan naszego bezpieczeństwa. I tej zapowiedzi nie lekceważyłbym, natomiast jeden miliard dolarów, biorąc pod uwagę całą Europę Środkową, nie jest kwotą powalającą, ale z pewnością jest to krok w dobrym kierunku. Przyznam, że z nadzieją słuchałem tego, co mówił dzisiaj prezydent Obama, że Stany Zjednoczone mają zamiar podjąć kolejne kroki i chciałbym, żeby tak rzeczywiście było. Przestrzegałbym jednak przed przyjmowaniem deklaracji i ciepłych, miłych słów, które wygłosił prezydent największego supermocarstwa na świecie pod adresem Polski i Polaków jako czegoś, co nas nie tyle uspokoi, ile nawet uśpi naszą czujność, w konsekwencji czego nie musimy robić nic w celu poprawy naszego bezpieczeństwa narodowego. W mojej ocenie, w tej sytuacji ciąży na nas jeszcze większa odpowiedzialność za stan naszych Sił Zbrojnych i polskiego systemu obronnego. Należy pamiętać, że słowa i deklaracje prezydenta Obamy są analizowane nie tylko w Polsce i wśród naszych przyjaciół, ale również przez naszych przeciwników na Kremlu. To oznacza, że deklaracja amerykańska jakby zmusza stronę rosyjską do większego wysiłku i - powiedziałbym - do dalszych kroków, które dyplomacja rosyjska i tajne służby Moskwy potrafią wykonywać. Tak czy inaczej amerykańskie deklaracje nie zdejmują z nas odpowiedzialności za bezpieczeństwo naszego kraju.

Wobec tego, jakich działań możemy się spodziewać ze strony Rosji?

– Trudno jednoznacznie powiedzieć. W zasadzie możemy się spodziewać wszystkiego. Po pierwsze, nie wiemy, jaki jest poziom determinacji prezydenta Putina i jego ekipy. Ktoś nawet powiedział, że z działaniami terytorialnymi i wszystkimi operacjami prowadzonymi przez Rosję jest trochę tak jak z narkotykiem, którego się raz spróbuje, a potem trudno jest go odstawić. Rosjanie już się upajają zwycięstwem po zajęciu Krymu, w związku z tym powstaje pytanie, czy Putin będzie w stanie odstawić ten narkotyk, który sobie zaaplikował, zwłaszcza że Zachód ze swoimi sankcjami może wydawać się nieskuteczny w danym momencie, ale na dłuższą metę te sankcje zaczną być odczuwalne i będą oddziaływać na gospodarkę rosyjską. Pamiętajmy, że Rosja, jeśli idzie o dochody, jest bardzo wrażliwa, bo cała potęga tego kraju zbudowana jest na złożach ropy i gazu, sprzedaży tych paliw głównie do krajów zachodnich. W tym momencie kłopoty, które niewątpliwie pojawią się, mogą zagrozić Rosji, i to poważnie. Tak już raz w historii było, kiedy działania prezydenta Reagana doprowadziły do gwałtownego załamania się wpływów ZSRS z własnych źródeł ropy i gazu. Myślę, że Putin wszystko to kalkuluje na zimno i Rosjanie zdają sobie sprawę z tego, że takie zagrożenie istnieje. Pytanie tylko, czy wobec tych gróźb Putin skapituluje czy może podejmie dalsze, jeszcze bardziej agresywne kroki. I tu rodzi się kolejne pytanie, czym to się może skończyć. Widać Putin szanuje tylko tego, kto ma siłę i który ją okazuje. Ze słabymi prezydent Rosji się w ogóle nie liczy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki